Łukasz Koszarek: Uczymy się brzydko wygrywać

Share on facebook
Share on twitter

– Sukcesem będzie ćwierćfinał. Gramy chyba w najtrudniejszej grupie, gdzie mamy trzech bardzo silnych rywali i jeszcze gospodarza. Ale nie ma wyjścia – trzeba dobrze zagrać, awansować do Stambułu, zagrać w 1/8 finału. I go wygrać – mówi najbardziej doświadczony reprezentant Polski.

(fot. Andrzej Romański/PZKosz.pl)

EuroBasket, PLK, NBA – typuj i wygrywaj kasę! >>

Cześć, jestem, siadajmy tu i gadamy, szybko, bo właśnie Real gra z Manchesterem – powiedział na przywitanie „Koszar”, gdy spotkaliśmy się we wtorek w hotelu Ibis na warszawskiej Ochocie, gdzie przebywa reprezentacja. Po turnieju w Kłajpedzie, przed sparingiem w Rydze z Łotwą, najstarszy i najbardziej doświadczony gracz kadry znalazł chwilę na rozmowę.

No, nie żartuj, bo raczej nam się zejdzie – zaznaczam od razu, ale wiem, że on wie. To w sumie taka tradycja, że w okolicach EuroBasketu gadam właśnie z Koszarkiem. Podporą reprezentacji w ostatnich 10 latach, często jej liderem. Kto ma wiedzieć o drużynie i w ogóle, o polskim koszu, więcej niż on?

I gdy Real z Manchesterem walczyli o Superpuchar Europy, my rozmawialiśmy blisko godzinę.

Łukasz Cegliński: Pięć EuroBasketów, 25 meczów, 180 punktów – mecze z Hiszpanią, Litwą, Serbią, Francją… Przekornie zapytam – takie turnieje jeszcze cię podniecają?

Łukasz Koszarek: Wyjątkowy był na pewno pierwszy EuroBasket, ten w 2007 roku. Nie wygraliśmy meczu, ale byłem – prawie wszyscy byliśmy – młody, niedoświadczony. Zetknąłem się z wielkim basketem, bardzo się ekscytowałem, że mogę grać z takimi tuzami.

Teraz EuroBasket przyciąga mnie w inny sposób – chcę osiągnąć na nim sukces. Bo grałem sporo, ale wyników brakowało. Wydawało się, że najbliżej sukcesu będzie w 2013 roku, ale wtedy kompletnie nam turniej nie wyszedł.

Masz świadomość, że to może być twój ostatni EuroBasket, że jak teraz nie będzie sukcesu, to już nigdy z tobą w głównej roli?

– To praktycznie pewne, bo po reformie rozgrywek następny EuroBasket będzie dopiero za cztery lata, czyli w 2021 roku. Ja już go raczej nie doczekam. A gdyby się okazało, że jednak doczekałem, to chyba musiałbym grać na jednej nodze i oznaczałoby to, że z naszą koszykówką jest naprawdę słabo.

Poważnie mówiąc – nie skupiam się na tym, choć zdaję sobie sprawę, że to może być pożegnanie z mistrzostwami Europy. Czekam na ten EuroBasket, na pierwszy mecz ze Słowenią. Na każde mistrzostwa jadę z pragnieniami, z marzeniami, żeby teraz się udało. Ale się nie udaje. Dwa lata temu mieliśmy w miarę solidny turniej, ale znowu czegoś zabrakło.

Co będzie dla ciebie sukcesem na EuroBaskecie 2017?

– Sukcesem będzie ćwierćfinał. To byłby powrót do miejsca, w którym wszyscy chcemy być.

Myślę, że teraz Polska jest na pewno, spokojnie, w 16 najlepszych drużyn Europy. Ale ciągle czegoś nam brakuje, żeby wejść o szczebel wyżej – a to lepszej gry, a to szczęścia w losowaniu. Jak się jest już w najlepszej 16, w 1/8 finału na EuroBaskecie, to można trafić na Łotwę, Czechów czy Izrael, a można na Hiszpanię, Francję czy Serbię.

