Łukasz Seweryn: Zostaję z koszykówką

Share on facebook
Share on twitter

– Koniec kariery już do mnie dotarł, ale tak naprawdę odczuję to dopiero we wrześniu, kiedy już nie trzeba będzie iść na trening – mówi Łukasz Seweryn, wieloletni zawodnik klubów ekstraklasy, a od tego lata już tylko członek zarządu STK Czarnych Słupsk.

Łukasz Seweryn / fot. Czarni To Wy

PZBUK – DOŁĄCZ DO GRY I ODBIERZ DARMOWY ZAKŁAD 50 ZŁOTYCH! >> 

Pamela Wrona: Przegraliście w półfinale ze Śląskiem Wrocław, mimo bardzo zaciętej i wyrównanej walki. Czego Twoim zdaniem zabrakło, aby wyjść zwycięsko z tej serii?

Łukasz Seweryn: W ostatnim spotkaniu, faktycznie, była jednopunktowa przegrana, kwestia jednego posiadania piłki, zadecydowały szczegóły. Można zastanawiać się, czy w tej akcji były kroki Adriana Kordalskiego – my twierdzimy, że nie, ale wyszło jak wyszło.

Niemniej jednak uważam, że cała rywalizacja ze Śląskiem była bardzo zacięta, ciekawa dla oka, dla kibiców. Mecze były na bardzo dobrym poziomie. Finalnie to Śląsk okazał się lepszą drużyną w tej całej batalii, ale i tak ten sezon jest dla nas na plus.

Ostatecznie zajęliście trzecie miejsce. To i tak naprawdę świetny wynik…

Skończyliśmy z brązowym medalem. To bardzo duże osiągnięcie dla naszej drużyny, dla klubu i całej społeczności Słupska. Reaktywacja koszykówki jak najbardziej przebiegła pomyślnie. Nikt na pewno jeszcze rok temu nie zakładał, że w pierwszym roku uda się zrobić taki wynik.

Początkowo nie było nawet wiadomo, czy klub w ogóle wystartuje. To był całkowicie nowy twór, jeśli chodzi o pierwszoligową drużynę STK Czarni Słupsk. Drużyna wystartowała, a wynik przerósł najśmielsze oczekiwania. Przy jakichkolwiek założeniach nie można było od razu wymarzyć medalu. To naprawdę duży sukces.

Czy mimo wszystko czuliście niedosyt, że tak niewiele zabrakło, aby jednak znaleźć się w tym finale?

W pierwszym meczu z Łańcutem widoczne było to, że jeszcze w głowach nas wszystkich tkwił ostatni mecz ze Śląskiem. Wiadomo, jak jest stan rywalizacji 2-2, każdy w głowie sobie pewne rzeczy układa. O mały włos, i można było być w finale. Niestety, nie wyszło, ale staramy się spojrzeć na to z innej strony, że i tak jest to naprawdę dobry rezultat.

Co było kluczem do tego, że znaleźliście się w tym miejscu? Początek sezonu tego nie zapowiadał…

Początek nie układał się pomyślnie. Jeśli chodzi o kwestie szkoleniowe, doszło do zmiany na stanowisku pierwszego trenera. Można powiedzieć, że straciliśmy jednego zawodnika w składzie, a zyskaliśmy nowego trenera. Drużyna poszła do przodu, zaczęliśmy wygrywać. Zespół był trochę lepiej ułożony, każdy poznał swoją rolę.

Czasem tak bywa, że apetyt rośnie w miarę jedzenia – robiliśmy pewne analizy, zależało nam na tym, aby zająć jak najwyższą lokatę, mieć przewagę parkietu. Z WKK Wrocław również nie grało się łatwo. Ostatecznie wszystko ułożyło się pomyślnie dla naszej drużyny.

fot. Czarni To Wy

Mecz rewanżowy z Sokołem Łańcut był ostatnim w Twojej sportowej karierze. Dociera to do Ciebie, czy jeszcze tego nie odczuwasz? Co tak naprawdę oznacza koniec kariery dla sportowca?

