Marcin Dutkiewicz: Zupełnie nowa historia

Share on facebook
Share on twitter
"Wyszedłem na boisko na 3 minuty. Ale cieszyłem się wtedy z nich, jakbym grał o mistrzostwo!" - Marcin Dutkiewicz opowiada o powrocie do koszykówki, wyzwaniach dawnych oraz tych nowych, teraz w Słupsku.
Marcin Dutkiewicz / fot. Czarni To Wy

PZBUK! Bonus powitalny 500 zł na start – podwajamy pierwszy depozyt!

Pamela Wrona: Co symbolizuje Twój tatuaż na łydce?

Marcin Dutkiewicz: Moją rodzinę, która jest dla mnie najważniejsza, wspiera mnie przez cały czas, jest ze mną na dobre i złe. Muszę tu jeszcze dodać, iż zrobiłem go w lipcu ubiegłego roku, a 3 miesiące później przyszła choroba. Niektórzy myślą, że było odwrotnie.

Kilka miesięcy temu rozegrałeś najważniejszy mecz w swoim życiu, w którym rywalem był Twój własny organizm. Na swoim profilu dodałeś: „stawką jest powrót do pełni zdrowia. Dwie kwarty już za mną – diagnoza i operacja. Druga połowa przede mną – wyniki wszystkich badań, dalsze leczenie, a finalnie: powrót na boisko”. Dziś można powiedzieć, że dwa punkty trafiły na Twoje konto.

Zgadza się. Na dobrą sprawę wydarzyło się to rok temu, jakoś na początku października. Jest to jeszcze dla mnie świeży rozdział, ale normalnie mogę z tym żyć. Na szczęście wszystko jest w porządku i dobrze się skończyło. Mogę cieszyć się pełnią zdrowia i tym, że nadal mogę wyjść na boisko, być z rodziną i najbliższymi.

Nieprzypadkowo zapytałam na początku o tatuaż. Jak ważne było wsparcie Twojej rodziny w trudnych chwilach? Byli Twoją podporą, ale kibicowało Ci również całe koszykarskie środowisko.

Rodzina dowiedziała się jako pierwsza. Ja nie byłem do końca świadomy całej sytuacji. Wszystko potoczyło się błyskawicznie. Powiem Ci, że wzięło to nas wszystkich znienacka. Rodzina, a przede wszystkim moja żona stanęła na rzęsach żeby przy mnie być. Wtedy byłem sam w Lublinie, a oni byli w Trójmieście. Pamiętam, gdy się dowiedziała, przyjechała do mnie w 5 godzin. Cały czas była przy mnie, przy operacji, przy późniejszym dochodzeniu do siebie.

Ci najbliżsi, na których najbardziej mi zależało, rodzice, przyjaciele, byli ze mną cały czas. Rodzina pokazała mi tak naprawdę, co to znaczy jedność, wsparcie, bycie ze sobą w zdrowiu i chorobie. Później dowiadywały się kolejne osoby: dalsza rodzina, znajomi, kibice.

Minęło trochę czasu, zanim publicznie o tym powiedziałeś. Potrafiłeś na boisku się po prostu wyłączyć?

Myślę, że tak. Zacznę od tego, że na początku, jak dowiedziałem się o chorobie, o tym, co mi dolega, nie chciałem nikomu o tym powiedzieć. Jak już wiedziałem z czym mamy do czynienia, chciałem puścić to w eter – dla niektórych nowotwór, nowotwór złośliwy może być wyrokiem i oznaczać śmierć. U mnie na szczęście tak nie było. Echo tego wszystkiego trochę się za sobą niosło, ale byłem po leczeniu, hospitalizacji, a następnie po rekonwalescencji, szczęśliwy, że mogę dalej robić to co lubię, nie byłem sam, miałem wsparcie najbliższych.

Potrafiłem wyjść na boisko, wyłączyć się, dać z siebie maksimum. Często takie zmęczenie fizyczne jest o wiele lepsze niż psychiczne. Przez ten czas, przez 7-8 tygodni siedzenia w domu, w głowie kłębiło się wiele różnych myśli. Mimo, że miałem opiekę, powtarzałem sobie: „nie myśl o tym, wszystko się ułoży, wszystko będzie dobrze, potrzeba czasu”, ale sam nie wiem szczerze, czy w to do końca wierzyłem. Z jednej strony byłem spokojny, ale z tyłu głowy były różne myśli.