W 2015 roku wyszliśmy na najsilniejszą grupę, gdzie były Serbia, Hiszpania, Włochy i Turcja – każdy rywal bardzo mocny. Tymczasem z grupy D wychodziły Litwa, Łotwa, Czechy i Belgia. Jest różnica, prawda?

Na EuroBaskecie w Polsce, w 2009 roku, w drugiej fazie w Łodzi trafiliśmy na Hiszpanię, Serbię i Słowenię, które potem awansowały do półfinału. Walczyliśmy, z Serbią, o której wówczas nie wiedzieliśmy, że jest początkiem świetnej drużyny, przegraliśmy tylko pięcioma punktami.

Pamiętam – niedosyt był ogromny, po 2-1 we Wrocławiu wydawało się, że taką młodą Serbię możemy ograć. Perspektywa zmieniła się potem, jak Serbia dotarła do finału.

– Właśnie.

To, co mówię, to nie są usprawiedliwienia, tylko turniejowe historie, które czasem układają się po twojej myśli, a czasem nie. Jasne, wygrywać trzeba ze wszystkimi, ale wylosować można lepiej lub gorzej.

Teraz też chyba gramy w najtrudniejszej grupie, gdzie mamy trzech bardzo silnych rywali i jeszcze gospodarza. Ale nie ma wyjścia – trzeba dobrze zagrać, awansować do Stambułu i zagrać w 1/8 finału. W takim pojedynczym meczu wszystko może się zdarzyć.

To są buty najlepszych koszykarzy NBA – zobacz >>  

Mówiłeś, że na pewno jesteśmy w europejskiej 16, to spójrzmy na nasze wyniki z ostatnich pięciu EuroBasketów. 13., 9., 17., 21., 11. Uśredniając jest tak, jak mówisz – połowa drugiej dziesiątki. Wiadomo, że wszyscy czujemy niedosyt, ale może to nasze miejsce w Europie?

– Miejsca 13-16 – tam jesteśmy. Ostatnio mamy lepsze lata, jesteśmy bliżej miejsca 13. niż 16., myślę, że uprawnione jest patrzenie w stronę ćwierćfinału. Tylko że weryfikować to ciężko, tabeli nie ma. W naszym przypadku jest, ma być, jeden mecz – 1/8 finału. On da nam sukces, o którym mówiłem, albo nie da.

W eliminacjach dostajemy łatwych rywali i w zdecydowanej większości ich pokonujemy. Ale na EuroBasketach mamy trudne losowania, gramy z drużynami lepszymi na papierze – musimy ogrywać nie jeden, ale dwa lepsze zespoły, by osiągnąć sukces.

Różnych rzeczy brakuje – w 2009 roku zabrakło dojrzałości. Po wygranych z Bułgarią i Litwą przyszedł mecz z Turcją, ale my się zachłysnęliśmy zwycięstwami i przegraliśmy jedno z ważniejszych spotkań, które mogło ustawić rywalizację w drugiej fazie.

Mówimy o miejscu w szesnastce, ale z drugiej strony, gdy jednym tchem mam wymienić zespoły na pewno od nas lepsze, to mówię Hiszpania, Serbia, Francja, Litwa, Chorwacja, Grecja, Słowenia, Włochy i potem się zatrzymuję. To jest osiem drużyn, granica ćwierćfinału. Kolejne zespoły – Łotwa, Czechy, Rosja itp. są w zasięgu.

– Dokładnie. I z tej wymienionej przez ciebie ósemki nie obawiałbym się Włochów, gdybyśmy ich spotkali na swojej drodze. Ale tak, jesteśmy podobnym poziomie jak Łotwa czy Czechy, które ostatnio były w ćwierćfinale EuroBasketu i grały o igrzyska.

Mike Taylor (fot. Andrzej Romański/PZKosz.pl)

Patrzymy na kariery naszych graczy zagranicą, na ich dobry miniony sezon, i tak sobie myślimy, że jak nie teraz, to kiedy? Masz podobnie?

– Tak, ale nie chodzi o formę, czy to, co było w sezonie, tylko o obycie międzynarodowe, które jest większe – indywidualne i zespołowe. Chłopaki grają z Barceloną, Realem, Fenerbahce, Besiktasem itd., stykają się z najlepszymi i korzystają. Widzę to też po sobie i Stelmecie – ile nabieramy pewności dzięki występom w pucharach.