Myślę, że to już do mnie dotarło, ale tak naprawdę odczuję to dopiero we wrześniu, kiedy już nie trzeba będzie iść na trening. Przez ostatnie 20 lat wszystko podporządkowane było koszykówce, pełen harmonogram, zaczynając od okresu przygotowawczego. Na pewno to odczuję.

Ciężko jest odzwyczaić się od takiej rutyny i zacząć żyć w trochę inny sposób. Na ten moment sezon jest dla mnie skończony, muszę się zregenerować. W tym sezonie dolegliwości było bardzo dużo. Pewnie dopiero za jakiś czas to do mnie trafi, gdy uświadomię sobie, że to nie jest tylko przerwa między sezonami, ale definitywny koniec.

Na pewno zupełnie inaczej wygląda sytuacja, gdy człowiek musi skończyć karierę wcześnie, przez jakiś ciężki uraz, z dnia na dzień. Ja po części do tej decyzji przygotowywałem się w trakcie sezonu, kiedy problemy narastały. W głowie tliły się już różne myśli, był czas na oswojenie się z tym.

Decyzja nie była trudna, chociaż żona za każdym razem pyta, czy już złapałem doła (śmiech). Jeszcze chwilę temu mieliśmy zakończenie sezonu, wszyscy cieszą się z trzeciego miejsca. Niedługo zespoły rozpoczną okres przygotowawczy, zacznie się liga. Nie będzie trzeba zbierać się na trening, będzie więcej wolnego czasu. Na pewno ciężko będzie sobie z tym poradzić.

Czy te dolegliwości były głównym powodem Twojej decyzji?

Zgadza się. Te dolegliwości wpłynęły w dużym stopniu na moją decyzję o skończeniu z zawodową koszykówką. Od około trzech miesięcy walczyłem z różnymi urazami. Więcej czasu spędzałem u fizjoterapeuty niż na treningach. Wyleczyłem jeden uraz i kolejny dawał o sobie znać.

Jedną rzecz, którą bardzo chciałem to dogranie sezonu do końca. Było to ciężkie i bolesne, ale jestem szczęśliwy, że dotrwałem do samego końca, tak jak sobie założyłem.

Ktoś mnie zapytał na początku „Ile jeszcze? 2? 3 sezony?”. Śmiałem się, bo obawiałem się, że zdrowie niestety mi na to nie pozwoli. Pamiętam jeszcze, jak 26 października drużyna zrobiła mi urodzinową niespodziankę, Prezes wszedł z tortem, każdy składał życzenia. Życzyli, aby tylko mnie plecy nie bolały i żeby wszystko było dobrze (śmiech).

Wszyscy raczej zakładali, że dam jeszcze radę pograć trochę dłużej. Ten sezon jednak to zweryfikował i wszystko potoczyło się inaczej. Mam 36 lat, różnie zawodnicy kończą, to jest bardzo indywidualna sprawa. Każdy ma swoje odczucia, zmęczenie całą karierą, zmęczenie materiału każdemu w innym stopniu się uwidacznia. Ja już powiedziałem: to jest ten moment.

Play-offy rozgrywane są dzień po dniu, w ekstraklasie jest trochę inaczej. To wszystko jest dużym obciążeniem dla organizmu zawodnika, szczególnie starszego. Młodzi zdecydowanie szybciej się regenerują. Do tego wszystkiego dochodzą podróże. Wydawać by się mogło, że co to jest wsiąść do autokaru i przejechać jakiś odcinek, ale na przykład podróż do Łańcuta dała nam się we znaki (śmiech).

To szereg rzeczy, które potęgują później wszystkie dolegliwości. To są sprawy, których nie widać, o których się w ogóle nie myśli. Często grałem na środkach przeciwbólowych. Nie da się tak przez cały czas, należy zrobić proste kalkulacje.

Łukasz Seweryn / fot. Czarni To Wy

Jak wspominasz ten czas, który spędziłeś reprezentując barwy Czarnych?

