Lonzo Ball – nie słuchajcie jego ojca, patrzcie jak gra

Share on facebook
Share on twitter

Niech LaVar Ball sobie mówi, co chce. Lonzo gadać nie musi, on klasę potwierdza swoją grą – taką, jak z Cincinnati, które jego UCLA pokonało 79:67.

Kolekcja zegarków NBA – Tissot w szczytowej formie! >>

Rozstawionym z szóstką w regionie Południe koszykarzom z Cincinnati do pewnego momentu udało się nawiązać wyrównaną walkę ze sklasyfikowanymi na trzecim miejscu rywalami z UCLA. Jeszcze na przerwę schodzili nawet z trzypunktowym prowadzeniem (33:30), jednak ci bardziej zaznajomieni z talentem Lonzo Balla obserwatorzy rozgrywek akademickich mogli przeczuwać, co wydarzy się w drugiej połowie.

19-letni rozgrywający po pierwszych 20 minutach miał na swoim koncie 7 punktów i ani jednej asysty. Druga odsłona należała już jednak do niego. Do końcowej syreny zdążył uzbierać jeszcze 11 „oczek”, trafiając 4 z 5 oddanych rzutów z gry, oraz zanotować aż 9 asyst. W całym meczu do swojego dorobku dołożył jeszcze 7 zbiórek i 2 przechwyty.

Po profesorsku przypomniał rywalom, kibicom oraz skautom ligi zawodowej, dlaczego typowany jest do ścisłej czołówki kandydatów do czerwcowego draftu. W mocku przygotowanym przez Draft Express wciąż ustępuje miejsca jedynie Markelle’owi Fultzowi z Washington Huskies, którzy w turnieju nie grają.

Ball dał występ, którym zachwyca się dziś większość amerykańskich mediów, chociaż z drugiej strony nie było to przecież coś, czego nie można się było po nim spodziewać. Ot, klasyczny Lonzo, który podobne rzeczy robił przez cały sezon. Średnie na poziomie 14,7 pkt., 6,1 zb., 7,6 as. i 1,9 prz. przy 55,6 proc. skuteczności z gry oraz 42 proc. z dystansu mówią same za siebie.

Technika jego rzutu wzbudza wprawdzie pewne wątpliwości i dla ludzi z NBA może stanowić problem, ale na poziomie NCAA póki co okazywała się bardzo skuteczna. Tak jak w niedzielę, gdy dwiema kolejnymi trójkami z odległości, z której na co dzień nie rzucają studenci a gracze zawodowi, w 27. minucie meczu wreszcie wyprowadzał swój zespół na prowadzenie.

To czas wygrywania – rzucił na samym początku pomeczowego wywiadu. Przy jego udzielaniu daleki był od kontrowersyjnych wypowiedzi w stylu swojego ojca, LaVara. Posłużył się kilkoma standardowymi wypowiedziami, pochwalił kolegów z drużyny, mówił z dużym spokojem, doskonale zdając sobie sprawę, że w piątek w Memphis, przy okazji starcia z rozstawionymi z dwójką Kentucky Wildcats, czeka go jeszcze trudniejsze zadanie.

Wśród rywali na placu boju zameldują się bowiem tacy gracze jak De’Aaron Fox, Malik Monk czy Bam Adebayo, czyli koszykarze typowani do pierwszej rundy, a nawet dziesiątki nadchodzącego naboru. Przy okazji pierwszej potyczki pomiędzy tymi zespołami, do której doszło 3 grudnia, górą 97:92 było UCLA (Ball zanotował 14 punktów, 6 zbiórek i 7 asyst), ale tamto spotkanie to już historia.

Przed Ballem spore wyzwanie, które będzie dla niego kolejnym ważnym testem także na poziomie charakterologicznym. Jakiś czas temu wyszło bowiem na jaw, że do rywalizacji w krajowym turnieju Ball przystąpił w obliczu trudnej sytuacji rodzinnej.

Jego matka jeszcze pod koniec lutego doznała wylewu i do tej pory przebywa ponoć w szpitalu. Sam zawodnik, zapytany o to podczas konferencji prasowej po piątkowej wygranej z Kansas State (97:80), nie chciał komentować sprawy, ale nietrudno się domyślić, że może to spędzać mu sen z powiek.

Kolekcja zegarków NBA – Tissot w szczytowej formie! >>

https://www.youtube.com/watch?v=TpZmveDNhio

Mateusz Orlicki

POLECANE

Zespół z Gdyni, licząc PLK i EuroCup, przegrał 5 meczów z rzędu, a w ostatnich 4 nie zdobył nawet 70 punktów. Brak drugiego rozgrywającego mocno się teraz odbija na zmęczeniu i grze pozostałych zawodników, jednak – naszym zdaniem – decyzja o zatrudnieniu Armaniego Moore’a ma sens.

tagi