W ogóle tak sobie myślę, że największym problemem naszej koszykówki nie jest przepis o dwóch Polakach, który wszyscy krytykują, tylko fakt, że nasze kluby nie chcą grać w pucharach. Uważam, że powinniśmy je pchać w tym kierunku.

Andrzej Pluta zawsze mi opowiadał, że z Pogonią Ruda Śląska, która wcale nie była w Polsce potentatem, grali np. z Estudiantes Madryt, walczyli i korzystali. I tego kontaktu, impulsu do rozwoju, nam brakuje. Polskim koszykarzom otwierałyby się oczy, gra na międzynarodowym poziomie nie byłaby stresem, a po drugie ich poziom by rósł. I wtedy naciskaliby bardziej na mistrza Polski, byłaby większa rywalizacja. Wszystko nakręcałoby się od dołu.

Wracając do obecnej kadry – mamy to europejskie obycie i wiarę w to, że awansujemy z grupy, a w 1/8 finału, w 40 minut, możemy być lepsi od jakiegokolwiek rywala.

Pamiętam swój pierwszy EuroBasket i debiut z Francją – przegraliśmy 66:74 i w sumie cieszyliśmy się, że tak nisko. W Tony’ego Parkera patrzyliśmy jak w obrazek, ta stosunkowo niewielka porażka odbierana była jako sukces. I to oczywiście było bardzo złe myślenie, bo w pierwszych meczach, na początku turnieju, najlepszych można ugryźć.

A najważniejsze są wyniki – brzydkie zwycięstwa, a nie piękne przegrane.

Rozmawialiśmy długo po EuroBaskecie 2011, potem przed EuroBasketem 2015. Mówiłeś m.in., że problemem kadry jest brak kontynuacji. Teraz wreszcie ją mamy – w składzie, w sztabie. Będą efekty?

– Myślę, że tak, że to było już widać w tych pierwszych sparingach, gdzie pomimo ciężkich nóg zrozumienie i zgranie było na wyższym poziomie niż w poprzednich latach.

W poprzednich latach wiele się mówiło o tych 80, czy iluś tam zagrywkach Mike’a Taylora. Sami o nich wspominaliśmy, bo to było coś nowego. Wszyscy się z tego w pierwszym sezonie śmiali, w drugim trochę mniej, w trzecim nie mówiło się nic, a teraz wystarczy nam skinienie głowy, by wszyscy na boisku wiedzieli, że skoro obrona ustawiła się tak, to gramy inny wariant zagrywki, który rozpoczyna się od innego podania.

Na razie pokonaliśmy Czechów – fakt, słabych – ale wygraliśmy też z Łotwą, walczyliśmy z Litwą na jej terenie, w jej pierwszym sparingu. No i przy tym wcale nie zagraliśmy dobrego meczu. Oni też nie, ale skupmy się na sobie – ja widzę, że kontynuacja przynosi efekty. Nie startujemy od zera.

W 2011 roku mówiłeś: „Brakuje nam mentalności zwycięzców, mamy przekonanie, że walczymy, pokazujemy się z dobrej strony, ale na koniec i tak pewnie przegramy”. Jak jest teraz?

– Teraz bym tamtą wypowiedź uzupełnił, że brakowało nie tyle mentalności zwycięzców, co zrozumienia. Ze zgrania wynika pewność i zaufanie w grze. Wiesz, czego i od kogo możesz oczekiwać. A jak nie wiesz, to się obawiasz o to, co się wydarzy. I my się obawialiśmy.

Trener Saso Filipovski często powtarza swoim zespołom: „Słuchajcie, my jesteśmy przygotowani najlepiej, bo najwięcej trenujemy i wiemy, co mamy robić. Nie musimy się niczego obawiać”. I coś w tym jest – z tym, że w reprezentacji nie tyle liczą się treningi, co mecze. A my mamy ich coraz więcej w tym składzie, z tym trenerem.

