Maciej Klima – ambitny lekkoduch z Łańcuta

Share on facebook
Share on twitter

– Najwięcej wspomnień mam z pierwszego sezonu w Sokole. Byłem wtedy jak dzieciak w sklepie z zabawkami – opowiada Maciej Klima, symbol zespołu z Łańcuta, jeden z najbardziej doświadczonych graczy na pierwszoligowych parkietach.

Maciej Klima / fot. Sebastian Maślanka, Sokół Łańcut

Nike Kyrie 5 „Bred” –  w takich butach się teraz gra! >>

Pamela Wrona: Dlaczego koszykówka?

Maciej Klima: Jako dziecko z kolegami kopaliśmy piłkę, albo rzucaliśmy ją do kosza. To drugie wychodziło mi na tyle dobrze, że trafiłem do międzyszkolnego towarzystwa sportowego, a stamtąd do Wisły Kraków. Nie pamiętam jednak żebym wyróżniał się tam umiejętnościami. Jedyne co mnie wyróżniało to przeraźliwie chuda sylwetka. Oczywiście po latach pracy, przerzucania ciężarów i objadania się…. Nie zmieniłem się nic i dalej przypominam bardziej topową modelkę niż sportowca (śmiech).

Z brakiem siły szedł w parze brak pewności siebie, więc to moje trenowanie trwało bardzo krótko. Gdy zdawałem maturę, przez myśl nie przeszło mi nawet, że będę koszykarzem. Wracając więc do pytania: dlaczego koszykówka? Sam się nad tym zastanawiam. To w największym stopniu zasługa ludzi, których życie ustawiło mi na drodze. O tych moich bohaterach mam nadzieję będzie zaraz okazja opowiedzieć.

Trafiłeś do Sokoła Łańcut. Miałeś dwusezonowy epizod w Stalowej Woli. Dlaczego zdecydowałeś się wtedy na odejście, a następnie na powrót?

Nie zaczynałem w Sokole. Tak naprawdę moim pierwszym dorosłym klubem był trzecioligowy Limblach Limanowa, do którego namówił mnie mój przyjaciel z uczelni – Wojtek Bychawski. Celowo mówię „namówił”, żeby zachować pozory, że miałem w ogóle coś do powiedzenia. Spakował mnie po prostu do swojego Seicento i zawiózł na trening.

Zresztą nie tylko mnie. Gdy na podwózkę podstępem załapywał się trener (Marcin Kozdroń), trafiałem na tylną kanapę, między Remika Surmę i Pawła Wronicza. Czyli dobre 400 kilogramów, a ze mną nawet 450, w następcy malucha przez 60 kilometrów. Byłoby pewnie trochę narzekania, gdyby nie Wojtek alias Stachursky śpiewający swym mocnym, gardłowym głosem „To ja typ niepokorny” (śmiech).

Wyciągali nas na miejscu łyżką do butów i przez dwie godziny mogłem być workiem treningowym dla Jarka Włodarczyka, naszego centra. Kąpaliśmy się później w zimnej wodzie, zatrzymywaliśmy na hamburgerka i wracaliśmy do domu. Kochałem to.

Nie brzmi jak początek większej kariery…

Po Limanowej był jeszcze rok w Koronie Kraków. I dopiero stamtąd trafiłem do Sokoła. Dziś ciężko w to uwierzyć, ale trener Kaszowski zauważył mnie w meczu trzecioligowych drużyn i zaproponował grę w zespole, który dopiero co stoczył dramatyczny bój o ekstraklasę z Polpakiem Świecie.

Jeszcze ciężej uwierzyć, że na początku mocno się wahałem. Obawy były bezpodstawne, bo Łańcut stał się moim miejscem na ziemi, a decyzja o przyjeździe tutaj najlepszą w moim życiu. Oprócz oczywiście ślubu z Anią.

Po 3 latach jednak drużynę czekała przebudowa. Mój kontrakt właśnie się skończył, a warunki przedłużenia nie do końca mi odpowiadały. Ale i tak nie chciałem zmieniać otoczenia. Jestem taką łatwo się przywiązującą, ciepłą kluchą.

Wówczas pojawiła się oferta ze Stali. Pojechałem tylko spotkać się z trenerem i prezesem, wysłuchać jaką mają propozycję. Na miejscu wszystko konkretnie, atrakcyjnie, ale też za szybko, bez należytego przespania się z ważną decyzją. Z podpisaniem trwało to może z 10 minut.

