Marcin Gortat w Wizards – najpierw sukces, potem konflikt

Share on facebook
Share on twitter

Gra w Waszyngtonie to prawdopodobnie najlepsze lata jego kariery w NBA. Po pięciu latach Polak odchodzi z Wizards – jak zapamiętamy ten czas w wykonaniu nowego zawodnika Los Angeles Clippers?

Marcin Gortat (fot. Wikimedia Commons)

W tych butach Stephen Curry zadziwia NBA >>

Marcin Gortat trafił do Waszyngtonu na kilka dni przed startem sezonu 2013/14. Przez pięć kolejnych lat był pewnym członkiem rotacji i ważnym podkoszowym, zajmując miejsce obok Johna Walla i Bradleya Beala. Początkowo polski zawodnik miał trochę problemów z podaniami Walla, ale z miesiąca na miesiąc ich współpraca wyglądała coraz lepiej.

Potwierdziło się w to fazie play-off w 2014 roku, gdy Gortat grał koszykówkę życia. Wizards mierzyli się wtedy w drugiej rundzie z Indiana Pacers, ówczesnym numerem jeden na Wschodzie. Przy stanie 1-3, w meczu numer pięć, Gortat miał powiedzieć Wallowi, że bez względu na wszystko, siedzą w tym razem i rozgrywający ma pełne wsparcie podkoszowego.

Marcin napisał w tamtym spotkaniu historię, zdobywając rekordowe w karierze 31 punktów oraz 16 zbiórek i prowadząc Wizards do jakże ważnego zwycięstwa na wyjeździe. Ostatecznie gracze z D.C. przegrali po sześciu meczach, ale kilka tygodni po fenomenalnym występie Gortata, Wizards zdecydowali się zaoferować mu 5-letnią umowę o wartości $60 milionów dolarów.

To są buty LeBrona Jamesa – możesz w nich zagrać! >>

Polish Hammer znaczy solidna marka

W końcu można było powiedzieć: Polak odniósł w NBA sukces. Wizards docenili postawę Marcina, który w kolejnych czterech sezonach pomógł drużynie jeszcze trzy razy zameldować się do playoffs. Zmieniali się zawodnicy wokół, ale trio Wall-Beal-Gortat to wciąż była podstawa waszyngtońskiej drużyny. A sam Polak tylko cementował swoją solidną pozycję w NBA.

Szczególnie w ostatnich latach Gortat pokazywał, skąd się wziął przydomek „Polish Hammer”. Przez dwa ostatnie sezony nie opuścił ani jednego spotkania, a przez pięć lat gry dla Wizards rozegrał łącznie aż 402 z 410 meczów sezonu regularnego. Zaliczył także 151 double-doubles, z czego tylko w sezonie 2015/16 miał ich 41. W międzyczasie postawił setki twardych zasłon dla kolegów.

Ale odkąd tylko Wizards w 2016 roku podpisali umowę z Ianem Mahinmim coś zaczęło się psuć w relacjach polskiego zawodnika z drużyną ze stolicy Stanów Zjednoczonych. Gortat począł zastanawiać się, jaka jest tak w zasadzie jego rola w zespole, co zbiegło się ze spadkiem średniej minut w ostatnich latach. Polak wciąż był starterem, ale nie pełnił już tak ważnej roli jak wcześniej.




Droga do „koniecznej” zmiany

Poprzedni sezon był więc jego najgorszym od czasów gry dla… Orlando Magic. Gortat notował średnio tylko 8.4 punktów oraz 7.6 zbiórek, spędzając na parkiecie przeciętnie nieco ponad 25 minut w każdym meczu. Wizards znów szybko pożegnali się z fazą play-off, a po zakończeniu sezonu Marcin raz jeszcze powtórzył, że na tym etapie kariery nie zamierza zmieniać swojego stylu.

„Tego lata popracuję nad opalenizną. W moim przypadku, nie ma możliwości poprawy rzutu. Nie będę rzucał trójek” – mówił środkowy. Takie myślenie nie przysporzyło Gortatowi fanów w Waszyngtonie, tym bardziej, że liga widziała już wielu zawodników, którzy potrafili się dostosować, niezależnie od wieku. Na dodatek, pogorszyły się relacje 34-latka z Wallem.

Według niektórych, ten poprzedni sezon był eskalacją tego konfliktu. Bo choć dwójka nie dała tego po sobie poznać na parkiecie to jednak poza boiskiem wiele było oznak, że Gortat i Wall po prostu się nie dogadują. „Czy jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi? Traktujemy się jak bracia? Pewnie nie, ale nie mam tego typu relacji z połową składu” – stwierdził Gortat w kwietniu tego roku.

Już po transferze do Los Angeles środkowy dodał, że ta zmiana była „konieczna” i że gra dla Clippers jest dla niego jak „nowy start”. Po pięciu latach w Waszyngtonie, Gortat ostatni rok swojej umowy podpisanej w 2014 roku wypełni najprawdopodobniej jako zmiennik DeAndre Jordana. Co by jednak nie mówić, te pięć lat Marcina w stolicy USA dostarczyło nam naprawdę sporo wrażeń.

Tomek Kordylewski

W tych butach Stephen Curry zadziwia NBA >>




POLECANE