Marcin Gortat wrócił – Clippers wciąż wygrywają

Share on facebook
Share on twitter

Polski środkowy zaliczył najlepsze w tym sezonie 12 punktów i 6 zbiórek, po raz drugi z rzędu znów zagrał w pierwszej piątce. LA Clippers pokonali po dogrywce Golden State Warriors 121:116.

Marcin Gortat / fot. wikimedia commons

W takich butach finały NBA wygrywał Kevin Durant! >>

Drużyna z Los Angeles po tej wygranej zaczyna sezon  od 8-5 i można mówić o pozytywnej niespodziance na początku rozgrywek. Dobre wiadomości płyną także dla polskich kibiców – Doc Rivers, po trwającym 3 mecze odsunięciu Polaka od składu, postanowił do Marcina wrócić i znów wystawia do w pierwszej piątce.

Tym razem Gortat zagrał przez 21 minut, trafił 4 z 5 rzutów z gry, do 12 punktów dodał 6 zbiórek, asystę i przechwyt. Poza składem pozostał tym razem jego największy (nomen, omen) konkurent do miejsca w rotacji – Boban Marjanović. Większość meczu na piątce tradycyjnie zagrał Montrezl Harrell, który tradycyjnie imponował skutecznością – trafił 10/13 gry, miał 23 punkty i 8 zbiórek.

Bohaterem Clippers tym razem Lou Williams, który zanotował 25 punktów i 6 asyst, a do tego trafiał nieprawdopodobne rzuty w końcówce, zdobywając aż 10 ostatnich punktów dla gospodarzy w dogrywce. Tobias Harris dodał 17 oczek, 8 zbiórek i 5 asyst.

Warriors znów zagrali bez kontuzjowanego Stephena Curry’ego. Po jego nieobecność Kevin Durant zaliczył triple double (33+11+10), także Klay Thomson zdobył 31 punktów, ale potrzebował do tego aż 31 rzutów z gry. Do składy wrócił już Draymond Green, zanotował 16 zbiórek, ale w ataku (6 pkt.) był daleki od formy.

Clippers mają już bilans 8-5, w tym doskonałe 6-1 na własnym parkiecie. Niby drużyna pozbawiona supergwiazd, a w tym momencie jest na 4. miejscu w tabeli bardzo silnego Zachodu.

Pełne statystyki z meczu TUTAJ >>

W takich butach finały NBA wygrywał Kevin Durant! >>




POLECANE

Zespół z Gdyni, licząc PLK i EuroCup, przegrał 5 meczów z rzędu, a w ostatnich 4 nie zdobył nawet 70 punktów. Brak drugiego rozgrywającego mocno się teraz odbija na zmęczeniu i grze pozostałych zawodników, jednak – naszym zdaniem – decyzja o zatrudnieniu Armaniego Moore’a ma sens.

tagi