Pamiętam, siedziałem w autobusie do Rzeszowa, miałem spotkać się z Anią. Na kolanach trzymałem najlepszy z moich dotychczasowych kontraktów, a w sercu ogromne wyrzuty sumienia i poczucie winy. Mimo wszystko, czas pokazał, że to była słuszna decyzja. Zmiana otoczenia poprawiła moje umiejętności i pomogła dojrzeć.

Udany sezon w pierwszej lidze zaowocował też moim największym sukcesem sportowym – dostąpiłem zaszczytu zagrania w ekstraklasie. Miałem okazję choć przez parę minut w meczu rywalizować z najlepszymi graczami w kraju. Niestety, po tamtym sezonie Stal się rozpadła.




Dlaczego już później nie grałeś w ekstraklasie?

Byłem całkiem blisko pozostania w ekstraklasie na następny rok. Spotkałem się z drobnym zainteresowaniem ze strony włodarzy tamtejszych klubów. Miałem nawet w rękach kontrakt, który podpisałem i odesłałem. Tyle, że i tak nic z tego nie wyszło. Minęło trochę czasu, a moje możliwości gry mocno się skurczyły. Może powinienem się wtedy trochę porozpychać, sam poszukać pracodawcy, pokazać trochę zęba? Nie zrobiłem tego.

Żałujesz tego? Zastanawiasz się czasami, co by było gdybyś podjął inną decyzję?

Skorzystałem z możliwości powrotu do Sokoła i nie żałuję. Nie czuję się niespełniony. Wręcz przeciwnie. Myślę, że pierwsza liga odzwierciedla zarówno moje możliwości, jak i umiejętności.

Oczywiście, może grając z lepszymi równałbym do nich i zasłużył na swoje miejsce w ekstraklasowej drużynie. Tego już się nie dowiem. Wiem natomiast, co zyskałem w Łańcucie. Poznałem Anię. Założyliśmy rodzinę, która niedługo nam się powiększy. Zbudowaliśmy tutaj dom. Jadąc na trening spotykam bliskich mi ludzi, na których, tak jak Oni na mnie, zawsze mogę liczyć.

Wspomniałeś wcześniej o braku pewności siebie… Pamiętasz, w którym momencie ona wróciła?

Na parkiecie przełomowym był dla mnie mecz z Kontrą Rzeszów, jeszcze w barwach Limblachu. Byłem nie do zatrzymania i zdobyłem jakąś kosmiczną liczbę punktów. Było to o tyle niespodziewane, że do tej pory byłem w meczach praktycznie niewidoczny, a mój licznik zatrzymywał się w okolicach 2 punktów. Uwierzyłem w siebie, a to zaowocowało kolejnymi dobrymi występami.

Modelowy przykład jak ważna jest psychologia w sporcie. A w życiu? Z wiekiem stałem się bardziej asertywny. Nie jestem już chłopcem, który na wszystko się zgadza, ale do twardziela jeszcze daleka droga.

Co Cię zawsze motywowało? Był ktoś, kto miał jakieś szczególne znaczenie w kontekście Twojego rozwoju?

Mam charakter ambitnego lekkoducha, więc jeśli udało mi się osiągnąć choćby mały sukces, to jest długa lista osób, którym go zawdzięczam. Zacznę od Mamy, której poświęcenie i wysiłek doceniam najbardziej teraz, próbując wychowywać własne dzieci. Zwariowałbym pewnie, gdyby nie wsparcie najbliższej mi osoby, jaką jest Ania. Choć czasem mam wrażenie, że niewiele brakuje, a zwariuję przez nią (śmiech).

Nie byłoby też świetnego przygotowania fizycznego, bez pracy moich personalnych trenerów, Olafa (7 lat) i Kacpra (5 lat), którzy nauczyli mnie, że zmęczenie to tylko słaba wymówka.

Nie grałbym w koszykówkę gdyby nie wspomniany Wojtek Bychawski, mój anioł stróż. Gdyby nie trenerzy: Pan Nowak ze szkoły podstawowej nr 33, Pan Chwojka z MTS-u, szkoleniowcy Wisły Kraków (choć tu mam mieszane uczucia), trenerzy AR Kraków – Janusz Herdzina oraz ś.p. Marian Armatys, Marcin Kozdroń z Limblachu Limanowa, Jerzy Dybała z Korony Kraków, Leszek Kaczmarski i Bogdan Pamuła ze Stali Stalowa Wola i przede wszystkim najważniejszy trener w mojej opowieści – Dariusz Kaszowski.

Do tego dochodzi kilkuset zawodników, którzy wylewali ze mną pot i od których mogłem się uczyć.