Od 2004 roku, z przerwą, jestem w Słupsku. Tych sezonów trochę się nazbierało. Ze Słupskiem jestem bardzo zżyty, stąd pochodzi moja żona, tu urodziły się moje córeczki i tu mieszka druga część rodziny. Za każdym razem, kończąc sezony koszykarskie, większość czasu spędzaliśmy na Pomorzu, pomimo tego, że pochodzę z Krakowa. Teraz muszę trochę ten czas nadrobić, aby druga strona mojej rodziny nie miała mi tego za złe. (śmiech)

W trakcie swojej kariery byłem jeszcze w Gdyni – bardzo miło wspominam ten czas. To były fajne 4 lata, największe sukcesy, złote medale, Euroliga i liga VTB. Byłem jeszcze w Zielonej Górze, również udało się zdobyć złoty medal. Te chwile, gdzie udało się coś osiągnąć, po prostu zapadają w pamięci.

Każdy mecz, trening, sezon czegoś uczą. Czego nauczyłeś się przez te wszystkie lata grając w koszykówkę?

Na pewno reżim treningowy, dyscyplina od samego początku kształtują człowieka. Ja zacząłem wcześnie, bo miałem 17 lat, gdy wyjechałem z domu. Zmieniłem szkołę w klasie maturalnej, to była trudna decyzja, ale podporządkowana koszykówce. W Krakowie nie było drużyny na tak wysokim szczeblu rozgrywek – wtedy to była pierwsza liga.

Wraz z moimi rodzicami podjąłem decyzję, żeby spróbować swoich sił na lepszym poziomie. To był dobry ruch, ale niosło za sobą różne konsekwencje. Maturę zdałem w Sosnowcu, ale kosztowało mnie to wiele wysiłku. Wówczas wszystko kręciło się wokół treningów i nauki, dla młodego chłopaka nie było to łatwe.

Następnie ekstraklasa, czyli marzenie każdego zawodnika. W 2001 roku rozpocząłem przygodę w Unii Tarnów. Kolejny sezon to Pruszków i w międzyczasie studia w Warszawie. Później małymi krokami wszystko zaczęło nabierać tempa.

W ekstraklasie udało mi się tak naprawdę grać do samego końca. Dopiero, gdy drużyna w Słupsku została rozwiązana, to z Mantasem postanowiliśmy, że musimy zrobić wszystko, aby koszykówka mogła wrócić do naszego miasta. Nigdzie nie wyjechaliśmy, nie związaliśmy się z żadnym klubem. Gdy klub upadł, pod Gryfią ludzie zapalali znicze…

To był nasz cel, aby reaktywować koszykówkę w Słupsku. Zasługiwali na to kibice. Niektóre koszykarskie kluby mogą nam pozazdrościć. Na meczach jest niesamowity klimat, organizacyjnie jesteśmy na naprawdę wysokim poziomie, panuje tu dobra atmosfera i mamy odpowiednie warunki – nie odstajemy od niektórych ekstraklasowych klubów. Może niedługo uda się osiągnąć jeszcze więcej.




Pochodzisz jak wiadomo ze sportowej rodziny – Twoi rodzice grali w koszykówkę.

Tak, rodzice oraz wujek. Od samego początku, odkąd się urodziłem byłem na hali, z piłką do kosza. Mam nawet zdjęcia, gdy biegam po parkiecie czy między trybunami.

Swoją karierę sportowca rozpocząłem tak naprawdę od tenisa ziemnego – trenowałem go 2 lata. Okazało się jednak, że dzieciaki ćwiczyły już dłużej ode mnie, zdecydowanie wcześniej zaczynały. Siłą rzeczy, do pewnego momentu był jakiś postęp, ale później ciężko było przejść dalej. W drugim roku zacząłem chodzić na koszykówkę i to było to!

Trenowałem z Koroną Kraków, małymi krokami od młodzika, poprzez juniora, kadeta, człowiek robił postęp, ocierając się o kadry młodzieżowe. Już w wieku 15 lat debiutowałem w ówczesnej 2 lidze w Hutniku Kraków. Bardzo dużo cennych wskazówek otrzymałem od moich rodziców, którzy przez swoją karierę grali w Wiśle Kraków – mama miała jeszcze dwuletni epizod we Francji. Ja już nigdy nie osiągnę tyle co ona, za swoje osiągnięcia sportowe trafiła nawet na aleję gwiazd koszykówki w Polanicy Zdrój.