Pamiętam, jak pierwszy raz poszedłem na trening po przerwie, wybiegałem 100% siebie, oczywiście mając trochę słabszą kondycję niż przedtem. Ale znowu ciężką pracą na treningach wróciłem do optymalnej formy. Kilka miesięcy do chorobie miałem 3-4 mecze, w którym rzuciłem powyżej 20 punktów w lidze, brałem udział w konkursie rzutów za 3 punkty w trakcie Pucharu Polski, byłem w Chinach z reprezentacją Polski B, w końcu podpisanie kontraktu w Słupsku. Nawał zdarzeń, o których nawet nie pomyślałbym w październiku, że mogą się wydarzyć.

Gdzie znalazłeś siłę?

Moja żona jest też psychologiem, pracowała wcześniej z ludźmi z podobnymi przypadkami i wiedziała jakimi kategoriami należy myśleć, jak mi pomóc mentalnie. Co należy w takiej sytuacji ująć jako pozytyw, czego nie dotykać i nie poruszać niektórych kwestii. Dzięki niej się trzymałem. Obok były dzieciaki, których wystarczyła sama obecność. Nie musiały nic mówić. To są moje największe skarby. Oczywiście również nasi rodzice i reszta rodziny była z nami w ciągłym kontakcie, pomagali jak mogli, po prostu byli. Nie musze nic więcej mówić. To wystarczyło, żeby być spokojnym.

Czy myślałeś wtedy o koszykówce?

Są momenty, kiedy pasja schodzi na dalszy plan i tak było teraz. Cała choroba została wykryta 2-3 dni po pierwszym inauguracyjnym meczu, dzień później był zabieg, po kilku dniach wróciłem do Sopotu odpoczywać. Wszystko potoczyło się naprawdę szybko. Nie do końca dało się o niej nie myśleć i się od niej odciąć, bo to normalne. Były pytania: kiedy wrócę do pełni zdrowia? Czy w ogóle wrócę? Starałem się z tego wyłączyć, ale ukradkiem śledziłem wyniki.

Jak zdefiniować pasję? Jak wygląda u Ciebie więź z koszykówką?

Z koszykówką mam dużą więź. Uprawiam ją od 12 roku życia, wtedy poszedłem pierwszy raz na trening. Było to hobby, zajęcie pozalekcyjne, które zapełniało mój czas wolny. Rodzice wozili mnie na treningi 3 razy w tygodniu. Później zaczęło przeradzać się to w małą obsesję, do tego doszły wyniki, w wieku 15-16 lat znalazłem się w kadrze juniorów, kawał świata zjeździłem.

Żeby pójść na trening, musiałem się dobrze uczyć, więc nauka szła w parze ze sportem. W pewnym momencie, gdy robisz coś przez 20 lat non stop, ciężko jest myśleć o czymś innym. Jest to moja pasja, ale jest też życie prywatne. Na szczęście jestem już w takim wieku, gdzie mogę spokojnie to oddzielić.

Można powiedzieć, że to była dla Ciebie próba wytrwałości i charakteru? Co cię motywuje na boisku?

Po wszystkich przejściach, które miałem, cieszę się z każdego treningu, z każdego meczu. Cieszę się z tego, że mogę wyjść na parkiet, mogę rywalizować. A jak dołożę do tego jeszcze kilka „trójek” w meczu, przy wygranej zespołu, napędza mnie to jeszcze bardziej. Zakładam buty, ubieram strój, wychodzę na parkiet. To jest największa motywacja i to się liczy.

Kiedyś, normalne, jako dziecko miałem swoje marzenia, plany. Ale z perspektywy czasu, naprawdę cieszę się z tego gdzie jestem, gdzie doszedłem. Udało mi się rozegrać 13 sezonów w ekstraklasie, a może jeszcze kilka przede mną? Wiele czynników nakłada się na pojęcie „koszykówka”.

Czy ten charakter z boiska pomógł Ci w walce z chorobą?