To już Twój 12. sezon na Podkarpaciu. Patrząc na to, co dzieje się w niektórych pierwszoligowych klubach, doceniasz tę stabilizację?

Zdecydowanie. Wspólnie spędzone lata zaowocowały podobną etyką pracy i zaufaniem. Nie muszę martwić się gorszą formą, problemami zdrowotnymi czy finansami.




Co przez te 12 sezonów najbardziej utkwiło Ci w pamięci?

Najwięcej wspomnień mam z pierwszego sezonu w Sokole. Byłem wtedy jak dzieciak w sklepie z zabawkami. Wszystko nowe i emocjonujące. Pamiętam debiut w lidze i pierwszy derbowy mecz ze Zniczem Jarosław. Pamiętam, gdy pierwszy raz Jurek Koszuta wsadził ze mną do kosza i… Później kilkadziesiąt innych razy (śmiech).

Pamiętam, jak Pan Aleksander Maślak pilnował, żeby niczego mi nie brakowało, choć tak naprawdę dopiero co mnie poznał. Pamiętam, gdy w drodze na dworzec PKP gonił mnie jakiś dzieciak prosząc o autograf. I chyba najważniejsze- znajomość z Jarkiem Szurlejem, która przerodziła się w braterską przyjaźń.

Jak jest z tymi przyjaźniami w zespole? Można powiedzieć, że co sezon dochodzi do sporych rotacji.

Licząc tylko lata w Sokole poznałem kilkudziesięciu graczy. Z kilkoma osobami utrzymuję lepszy kontakt. Zdarza się, że ktoś nas odwiedzi czy przenocuje. Mimo wszystko, gdy w naszych życiach pojawiły się dzieci, jakoś tego czasu mamy dla przyjaciół mniej. Zawsze jednak jest chwila tuż przed meczem, żeby poklepać się po plecach i trochę sobie ponarzekać.

Przez te wszystkie lata z pewnością byłeś świadkiem przeróżnych sytuacji – czy są jakieś, do których często wracasz pamięcią?

Jestem straszną gapą. Kiedyś pojechałem na mecz do Częstochowy bez stroju. Innym razem w ogóle zameldowałem się w szatni bez torby sportowej. Na szczęście graliśmy u siebie. Ale nie wracam do nich pamięcią, zwłaszcza że to właśnie z nią mam chyba problem.

Jeśli pytasz o sytuacje, które ze sportowym trybem życia nie mają wiele wspólnego, to nie wypada mi się nimi dzielić. Zwłaszcza że większość znam tylko ze słyszenia. Poza tym, co dzieje się w szatni, w szatni zostaje.

Czy czujesz się w pewnym sensie wzorem dla młodszych kolegów z drużyny?

Zdarza mi się coś doradzić. Ale wzorem to raczej nie, bo są też sytuacje, gdy te przemądrzałe szczeniaki instruują mnie (śmiech). Bywa to frustrujące. Zwłaszcza, gdy mają rację.

Sokół od lat dominuje w górnej części tabeli – wyobrażasz sobie chwile, kiedy w końcu uda Wam się wygrać ligę?

Potrafię to sobie wyobrazić. Od jakiegoś czasu jest to moje wielkie sportowe marzenie. Już chyba ostatnie… Ale przez te wszystkie lata na własnej skórze przekonywałem się, jak ciężko je osiągnąć.

Jak oceniasz szanse Sokoła po I rundzie zasadniczego sezonu?

Bilans mamy bardzo dobry, ale niestety gramy nierówno. W play-off słaby weekend może pogrzebać cały sezon. Nie zastanawiałem się nad naszymi szansami. Wszyscy są w naszym zasięgu, ale tak mogą powiedzieć wszystkie drużyny z czołowej ósemki.

Czy myślisz już o tym kiedy zakończysz karierę i co będzie później?

Nie wypada, żeby taki młody chłopak myślał o zakończeniu swojej przygody z koszykówką (kariera to za duże słowo). Ale coś jest na rzeczy, bo ostatnio coraz więcej osób mnie o to pyta. Nie zastanawiałem się jeszcze co potem, nie mam planu B. Ale wierzę, że jeśli jesteś pracowity i masz odrobinę oleju w głowie, to nie zginiesz.

Gdybyś powrócił myślami do Twoich początków w Sokole, co najbardziej się u Ciebie zmieniło?

Kiedyś moim jedynym zmartwieniem było, co zjeść na obiad. Czy chce mi się wygrzebywać ze zlewu i myć patelnie, czy może lepiej coś zamówić. Potrafiłem taśmowo oglądać seriale czy wbijać poziomy w kolejnym RPG.