Myślałeś jednak, aby koniec kariery nie był zamkniętym rozdziałem, jedynie pożegnaniem się z boiskiem, a nie z koszykówką?

Zostaję w klubie, jestem członkiem zarządu. Zależałoby mi na tym, aby po tym sukcesie drużyna w przyszłym roku również grała o najwyższe cele. Poprzeczka będzie postawiona trochę wyżej, przez sukces z tego sezonu.

Nie mam zamiaru całkowicie rozstawać się z koszykówką, ze sportem. Chcę w nim pozostać. Jestem w trakcie robienia kursu trenerskiego, jest ciekawy dwuletni projekt w PZKosz. Na pewno na ten moment muszę się zregenerować, zminimalizować problemy, które mi doskwierają, a później zobaczymy.

Gdybyś teraz mógł cofnąć się do Twoich początków, czy zmieniłbyś coś? Co powiedziałbyś Łukaszowi sprzed kilkunastu lat?

Na pewno nic bym nie zmieniał. Ciężko powiedzieć, bo od samego początku były różne propozycje, z perspektywy czasu nie wiem czy te decyzje były słuszne. Zawsze wiąże się to z pewnym ryzykiem, człowiek zastanawia się, czy dobrze wybrał, a może trzeba było postąpić inaczej. Nigdy w ten sposób nie myślałem.

Uważam, że takim sukcesem i czymś, co utkwiło mocno w mojej głowie był czas, gdy miałem 28 lat i zacząłem grać w Gdyni. To był bardzo duży przeskok. To był klub o najlepszej organizacji, grający o najwyższe cele i zrobiło to na mnie duże wrażenie. Tak naprawdę dopiero tam zobaczyłem, jak wygląda koszykówka na europejskim poziomie.

Zawsze starałem się dawać z siebie jak najwięcej, na wszystkich treningach i meczach. Na pewno nie mam sobie nic do zarzucenia z początków kariery. Co bym powiedział tamtemu Łukaszowi? To byłaby rada, którą dostawałem od swoich rodziców – żeby od samego początku więcej grać z piłką i nie być zadaniowcem, ukierunkowanym tylko na rzut.

Gdybyś kiedyś usiadł ze swoimi dziećmi, wnukami przy kominku i miał opowiedzieć im o swojej przygodzie z koszykówką, od czego byś zaczął? Czego nigdy nie zapomnisz, do jakich chwil będziesz zawsze wracał?

Sport to zdrowie, ale tylko rekreacyjny (śmiech). A tak na serio to siedząc z dziećmi przy kominku, o ile padnie kiedyś takie pytanie, musiałbym taką opowieść zacząć od tego, że należy podzielić moją karierę na plusy i minusy.

Na plus, z całą pewnością jest masa fajnych ludzi, których się poznało. Przygoda z Euroligą, VTB i Eurocup, dziesiątki tysięcy przelatanych kilometrów, czarterowane samoloty, sukcesy zwieńczone medalami, no i oczywiście podniesienie Czarnych po upadku.

Do tych gorszych na pewno zaliczyłbym kontuzje, po których człowiek musiał mieć w sobie mnóstwo samozaparcia, żeby wrócić do jak najlepszej formy. Fakt, że przez trening spóźniłem się na narodziny swojej pierwszej córeczki, nie uczestniczyłem w pierwszych urodzinach obu córek, ani nie widziałem ich pierwszych kroków.

Z każdego pobytu, każdego roku w każdym klubie, mógłbym wyciągnąć coś ciekawego.

Masz własne domki do wynajęcia. Gdzie możemy Cię znaleźć?

Domki są nad morzem w Rusinowie – zapraszam!

Wracając jeszcze do pytania odnośnie tego, czy odczuwam, że kończę zawodową karierę na koszykarskim parkiecie, od kilku lat prowadzimy własny biznes. Wobec tego, kończę sezon jako zawodnik, a zaczynam sezon letni, który spędzam z rodziną nad morzem. Sezony się pokrywają, dzięki czemu ten czas, w przeciągu całego roku jest bardzo wypełniony.