Na pewno. Będąc w każdym zespole, nikt nie da Ci nic za darmo. Czy to kontrakt za małe, czy za duże pieniądze, czy trener proponuje Ci pierwszą piątkę, czy bycie ostatnim rezerwowym. To nie ma znaczenia. Musisz wyjść na parkiet, zrobić swoje, pokazać charakter i nigdy się nie poddawać. Te cechy takie jak waleczność i dążenie do celu, pozwoliły mi, również dzięki mojej żonie i rodzinie, wrócić na boisko i cieszyć się każdym momentem życia!

Jak ważne w życiu sportowca jest dążenie do celu?

Myślę, że jest to etap długofalowy, bo już jako dziecko wyznaczasz sobie jedne cele. Później, jako nastolatek kolejne, a jako zawodnik dojrzały jeszcze inne. Na pewno trzeba mieć cele i marzenia. Jeśli się tego nie ma, to w tym momencie pytanie, co tak naprawdę daje Ci koszykówka? Czy to jest frajda, czy to są pieniądze? Czy to jest bycie blisko rodziny, a może jeszcze coś innego?

Trzeba mieć cele, ale i być przygotowanym na to, że żadne z nich może się nawet nigdy nie spełnić. Wtedy nie można się poddawać – wyznaczyć inny, albo nadal do niego dążyć. Według mnie zawsze trzeba je mieć. Czy chodzi o następny trening, mecz, sezon, czy to chęć udowodnienia, że jest się najlepszym w rzutach – każdy powinien mieć swój indywidualny cel. Nie spotkałem jeszcze sportowca, który by takiego nie miał.

Mówi się, że zwycięzcą się bywa, a sportowcem się jest. Wyobrażałeś sobie moment, kiedy będziesz mógł wrócić na parkiet?

Jak już dochodziłem do siebie po chorobie, wiedziałem, że za mniej więcej 2-3 tygodnie, jeżeli lekarze dadzą mi zielone światło, zacznę trenować. Sprawdziłem w terminarzu kiedy jest następny mecz i oszacowałem kiedy będę mógł wrócić i ile zajmie mi powrót do formy. W tamtym momencie, po kilku dniach treningów, trener Dedek zabrał mnie do Gdyni.

Wyszedłem na boisko na 3 minuty. Ale cieszyłem się wtedy z nich, jakbym grał o mistrzostwo! Później zagraliśmy pierwszy mecz ze Szczecinem u siebie. Przed samym meczem dostałem informację, że wyjdę jako ostatni na prezentacji zespołu. Domyślałem się o co chodzi (śmiech).

Byłeś szczęśliwy, gdy to nastąpiło?

Powrót na boisko przy takim aplauzie publiczności, przy tym co się wtedy wydarzyło to było coś niesamowitego. Dostałem od „Lubelskiej ferajny” swoje oprawione zdjęcie, mam to w swoich pamiątkach. Są to przeżycia, które przy tej chorobie, która była negatywna, dodawały jej coś pozytywnego. Samo to, że wróciłem na parkiet, że zostałem tak ciepło przyjęty, mogłem cieszyć się z pierwszych punktów, bo wtedy rzuciłem ich chyba 6. Każdy z nich był dla mnie wielką frajdą.

Czy jest jeszcze coś, co chciałbyś osiągnąć? Masz coś do udowodnienia?

Mimo, że te ostatnie sezony, kiedy grałem w ekstraklasie, były jedne z lepszych w moim wykonaniu, to zawsze jest coś, co można zrobić lepiej. Znajdzie się coś, co chce się poprawić, co chciałbym zrobić lepiej. Nigdy nie powiem, że nie mam motywacji, że mi się nie chce. Wtedy automatycznie skończyłbym z koszykówką. Zawsze i do tej pory towarzyszy mi chęć wygrywania, rywalizacji, radość z punktów. Co do udowodnienia? Wyjść na parkiet, wygrać najbliższy mecz i dać wszystkim dużo satysfakcji .

Który sezon w Twojej dotychczasowej karierze miał dla Ciebie szczególne znaczenie?

Przede wszystkim sezony, które spędziłem w Słupsku. Były dla mnie wyjątkowe. W dosyć fajny sposób zżyliśmy się drużynowo oraz z miastem i kibicami. Dobre sezony miałem w Lublinie i w Szczecinie, bo poznałem fajnych ludzi. Każdy z nich przyniósł coś pozytywnego. 8-9 lat temu grałem w Polpharmie Starogard Gdański, gdzie nie miałem zbyt wielu minut. W tym czasie zrobiliśmy play-offy, zdobyliśmy Puchar Polski i zrobiliśmy świetne rzeczy.