Dziś? Obowiązków przybyło. Cholerny budzik znowu „pimpka” przed 7, a dzieciaki wymazały mi większość pozycji z dawnego grafiku. Co nie znaczy, że nie znajduję chwili na moje ulubione rozrywki. Mimo wszystko pracowity dzień przynosi więcej satysfakcji, więc niekoniecznie chciałbym wrócić do dawnego życia. Ale raz na jakiś czas…

A w samej koszykówce?

Na pewno jestem spokojniejszy, bardziej skoncentrowany, choć i tak nie byłbym sobą gdybym nie zrobił jakiegoś głupiego faulu. Zyskałem mądrość, ale niestety płacę za nią mniejszą szybkością. Może dzięki temu, że poruszam się wolniej po boisku, mam więcej czasu, żeby się zastanowić.

Co Maciek Klima z roku 2019 mógłby powiedzieć temu Maćkowi, który zaczął stawiać pierwsze kroki w profesjonalnej koszykówce?

Powiedziałbym: Kolego, w przyszłym roku poznasz śliczną dziewczynę Anię. Lubi głaskanie po głowie i słodycze. Lubi też Pearl Jam, więc jak ich usłyszysz, to kiwaj przynajmniej z uznaniem głową. To tyle, nie schrzań tego. Aha, a jak grasz, to rzucaj częściej do kosza (śmiech).

Pamela Wrona, @pamela_wrona

Nike Kyrie 5 „Bred” –  w takich butach się teraz gra! >>




Jak na razie zmiana trenera dużo lepiej zadziałała w Szczecinie. King pod wodzą Arkadiusza Miłoszewskiego wygrał właśnie drugie z rzędu spotkanie, tym razem pokonując 99:83 drużynę Śląska Wrocław. Nie udał się więc powrót Andreja Urlepa na ławkę trenerską.
15 / 10 / 2021 9:29

NBA

Jak wygląda pre-season NBA? Jak budowano składy drużyn tego lata? Rafał Juć, skaut Denver Nuggets i ekspert telewizyjny to idealny gość, aby wyjaśniać detale przed startem najlepszej ligi świata. W studiu z Kamilem i Rafałem jest także Adrian Mroczek – Truskowski, nie brakuje więc ciekawych analiz taktycznych!
15 / 10 / 2021 11:46
Ben Simmons zaskoczył w poniedziałek wszystkich i stawił się w Filadelfii. Nawet 76ers nie byli na to przygotowani, bo myśleli, że najwcześniej dojdzie do tego pod koniec tygodnia. Wcześniej gracz twierdził publicznie, że w tym klubie nigdy w życiu już nie zagra.
12 / 10 / 2021 11:01
Pięknie jest znów przeżywać wielkie koszykarskie emocje w wypełnionych po brzegi halach. W pojedynku Euroligi Zenit okazał się lepszy od Żalgirisu, ale zwycięzcami okazali się wszyscy uczestnicy imprezy organizowanej przez PolskiKosz.pl. Kowno nie zawodzi!

Zapisz się do newslettera

Bądź na bieżąco z wynikami i newsami
Jak wygląda pre-season NBA? Jak budowano składy drużyn tego lata? Rafał Juć, skaut Denver Nuggets i ekspert telewizyjny to idealny gość, aby wyjaśniać detale przed startem najlepszej ligi świata. W studiu z Kamilem i Rafałem jest także Adrian Mroczek – Truskowski, nie brakuje więc ciekawych analiz taktycznych!
15 / 10 / 2021 11:46
W piątek w nocy po raz pierwszy mieliśmy okazję zobaczyć Russella Westbrooka w akcji razem z LeBronem Jamesem, lecz nie był to do końca miły widok. Gwiazdy Lakers muszą zrzucić rdzę – w przeciwieństwie do m.in. Stephena Curryego, który poprowadził Warriors do zwycięstwa 121:114.
9 / 10 / 2021 11:48
Możesz wykazać się wiedzą i rozpoznawaniem talentu w NBA, być GMem, skautem i trenerem naraz. I dzięki temu skopać tyłki kumplom lub innym fanom NBA. Czy trzeba bardziej zachęcać?
13 / 10 / 2021 17:01
Igor Milicić ma za sobą pierwsze wybory, jeśli chodzi o funkcję nowego trenera reprezentacji koszykarzy. Na razie szkoleniowiec dobrał sobie współpracowników, którzy tworzyć będą sztab szkoleniowy kadry. Asystentami zostali Artur Gronek, Marek Popiołek i Grzegorz Kożan.
12 / 10 / 2021 20:00