Popatrz na Hiszpanów – oni mogą grać katastrofalnie w sparingach, mogą przegrywać mecze w pierwszej fazie turnieju, a jak przyjdzie co do czego, to wychodzą i robią swoje. Wiedzą, że jak podadzą do Pau Gasola, to on zagra tak i tak, bo gra tak od 15 lat. Oni nawet przygotowania rozpoczynają później niż wszyscy.

My w tym elemencie robimy postępy, uczymy się wygrywać końcówki. I to, co mówiłem – brzydko wygrywać. Zobacz na mecze z Bośnią i Rosją w Montpellier – nie graliśmy ładnie, popełnialiśmy błędy, ale oba zacięte spotkania potrafiliśmy rozstrzygnąć na naszą korzyść. I o to chodzi.

Wiadomo, że nie możemy być z siebie zadowoleni tak do końca, ale postęp widać.

Adam Waczyński i Mateusz Ponitka (fot. Andrzej Romański/PZKosz.pl)

Gdy Wy, zawodnicy, mówicie o pracy Mike’a Taylora, to w pierwszej kolejności zaznaczacie świetną atmosferę, którą robi w zespole i wokół niego. Skoro tak to doceniacie, to znaczy, że wcześniej tego nie było?

– Każdy trener jest inny – niektórzy koncentrują się na błędach i na tym, by je poprawiać, inni starają się eksponować plusy, skupiać na tym, co wychodzi. Mike należy do tych drugich, choć oczywiście nad eliminowaniem błędów też wiele pracujemy. Myślę, że jego podejście się u nas sprawdza – jesteśmy pozytywnie nakręceni i pewni siebie. Trener Taylor tej pewności nam dodaje może aż nadto, ale to nie przeszkadza. To powoduje, że wychodzimy na boisko i naprawdę wierzymy, że każdy mecz możemy wygrać. To ważne.

Mateusz Ponitka wyrasta na lidera, Damian Kulig jest w formie, zresztą fajnie wychodzą Wam dwójkowe akcje. Oglądamy niezłą obronę, dobrze jako zmiennik gra A.J. Slaughter. Na co jeszcze powinniśmy liczyć?

– Na razie pokazaliśmy pojedyncze zrywy, ciągle czekamy na dłuższe fragmenty, na pełne 40 minut dobrej gry. Ale Mateusz rzeczywiście będzie liderem, dołączy do niego Adam Waczyński, który wraca do formy, jest pewny, że zaraz zacznie trafiać. Jego rzuty otworzą grę innym. Czekamy też na Przemka Karnowskiego, bo mecze takie jak z Litwą pokazują, że na europejskim poziomie musisz mieć wielkiego gracza, który straszy gabarytami.

Damian też się sprawdzi, choć w innej roli. On w poprzednich latach był w kadrze czwórką i grało mu się trochę trudno, a teraz będzie piątką, która rozciąga grę, wychodzi na obwód. Tacy gracze jak Jonas Valanciunas będą musieli przeciwko niemu inaczej grać w obronie. Oczywiście, my po drugiej stronie boiska też będziemy mieli problem w defensywie, ale coś za coś.

Nie wymieniłeś Maćka Lampego, którego powrót po kontuzji jest trudniejszy niż Karnowskiego. W jakim stopniu liczycie, że będzie na EuroBaskecie?

– Wiadomo, Maciek to kawał gracza z wielkim już doświadczeniem. Myślę, że wreszcie poznał siebie i wie, jak wykorzystywać swoje atuty. Umie grać na bardzo wysokim poziomie, umie też maskować swoje niedoskonałości.

W formie przydałby nam się bardzo, o tym nie ma, co dyskutować. Ale EuroBasket to tak intensywny turniej, że przygotowanie fizyczne musi być bliskie 100 proc. Nie wiemy, jak dokładnie wygląda sytuacja ze zdrowiem Maćka, na treningach i w sparingach siłą rzeczy przygotowujemy się tak, jakbyśmy mieli grać bez niego. Ale jak będzie zdrowy i gotowy, to bardzo nam pomoże.

Masz z nim kontakt, rozmawiacie o przygotowaniach?