Nie wiem, który był najważniejszy, bo każdy z nich przyniósł ludzi, z którymi do tej pory utrzymuję kontakt. Koszykówka właśnie przez ten wzgląd jest fajna, bo nawiązujesz nowe znajomości, poznajesz miejsca, nowe sytuacje.

Gdy grałem w Koszalinie, urodziła się moja córka. Były Święta Wielkanocne, dzień wcześniej graliśmy w Poznaniu. Akurat wracałem z meczu, dostałem telefon, że zaczęła się akcja porodowa. Pędem z Poznania do szpitala w Koszalinie, w Niedzielę Wielkanocną była już z nami Gabrysia. Kilka dni później, bo graliśmy systemem środa, sobota, środa, na trybunach był plakat „Gratulujemy córki Zielony” – do dziś go mam, razem z szalikiem AZS, w Internecie nadal jest zdjęcie.
To taki moment w życiu, gdzie będąc daleko od domu, mając czasami różne zmartwienia, wiesz, że są ludzie i miejsca, które cię wesprą, które Ci pomogły i dzięki nim będziesz je zawsze miło wspominać. To są małe rzeczy, których się nie spodziewasz. Wychodzisz na boisko i widzisz takie rzeczy, które są niesamowite.

Każdy sezon to nowy rozdział, tak jak i od każdego trenera można nauczyć się czegoś innego – który szkoleniowiec zostawił po sobie największy ślad?

Nie jestem w stanie określić ilu miałem trenerów, czy było ich 15 czy 20. Ale największy ślad zostawił przede wszystkim Mladen Starcević, będąc w Polonii 2011 przez blisko 4 sezony. Było to dla mnie ważne zarówno pod względem sportowym, jak i poza sportowym. Piotr Bakun, kiedy zaczynałem trenować był dla mnie bardzo ważny. Sportowo z Polonią wtedy osiągnęliśmy wszystko w rozgrywkach młodzieżowych – 4 medale Mistrzostw Polski!

3 lata spędziłem u trenera Urlepa, a 2 u Dedka – razem 5 ciężkich lat (śmiech). Marek Łukomski jest bardzo fajnym trenerem i człowiekiem, którego dobrze będę wspominać. Tym osobom najwięcej zawdzięczam koszykarsko, bo dzięki nim miałem najlepsze sezony, ale nikt nie dał mi nic za darmo. Niekiedy trzeba było zasuwać już od piątej rano, tak jak przy trenerze Starceviciu, gdzie trenowaliśmy na Torwarze i trzeba było jeszcze zdążyć na autobus. To były lata fajnej szkoły życia.

Na kim się zawsze wzorowałeś? Miałeś kogoś, kogo uznawałeś za autorytet?

Jak zacząłem trenować koszykówkę, to Michael Jordan akurat skończył (śmiech). Na szczęście były kasety VHS, które mogłem oglądać. Będąc nastolatkiem, zawsze lubiłem grę Kobe’go Bryant’a. W lidze polskiej imponował mi Andrzej Pluta i Maciej Zieliński. Bardzo długo podpatrywałem Juana Carlosa Navarro. Patrząc na tych gości wszystko jest możliwe, ale poparte oczywiście ciężką pracą, determinacją, ale i szczęściem. Ono w sporcie jest naprawdę potrzebne.

Wspomniałeś, że lubiłeś Macieja Zielińskiego. A skąd u Ciebie pseudonim „Zielony”?

Zaczęło się od tego, że urodziłem się w Warszawie i tam przez 6 lat mieszkaliśmy, później z rodziną przeprowadziliśmy się do podwarszawskiej Zielonki. Trener Bakun to podłapał i zaczęło się „Zielony”. Początkowo średnio lubiłem tą ksywkę jednak z biegiem czasu wszyscy tak do mnie mówili. Nawet żona częściej się tak do mnie zwraca (śmiech).

Jak nie koszykówka to…?

O kurczę (śmiech). Kiedyś na pewno chciałbym zostać trenerem, zawsze jakąś wiedzę można przekazać młodszym pokoleniom. Natomiast kiedyś chciałem być historykiem lub policjantem śledczym. Będąc w Warszawie zrobiłem maturę, następnie udało mi się połączyć studia wychowania fizycznego z treningami więc przy takiej ścieżce zostałem.