I teraz, gdy sezon letni zaraz się zacznie, będę znów w ferworze przygotowań i obowiązków, czas na pewno będzie mi płynął szybciej. Nie będę miał czasu, aby myśleć o baskecie i o swojej karierze. Kiedy ten sezon się skończy, podejrzewam, że będzie trochę pusto, zdam sobie sprawę, że to już koniec, ale pierwszy raz przyjdzie czas na odpoczynek.

Na sam koniec chciałbym raz jeszcze podziękować kibicom wszystkich drużyn, jakie reprezentowałem – Wasz doping potrafił czasem uskrzydlić! Dziękuję też oczywiście mojej rodzinie za wsparcie przez te wszystkie lata.

Pamela Wrona, @Pamela_Wrona

PZBUK – DOŁĄCZ DO GRY I ODBIERZ DARMOWY ZAKŁAD 50 ZŁOTYCH! >> 




Bardzo kontrowersyjny prezes PZKosz znów będzie równolegle szefem koszykarskiej ekstraklasy. Jak poinformowała PLK, Rada Nadzorcza ligi wybrała ponownie Radosława Piesiewicza na prezesa zarządu. W RN zasiądą przedstawiciele klubów z Zielonej Góry, Ostrowa, Lublina i Włocławka.
27 / 10 / 2021 10:15

NBA

15 kolejnych meczów przegrali New York Knicks z Philadelphia 76ers. Serię udało im się przerwać w poniedziałek: wygrali 112:99, a najlepszy jak do tej pory mecz w barwach NYK rozegrał Kemba Walker. Drużyna z Nowego Jorku zaczyna sezon od bilansu 3-1.
27 / 10 / 2021 9:16
Pięknie jest znów przeżywać wielkie koszykarskie emocje w wypełnionych po brzegi halach. W pojedynku Euroligi Zenit okazał się lepszy od Żalgirisu, ale zwycięzcami okazali się wszyscy uczestnicy imprezy organizowanej przez PolskiKosz.pl. Kowno nie zawodzi!

Zapisz się do newslettera

Bądź na bieżąco z wynikami i newsami
15 kolejnych meczów przegrali New York Knicks z Philadelphia 76ers. Serię udało im się przerwać w poniedziałek: wygrali 112:99, a najlepszy jak do tej pory mecz w barwach NYK rozegrał Kemba Walker. Drużyna z Nowego Jorku zaczyna sezon od bilansu 3-1.
27 / 10 / 2021 9:16
Szokująca różnica w Eurolidze. Barcelona pokonała Zenit St. Petersburg aż 84:58! Gospodarzy do zwycięstwa poprowadził Nikola Mirotić – autor 20 punktów. Podopieczni Sarunasa Jaskeviciusa mają bilans 5-0 na starcie sezonu. Dla Zenitu 8 punktów i 6 zbiórek zanotował Mateusz Ponitka.
23 / 10 / 2021 16:02
Pięć lat czekali na powrót do europejskich pucharów kibice Śląska Wrocław. W pierwszym meczu tegorocznej edycji EuroCupu podopieczni trenera Andreja Urlepa przegrali jednak 59:70 z litewską drużyną Lietkabelis Panevezys. Bardzo brakowało skuteczności w ataku.
21 / 10 / 2021 11:47
Po zwycięstwie pierwszego dnia rozgrywek European North Basketball League z gospodarzami – łotewskim BK Valmiera, tym razem Anwil pokonał estoński Tartu Ulikool Maks & Morits 81:63. Rywal nie był specjalnie mocny, większą szansę gry mogli dostać także rezerwowi.
Anwil rozpoczął swoje występy w European North Basketball League od wygranej z gospodarzami bańki rozgrywanej na Łotwie. Włocławianie po bardzo dobrej, decydującej czwartej kwarcie wygrali pierwsze spotkanie z Valmiera Glass 85:69.
Rozpoczyna się sezon ENBL czyli European North Basketball League – rozgrywek, w których udział bierze w tym roku Anwil Włocławek. Podopieczni Przemysława Frasunkiewicza na sam początek lecą na Łotwę, do Valmiery.