– Nie, Maciek kontaktuje się tylko z trenerami. Ale tu nie ma problemu – przed ostatnimi eliminacjami nie rozmawiałem z nim 2-3 lata, a w szatni, na boisku od razu złapaliśmy kontakt, wszystko było dobrze.

Kto i jaki cel postawił wam przed tymi mistrzostwami?

– Nie było konkretnej rozmowy. My wiemy, co chcemy osiągnąć, co najmniej ten ćwierćfinał, ale jesteśmy też świadomi trudnych rywali w grupie. Spotkania z prezesem w tej sprawie jednak nie mieliśmy, ale będzie na to czas.

To premie też pewnie jeszcze nie są ustalone?

– Nie, to zwykle robi się tydzień przed EuroBasketem. Na razie nie mieliśmy czasu.

Łukasz Koszarek na EuroBaskecie 2009 (fot. FIBA Europe)

Kolejny odgrzewany, niestety, temat – mamy dobrych skrzydłowych, mamy wybór wśród wysokich, zawodnicy z tych pozycji wyjeżdżają zagranicę i robią kariery. A wśród jedynek ciągle czekamy na kolejnego Koszarka. Wielokrotnie Cię o to pytaliśmy, ale może masz jakąś nową teorię – dlaczego?

– Na pewno jakimś problemem jest to, że nie stawiamy na nich w lidze. Kamil Łączyński dopiero teraz dostał szansę prowadzenia gry Anwilu, ale on ma już 28 lat i zaliczył w tej roli pierwszy sezon. To stanowczo za mało, jak na ten etap kariery. Do tego nie grał w pucharach.

Sezony, które ja zapamiętałem i bardzo dużo się w nich nauczyłem, to także sezony przegrane. Choćby ten w Anwilu, gdy po odejściu Gerroda Hendersona byłem pierwszą jedynką, ale nic nie wygraliśmy. Popełniałem błędy, potem je analizowałem, zdobywałem doświadczenie i siłę. Ale miałem wtedy 23-24 lata i wiele przed sobą.

Gra jest ważna, ale widać, że ligowi trenerzy boją się ufać Polakom na jedynkach. Bardziej ufają graczom z USA.

Ale spójrzmy na ostatnich półfinalistów – Stelmet z Tobą, ale też MVP finału Jamesem Florencem, Cukier z Obim Trotterem, Stal z Aaronem Johnsonem, Czarni z Chavaughnem Lewisem. Tych Amerykanów ciężko było zatrzymać, to oni robili różnicę i wynik. Można się dziwić trenerom z tych klubów, że na nich stawiali?

– Długo, bardzo długo można by było o tym rozmawiać. Szczerze powiem: nie wiem, każdy przypadek – zawodnika i klubu – trzeba byłoby rozpatrywać indywidualnie.

Polscy rozgrywający na pewno oprócz pieniędzy muszą szukać gry i szans rozwoju. Rzeczywiście, mało ich mamy, mało dochodzi do ligi. A na tych, co są, musimy chuchać i dmuchać.

Ostatnio na Twitterze dołączyłeś do dyskusji o Łukaszu Kolendzie, 18-letnim rozgrywającym z Trefla, który ma 191 cm wzrostu i ogromny talent. Napisałeś, że dla niego jest za wcześnie na grę w PLK. Dlaczego?

– Wiele słyszałem o Łukaszu, rozmawiam z trenerami z Trefla na jego temat – to naprawdę dobry chłopak. Ale nie chodzi o to, by na siłę pchać go do gry – trzeba wiedzieć kiedy, gdzie i jak.

Ja swój pierwszy rok w Polonii Warszawa praktycznie przesiedziałem na ławce – swoje minuty grałem w II lidze i juniorach, uczyłem się na treningach i patrząc na doświadczonych kolegów z ławki. Łukasz ma podobnie – gra w II lidze, rozgrywkach młodzieżowych, trenuje z pierwszym zespołem. To dobre rozwiązanie.

Młody zawodnik nie może mieć zbyt wielu meczów – musi mieć czas na dobry trening i odpoczynek. 3-4 mecze tygodniowo to za dużo, granie może się znudzić. Tym bardziej, gdy zdarzy się tak, że wchodzisz na końcówki przegranych meczów.