Co byś powiedział Marcinowi sprzed kilkunastu lat, który zaczynał grać w koszykówkę?

Powiedziałbym sobie: miej marzenia, nie poddawaj się i wierz w siebie! Dawaj z siebie maksa!

Nie myślałeś, aby spróbować swoich sił za granicą?

Kiedyś bardzo chciałem wyjechać. Było blisko, jednak zawsze coś stanęło na przeszkodzie. Ale pamiętaj, że zawsze coś się po coś dzieje. Zostając w Polsce i podpisując kontrakt tutaj, na przykład w Polpharmie, gdzie mało grałem, podpisałem później w Koszalinie, ten z kolei otworzył mi drogę do Słupska, a Słupsk do Sopotu, gdzie się osiedliliśmy. To jest masa różnych czynników, które sprawiają, że trzeba wierzyć, że nic nie dzieje się bez przyczyny.

Takie przekonanie bierze się z wiary?

Oczywiście. Jestem osobą wierzącą, nawet w trakcie choroby ani razu nie padło z moich ust pytanie „Dlaczego ja, a nie ktoś inny?”. To jest coś, co bierze się na klatę, trzeba mieć poczucie, że ktoś jest przy Tobie i nie jesteś w tym sam, masz wspaniałą rodzinę i znajomych, którzy zawsze Ci pomogą. Trzeba potraktować to jako kolejny etap w życiu, który przy odrobinie szczęścia i zdrowia, będzie się tylko wspominać.

Czy wyobrażasz sobie życie, w którym nie ma koszykówki?

Tak, zakładam koszulę, idę do pracy na 8 godzin od poniedziałku do piątku i mam wolne weekendy, pierwszy raz od ponad 15 lat (śmiech). Tutaj trzeba sobie to wyobrazić, aczkolwiek zdaję sobie sprawę z tego, że nie będę grał wiecznie, za jakiś czas trzeba będzie znaleźć sobie nowe zajęcie.
Niewykluczone, że będzie tak jak powiedziałem – 8 godzin, przeciągam kartę i do domu, ale równie dobrze mogę być trenerem, osobą na takim stanowisku, czy na innym. Życie pisze różne scenariusze i trzeba być na wszystko przygotowanym.

Co zadecydowało o tym, że 15 sezon w Twojej karierze rozegrasz właśnie w pierwszej lidze, w Słupsku?

Jak już wspomniałem, mam rodzinę w Sopocie. Tak naprawdę już w czerwcu rozmawialiśmy z trenerem Mantasem Cesnauskisem na ten temat. W Czarnych Słupsk spędziłem wcześniej 3 sezony, widziałem niestety ich upadek, chwilę po tym jak przeniosłem się do Trefla ze Szczecina. Żałowałem, że tak się stało. Było mi najbardziej szkoda kibiców. Słupsk, z całą pasją do basketu zasługuje na zespół z najwyższej ligi.

Później temat Czarnych powrócił. Miałem dokładnie 4 oferty z PLK. Mantas zachował się fajnie, mówiąc, że poczeka na mnie aż sytuacja z PLK się nie wyjaśni. Gdzieś z tyłu głowy brałem tę opcję pod uwagę. W końcu mam duży sentyment do tego klubu. Pojawiła się też opcja z Trefla Sopot, aczkolwiek byłem przez ponad miesiąc zwodzony za nos, gdy po rozmowach z trenerem Marcinem Stefańskim i Tomkiem Kwiatkowskim, byłem niemal pewien, że najbliższy sezon spędzę właśnie w Sopocie.
Życie pisze jednak różne scenariusze. Zdecydowałem się na Słupsk, ponieważ chcę pomóc Mantasowi osiągnąć jak najlepszy wynik, on doskonale wie na co mnie stać. Chciałem być też jak najbliżej rodziny. Tym samym mogę połączyć przyjemne z pożytecznym, mając rodzinę obok siebie i ciesząc się graniem. Cieszę się, że wróciłem do Słupska. Klub, cała organizacja, osoby związane z drużyną, każdy kibic, to wszystko daje Ci sygnał, że możesz czuć się komfortowo i wyjątkowo. Inne zespoły z górnej półki mogą brać od nich przykład.

