• Home
  • NBA
  • Los Angeles Clippers – rozczarowanie wpisane w DNA

Los Angeles Clippers – rozczarowanie wpisane w DNA

Share on facebook
Share on twitter

Zwycięstwo nad Cavs grającymi bez Wielkiej Trójki to mało przekonująca jaskółka zmiany, a sytuację Clippers wciąż lepiej podsumowuje niedawna wypowiedź J.J. Redicka: – Od Meczu Gwiazd gramy jak gówno.

Blake Griffin (fot. Wikimedia Commons)

Kolekcja zegarków NBA – Tissot w szczytowej formie! >>

To dosadne słowa, ale niedalekie od prawdy, której częścią jest m.in. dość mizerny bilans 6-8 od All-Star Weekend i 3 porażki w ostatnich 4 spotkaniach. Rezultat: oddech Thunder (pół meczu straty) i Grizzlies (jeden mecz straty) na plecach i realne ryzyko spadku na siódme miejsce w Konferencji Zachodniej.

Pamiętacie jeszcze, jak Clippers wyglądali na początku sezonu? 14-2 na starcie, średnio 110,9 punktów zdobywanych, 97,1 traconych. Byli w pewnym momencie na drugim miejscu w całej lidze w obydwu tych kategoriach statystycznych, plus liderowali NBA pod względem ograniczania skuteczności rywali – teraz są 7. teamem pod względem ofensywy, 12. w defensywie i 10. jeśli chodzi o odsetek z pola przeciwnika.

Bilans 41-29 oznacza, że w tych rozgrywkach wygrywają 58,6 proc. spotkań, co jest najniższym wynikiem ery Chrisa Paula, a ich defensive rating jest najgorszy od sezonu 2009/10, w którym wygrali 29 spotkań, a ich liderem był Chris Kaman.

Krytykując postawę „Tego Drugiego Zespołu z Los Angeles” trzeba pamiętać o chronicznych problemach ze zdrowiem najważniejszych zawodników, tyle że w tym wypadku niczego one nie tłumaczą. Clippers grali w miarę przyzwoicie bez Blake’a (10-7), za to w dołek wpadli po jego powrocie (11-13, choć BG opuścił jeden z meczów tej sekwencji).

Zdrowie to wcale nie największy przeciwnik podopiecznych Doca Riversa. Jasne – w zeszłym sezonie stracili CP3 i Blake’a przy stanie 2-2 w pierwszej rundzie play-off, którą ostatecznie przegrali 2-4 z Portland Trail Blazers, ale na przykład w 2015 roku odpadli w drugiej rundzie mimo prowadzenia 3-1 z Houston (Paul opuścił dwa mecze tej serii, ale akurat dwa pierwsze).

Rok wcześniej, też w pełnym składzie, również zakończyli kampanię na drugiej rundzie (2-4 z Thunder, choć musimy pamiętać, że równolegle miał miejsce cały ten skandal z Donaldem Sterlingiem). W 2013 roku zaczęli post-season od 2-0 w starciu z Grizzlies, przegrywając resztę spotkań – też wtedy mieli do dyspozycji swoją Big 3.

Wiadomo – Konferencja Zachodnia jest wybitnie mocna, ale w tej mocy są zaburzenia, których Clippers – jako jedyni w czołówce tej części tabeli – nie potrafią wykorzystać. Odkąd zespół z LA zalicza się do grona kandydatów do mistrzostwa, czyli od sezonu 20112/13, wszyscy główni rywale z Zachodu – San Antonio Spurs, Golden State Warriors, Oklahoma City Thunder, Houston Rockets i Memphis Grizzlies – awansowali przynajmniej do półfinału. Clippers nigdy nie byli tak blisko gry o najwyższy laur, co jest rozczarowujące w przypadku zespołu z najlepszym klasycznym rozgrywającym ligi, wysokim skrzydłowym z jej Top3 i środkowym z Top 5.

Statystyki mimo wszystko nie sugerują jakiejś nagłej zapaści – może po prostu wypaliła się formuła, może wreszcie wychodzi chroniczny brak głębi w składach jakie Docowi-trenerowi kompletuje Doc-prezydent.

Fenomenalny początek obecnego sezonu już praktycznie poszedł w zapomnienie, za to dobrze pamiętam czasy – trwające bez mała jakieś 30 lat – kiedy Clippers byli nieustającym źródłem frustracji.

Przed przyjściem Chrisa Paula (dzięki Davidzie Sternie!) byli zgodnie uważani za najgorszą drużynę ligi, w tym przez swoich zawodników, którzy w oficjalnych wypowiedziach dla prasy porównywali wypełnianie swoich kontraktów w cieniu Lakers do odsiadki w więzieniu (Ron Harper), lub przyznawali się do myśli samobójczych, uznając grę w Clippers za przeżycie gorsze niż śmierć przyjaciela (Bo Kimble).

Wtedy Clippers torturowali niewielką, ale lojalną/masochistyczną fanbazę (której twarzą był aktor Billy Crystal) fatalnymi wynikami w sezonie regularnym i ciągiem kadrowych rozczarowań (wszyscy utalentowani gracze uciekali jak tylko kończyły się ich umowy). To była patologia, przy której dzisiejsi Knicks wypadają jak San Antonio Spurs.

Pozbycie się Donalda Sterlinga uzdrowiło atmosferę.

Pojawiła się stabilizacja.

Wyniki się poprawiły…

…ale Clippers to wciąż Clippers.

Może po prostu mają w swoje DNA wpisane rozczarowanie?

Tomasz Kostrzewa

Kolekcja zegarków NBA – Tissot w szczytowej formie! >>