Ja myślę, że on w Treflu prowadzony jest bardzo dobrze, w Sopocie, na przykładzie np. Michała Kolendy widać, że wiedzą, jak wprowadzać młodych zawodników.

Marcel Ponitka ma charakter, atletyzm i odwagę, ale nie ma pewnego rzutu. Jest materiałem na reprezentacyjną jedynkę?

– Marcela znam z roku wspólnych treningów w Stelmecie i uważam, że krzywdę robią mu ludzie, którzy mówią, że on powinien grać na jedynce. Moim zdaniem to może być bardzo dobry combo, który może kilka, nawet kilkanaście minut zagrać na jedynce, ale jego głównym celem powinien być atak obręczy, zdobywanie punktów.

Marcel to dwójka, która może czasem poprowadzić grę – coraz więcej drużyn składa zresztą obwód mając takich zawodników. On może zaczynać mecz na dwójce, potem – gdy sytuacja tego wymaga – przechodzić do roli rozgrywającego. Ale to nigdy nie będzie taki typowy kreator, który myśli o drużynie.

Oglądałem trochę mecze reprezentacji do lat 20 i moim zdaniem grałby lepiej, gdyby nie miał obowiązku myślenia za cały zespół. Oczywiście może to robić w ważnych momentach, akcjach. Jeśli jesteś najlepszym zawodnikiem drużyny, to wtedy bierzesz piłkę i kreujesz. Ale nie przez cały mecz, cały turniej. To nie w jego stylu.

Lookbook Mateusz Ponitka x SklepKoszykarza.pl – zobacz produkty! >>

Co z Filipem Matczakiem?

– Bardzo podobnie jak z Marcelem. Dwójka, która czasem może poprowadzić grę.

Ponitka w młodzieżówce, Kolenda w juniorach, Igor Yoka-Bratasz w kadetach – kojarzysz tego urwisa?

– No właśnie o nim tylko słyszałem, ale z boiska go jeszcze nie kojarzę. Nie mam tyle czasu, by śledzić wszystkich.

Generalnie jeszcze o młodzieżówce i juniorach – szkoda, że nie awansowały do Dywizji A, ale też nie grały jakoś źle, bez przesady. W Dywizji B widziałem solidne drużyny, a my byliśmy na zbliżonym poziomie do nich. Zabrakło nam czegoś w najważniejszych momentach.

Mój kolega Krzysiek Roszyk powtarza: „Zawsze na koniec się obsramy”. I coś w tym jest, że gramy sześć meczów, w pięciu jest dobrze, a w jednym, tym najważniejszym, mamy słabe pięć minut i przegrywamy. Brakuje spokoju, lepszych zawodników, może ogrania?

Na pewno brakuje presji, regularnej gry na styku. W finałowych turniejach mistrzostw Polski zdarzają się różnice 30 punktów, więc kiedy chłopaki mają się uczyć panowania nad nerwami? Teraz nagle przychodzi moment, gdy pół koszykarskiej Polski patrzy na ciebie i mówi, że masz awansować, a Brytyjczyk trafia ci trzy trójki i z plus 8 robi się minus 1. Wtedy trzeba wziąć odpowiedzialność za wynik, a my tego nie potrafimy.

Ciągle jest trochę tego obsrania.

Kibice w Wałbrzychu (fot. Andrzej Romański/PZKosz.pl)

Wracając jeszcze do jedynek – co z tym Danielem Szymkiewiczem? Mam wrażenie, że coś wokół niego nie działa. Szanujemy pracę Andy’ego Mazurczaka, ale czy przegrana rywalizacja z nim o miejsce, nie świadczy o Szymkiewiczu źle?

– Nie, absolutnie. Nie wyciągałbym żadnych wniosków z tego, że Daniel wyjechał ze zgrupowania, to dla niego najlepsza sytuacja. Czeka go ważny, trudny sezon w Rosie – będzie pierwszą jedynką w dobrym zespole, będzie grał w pucharach. Będzie miał dokładnie to, czego chcemy dla polskich jedynek. Sytuację jeszcze poprawia to, że trener Kamiński chce na niego postawić i mu pomoże.