Czym różni się ta drużyna od tej z Twojego pierwszego pobytu?

Jest przeskok sportowy, to oczywiste. Będąc tu 11 lat temu, graliśmy EuroChallenge, a z Turowem Zgorzelec przegraliśmy mecz o wejście do finału 2:4. Ostatecznie zajęliśmy wtedy 4 miejsce, przegrywając z Anwilem 1:2 w spotkaniu o trzecie miejsce. Trenerem wówczas był Gasper Okorn.
Teraz jest zupełnie inna bajka. Jest 1.liga, ambitny i młody zespół, dobry trener. Ale mogę zagwarantować, że właśnie Ci ludzie, nie raz i nie dwa poderwą słupskich kibiców w Gryfii! Damy powody do zadowolenia.

Czy trudno jest znaleźć ogień w sobie i mobilizację do wysiłku, po zejściu o szczebel niżej?

Od kilkunastu lat zarabiam grając w koszykówkę – wiem co to znaczy pokora, cierpliwość, poświęcenie, profesjonalizm. Mając 20 lat, odszedłem z Polonii Warszawa, grającej wówczas w ekstraklasie, do Polonii 2011 w drugiej lidze i tam też jakoś dawałem radę (śmiech). Wychodzę na boisko i robię swoje, nie ważne gdzie jestem – czy w ekstraklasie, pierwszej czy drugiej lidze.

Jakie wnioski możesz wyciągnąć po dotychczasowych treningach i sparingach? Jak gra się w 1. lidze, jaka jest jej specyfika?

Przede wszystkim to będzie bardzo ciekawa liga, a będzie jeszcze ciekawiej jak zacznie się gra o punkty. Wielu dobrych zawodników opuściło ekstraklasę na rzecz właśnie 1.ligi. Każdy mecz będzie ciężki, wyrównany – wygra ten, kto zostawi więcej serca i charakteru na parkiecie.

Jakim trenerem jest Mantas? Na co zwraca największą uwagę i jak wyglądają Wasze relacje, jako byłych kolegów z boiska?

Mantas jest młodym trenerem, tak naprawdę dopiero zaczynającym swoją przygodę z basketem na tym stanowisku. Jednak proszę zwrócić uwagę, jaki wynik osiągnął przejmując rok temu zespół w trakcie sezonu! Jako gracz był bardzo dobry, dużo widział i można powiedzieć, że był przedłużeniem myśli trenerów na boisku. Widać, że do każdego treningu podchodzi z pasją i motywacją. Cieszy się z tego co robi. Z każdym rozmawia, tłumaczy. Co do naszej relacji – on jest trenerem, a ja zawodnikiem. Na treningach robię to, co mi każe, a po treningach bywa z tym różnie (śmiech).

Jak tutaj widzisz swoją rolę na boisku i w drużynie poza boiskiem?

Staram się pomóc tak jak mogę i jak sytuacja tego wymaga. Na boisku robię swoje, a poza tym służę pomocą innym, młodszym chłopakom. Mają olbrzymi potencjał. Od nich zależy czy będą słuchali czy nie. Będąc w Polonii miałem to szczęście, że otrzymywałem częste rady i wskazówki między innymi od Leszka Karwowskiego, Waltera Jeklina czy Krzyśka Sidora. To mi dużo pomogło. Teraz historia zatacza koło. To śmieszne, patrząc przez pryzmat tego, jak czas szybko leci.

Czy jeśli wywalczycie awans, to będziesz chciał jeszcze zagrać w PLK?

Oczywiście! Pytanie tylko, czy oni będą mnie chcieli (śmiech).

Czy myślałeś o tym, co będziesz robił, gdy odwiesisz buty na kołek, czy skupiasz się na tym co jest tu i teraz?

Liczy się to, co jest tu i teraz. Z tyłu głowy mam mniej więcej to, co chciałbym robić, ale jest za wcześnie. Skupiam się na tym, że mam zaraz trening, gramy sparing, za kilka dni rusza liga. To są małe kroczki, a często jest tak, że Ty zaplanujesz sobie jedno, a życie daje Ci co innego. Zarys w głowie trzeba mieć, ale nie będę jeszcze mówił o tym na głos. Idę na trening cieszyć się koszykówką.

Pamela Wrona, @PamelaWrona

POLECANE