Daniel nie będzie nigdy typowym rozgrywającym, będzie graczem atakującym z pozycji nr 1. Ale robi postępy w takim klasycznym rozgrywaniu.

Czyli to odesłanie ze zgrupowania to ten przykład chuchania i dmuchania, o którym mówiłeś? Trenerzy podjęli decyzję, by pomóc w przygotowaniu do dalszego rozwoju?

– Umówmy się – na EuroBaskecie – gdyby pojechał, Daniel nie dostałby wielu minut.

Robert Skibniewski zagrał we Francji dwie minuty w całym turnieju.

– No właśnie. Dlatego uważam, że Daniel jest w najlepszej sytuacji. On musi być gotowy na sezon ligowy pod każdym względem, w 100 proc. wyleczony itd. Bo jeśli złapie – odpukać – kontuzję, to wiadomo, że trener Kamiński sprowadzi jedynkę z USA. To normalne, to jest biznes.

A jeśli Daniel dobrze zacznie sezon, to pamiętajmy, że następne mecze kadry są już w listopadzie. Wtedy może dostać szansę gry.

Właśnie, jak się zapatrujesz na reformę kalendarza i okienka w trakcie sezonu?

– Jako zawodnik – bardzo dobrze. Fajnie będzie zagrać w trakcie sezonu, z marszu i wtedy, gdy kibice są w domu, a nie na wakacjach i będą nas oglądać. Z drugiej strony – nie będzie najlepszych graczy z NBA i pewnie Euroligi. To będzie trochę dziwne, bo zawsze chcesz grać przeciw najlepszym. Dziwna sytuacja, bo to dobry krok, który w praktyce może wyglądać dziwnie.

Wróćmy jeszcze do jedynek – fizyczność u rozgrywających, co podkreśla często Mike Taylor, to warunek gry na europejskim poziomie? Czy to 190 cm to próg, który trzeba przeskoczyć?

– Wystarczy spojrzeć, od czego zaczyna się draft w NBA – od pomiarów. Wzrost, zasięg ramion itp. One są coraz ważniejsze niż ładny dla oka styl gry. Pięciu wysokich rywali z długimi ramionami sprawią, że samo podanie piłki będzie dużo trudniejsze.

Przekładając na nasze – można powiedzieć, że Kamil Łączyński ze swoją techniczną, inteligentną grą i jej dobrym czytaniem, będzie pół kroku z tyłu za słabszym w rozgrywaniu, ale wyższym Szymkiewiczem z długimi rękami?

– Zawsze łatwiej się rzuca sprzed gościa, który mierzy 183 cm wzrostu niż sprzed tego, co ma 195 cm. Oczywiście nie popadajmy w skrajności, nie przekreślajmy niższych graczy, bo w niektórych rzeczach na boisku to oni są lepsi. Ale wszystko idzie w tym kierunku o którym mówiłem – skrupulatnie liczy się np. tzw. deflections, czyli podbicia, odbicia piłki w obronie, przerywanie podań itp. Wiadomo, że wyższemu, dłuższemu graczowi łatwiej to zrobić niż mniejszemu.

Petteri Koponen, Antoine Diot, Goran Dragić, Nick Calathes, Kostas Sloukas – jedynki naszych grupowych rywali mają minimum 190 cm i grają na co najmniej euroligowym poziomie. A przecież można jeszcze wspomnieć o Luce Donciciu czy Giannisie Antetokounmpo, którzy mogą zagrać na kilku pozycjach.

– No ci Grecy to mają wyjątkowy pod tym względem zespół. Jak dobrze się postawią w obronie, to w ataku może nam zostać tylko rzut. Dlatego tak ważny jest dla nas Przemek Karnowski, który może zdobywać punkty spod kosza.

Pamiętasz, jak trochę starszych od ciebie Grześka Radwana i Bartosza Sarzałę Veselin Matić chciał robić wysokimi jedynkami reprezentacji?

– Pamiętam, ale to nie wypaliło. Umiejętności mimo wszystko są ważne.

(Fot. Andrzej Romański/Plk.pl)

Masz 33 lata – już 33 czy dopiero 33?

– Już, jednak już. Jak tak patrzę, to szybko to zeszło.

W Zielonej Górze zostaniesz do końca kariery?

– Wszystko na to wskazuje. Fajnie tam jest – mamy drużynę, która o coś walczy, która gra w Europie, regularnie zdobywa złote medale. W polskim baskecie nie mieliśmy wielu takich zespołów. Ostatnio Asseco i Śląsk, ale w Gdyni teraz ledwo wiążą koniec z końcem i ratują się stawianiem na młodzież, a Śląsk co chwila gdzieś przepada. Stelmet trzyma się mocno, szanuję to.

A w klubie płacą, czy nie, bo różne rzeczy można usłyszeć…

– Zawsze może być lepiej. Można powiedzieć, że pod względem organizacyjnym życie trochę nas zaskoczyło, uczyliśmy się pływać na bardzo głębokiej wodzie. Jest trochę do poprawienia, ale coś za coś – idziemy do przodu, rozwijamy się, wygrywamy. Chcemy rywalizować, walczyć w Europie.

Medale i Europa przyciągają lepszych graczy, koło się rozpędza. Trudno sobie wyobrazić, że ktoś was zdetronizuje. Ile mistrzostw Polski z rzędu jeszcze zdobędziecie?

– Bez przesady, spójrz na Toruń – zbudowali tam mocną ekipę, będą silniejsi niż rok temu. W poprzednim sezonie widać było, że cieszą się z samego faktu, że znaleźli się w finale. A to przeszkadza w grze o zwycięstwo. Na mistrzostwie trzeba być skoncentrowanym.

Ale teraz są mądrzejsi, mają też Aarona i „Gruchę”, którzy zdobywali mistrzostwo. I może być ciekawie. Ja jestem daleki od rozdawania medali.

Wracając do EuroBasketu – fachowcy widzą nas na piątym miejscu w grupie i tak sobie myślę, że mają rację. Jakie macie argumenty, by wyprowadzić nas z błędu?

– Ja nie wiem, czy to błąd, bo na papierze rzeczywiście jesteśmy w tej grupie na piątym miejscu za Francją, Grecją, Słowenią i Finlandią. Ale my mamy argumenty, równą drużynę i wiarę w to, że co najmniej jeden z tych zespołów uda nam się wyprzedzić. Nie mamy nic do stracenia, będziemy walczyć. Na EuroBasketach gorsze drużyny niż my sprawdzają niespodzianki. Wiemy, że nas na nią stać.

Marcin Gortat dość mocno wypowiedział się na temat kadry – że jest słabsza, że nie wierzy w wyjście z grupy. Jakie były reakcje w drużynie?

– Nie było wielkich reakcji. Wiem, o co Marcinowi chodziło, to normalne wróżenie z fusów przed turniejem, gdy ogląda się na papierze składy. I rzeczywiście – teoretycznie nic nie wskazuje na to, że awansujemy, rywale mają wielkie nazwiska lub, jak Finlandia, są gospodarzami. Marcin powiedział prawdę, choć w trochę dosadny sposób.

Ale w sporcie piękne jest to, że nic nie wiadomo na pewno, dopóki nie skończy się mecz.

Załóżmy, to chyba nie jest ryzyko, że Islandia będzie w grupie A ostatnia – wyprzedzić będzie trzeba jeszcze jeden zespół. Kto jest najbardziej do ugryzienia?

– Pierwszy mecz zawsze jest niewiadomą i nawet największy faworyt może się trochę denerwować – to nie jest liga, porażkę potem ciężko nadrobić. Dlatego inauguracja to mecz nerwów – nam nie wyszedł od w 2013 roku, gdy przegraliśmy z Gruzją, ale wyszedł dwa lata temu, gdy wygraliśmy z Bośnią. Teraz gramy ze Słowenią i myślę, że na ten mecz będziemy bardzo, bardzo dobrze przygotowani. Oczywiście, oni mają Dragicia, Doncicia, Randolpha czy Vidmara i nie muszą się nas bać.

Ale my też nie będziemy się ich bać.

Łukasz Cegliński

EuroBasket, PLK, NBA – typuj i wygrywaj kasę! >>

POLECANE