Marcin Sroka: Jestem typowym Hanysem

Share on facebook
Share on twitter
Doskonale zdaję sobie sprawę, że ze mną gra się niewygodnie. Właśnie przez zadziorność, przez to, że nie odpuszczam, a nawet prowokuję - o swojej karierze opowiada Marcin Sroka, obecnie zawodnik pierwszoligowej Pogoni Prudni i reprezentant Polski w koszykówce 3x3.
Marcin Sroka / fot. PZKosz

PZBUK! Bonus powitalny 500 zł na start – podwajamy pierwszy depozyt!

Pamela Wrona: Aż 618 meczów w rozgrywkach ligowych w dotychczasowej karierze w kraju – to ogromna liczba. Czy dużo jeszcze przed Tobą?

Marcin Sroka: Ciężko powiedzieć, czy to dużo czy mało. Mam wrażenie, jakby to wszystko było chwilę temu. Ale z tego co się orientuję, jest to już niezły wynik. Jeśli zdrowie pozwoli – jeszcze trochę przede mną. Na pewno nie myślę o końcu kariery.

Grałeś już dla 14 różnych klubów. Nie lubisz stabilności czy raczej tak się ułożyło?

Nie, to nie ma żadnego związku. Po prostu idzie się tam, gdzie cię chcą. Druga sprawa jest taka, że nasze kariery trwają krótko, trzeba zarobić pare groszy i zbudować sobie jakiś kapitał. Przeważnie szedłem tam, gdzie proponowano mi lepsze warunki. Niestety, tak to wygląda. Nie zostaje się na dłużej w jednym miejscu, bo się kogoś lubi, podoba ci się miasto, czy sprzyjają inne kwestie. Mówi się, że pieniądze nie są najważniejsze, ale żyć z czegoś musimy.

Nawet sam nie wiem, ile było tych klubów. Chociaż patrząc na to ile mam lat, całkiem możliwe, że wszystko się zgadza i chyba nie ma jeszcze tragedii (śmiech).

Który sezon był dla Ciebie szczególny? Czy masz taki klub i miejsce, które wspominasz szczególnie dobrze?

Myślę, że okres w Zielonej Górze, kiedy graliśmy w Eurolidze, zdobywaliśmy wszystkie medale po kolei… Koszykówka w Zielonej Górze wznosiła się na wyżyny, nie mieliśmy presji, nie byliśmy stawiani w roli żadnego faworyta do medalu. W moim pierwszym sezonie zdobyliśmy brązowy medal, zresztą był on wówczas pierwszym medalem mistrzostw Polski w historii zielonogórskiego basketu i chyba to najbardziej utkwiło mi w pamięci.

Poza tym, szczególnie zapamiętałem Ukrainę, bo to było coś innego, przeskoczyłem poziom wyżej z punktu widzenia sportowego i finansowego.
Tak naprawdę o każdym klubie mógłbym powiedzieć, że ma dla mnie jakieś znaczenie, ponieważ w każdym były fajne momenty i fajne wspomnienia – ale mogłoby nam czasu zabraknąć (śmiech).

No właśnie – oprócz gry w ekstraklasie i w 1. lidze, masz też za sobą grę na Ukrainie. Jak tam trafiłeś?

W Słupsku trenował mnie Andrej Podkowyrow. Po zakończeniu sezonu, tak na dobrą sprawę to od niego otrzymałem ofertę. Najpierw dostałem z klubu, dopiero później dowiedziałem się, że on jest trenerem i zabiegał o to, abym znalazł się w tym zespole. Podpisałem dwuletni kontrakt, ale stało się tak, że go nie wypełniłem do końca, z przyczyn osobistych.

To był duży przeskok? Jak wyglądała tamta koszykówka i kwestie organizacyjne?

Przeskok zależy w jakiej kwestii. W tamtych czasach liga ukraińska była naprawdę mocną ligą. Była dobra organizacja, ogromny potencjał, zawodnicy z najwyższej półki. To co widziałem w Polsce, bo przecież grałem w wielu różnych klubach, porównując do lwowskiego klubu, niekiedy po prostu, wbrew pozorom, od siebie odbiegało. We Lwowie był pokaźny budżet przeznaczony na koszykówkę, na obcokrajowców.

Z punktu widzenia normalnego człowieka, który mieszka na Ukrainie, faktycznie jest biednie. Tak naprawdę nie ma klasy średniej – ludzie są albo bardzo bogaci, albo bardzo ubodzy. Co do samego kraju i takiej zmiany, my, sportowcy jesteśmy już tak przyzwyczajeni, każdy wie na co się pisał, więc nie miałem żadnego problemu z zaklimatyzowaniem się, czy z odnalezieniem się w tych realiach poza granicami Polski.

Jeżeli chodzi o sportowców, to muszę zauważyć, że nikt nikomu w klubie żadnej krzywdy nie robił, było profesjonalnie. A rzeczywiście było tak, że przychodził „Saszka” i każdego 10-tego, czy 15-tego dnia miesiąca rozwoził pieniądze, kładł na stole worek i mówił „dienginada, dienginada”. Tak było. Nigdy w życiu się z czymś takim nie spotkałem.

Ale ważne jest to, że były na czas, każdy mógł się skupić na tym co do niego należało. Wiemy doskonale jak w dzisiejszych czasach jest to ważne. Co więcej, po wygranym meczu przychodził prezes, który miał pod sobą jeszcze 7 ekstraklasowych klubów, dawał każdemu bonusy za wygrany mecz. Nie było na co narzekać.

Pochodzisz z Rybnika. Masz w sobie coś z typowego „Hanysa”?

Ja! Najpierw powiem po polsku – jestem typowym Hanysem, 100% Ślązakiem. Z racji tego, że wyjechałem z domu rodzinnego bardzo wcześnie, nie zapomniałem gwary i tego języka, ale trochę rzadziej go używam. Moja rodzina, siostra i znajomi mieszkają na Śląsku i każdy telefon jest mówiony po śląsku, a tego się nie zapomina, do dzisiaj to pozostało.

Na co dzień, w środowisku koszykarskim niektórzy nie byliby w stanie mnie zrozumieć, dlatego po prostu go nie używam. Z drugiej strony, niektórzy koledzy z drużyny wręcz chcą, żebym mówił do nich po śląsku, bo im się to podoba (śmiech).

Czy myślisz, że region jakoś ukształtował Ciebie i Twój styl gry? Ślązacy mają też silny temperament. Jak to jest u Ciebie z tym trzymaniem nerwów na wodzy?

W życiu codziennym nie udziela mi się to. Ciężko mi mówić o sobie, trzeba by było zapytać moich kolegów. O sobie mogę powiedzieć tyle, że na co dzień jestem spokojny. Ślązak jest taki, że nigdy w życiu się nie podda, ma silną osobowość, do upadłego walczy o swoje – temu nie zaprzeczę.
A na boisku… Bywa różnie (śmiech). Jestem osobą agresywną, dość porywczą, prowokującą. Z kolei te cechy podczas meczu bardzo często mi się udzielają.

Wydaje mi się, że na początku, kiedy byłem młodszy, było zupełnie inaczej. Jest XXI wiek, czasy naprawdę się zmieniły. Teraz młodzież ma zupełnie inne priorytety. Ja tak naprawdę uprawiałem różne dyscypliny, chyba wszystko co tylko się dało, zaczynając od szachów, kończąc na podnoszeniu ciężarów. Tu dostałem po dupie, tam dostałem po dupie, ten charakter jakoś się kształtował.

Koszykówka miała jakiś wpływ?

Teraz jest tak, że wsiadam do autobusu – każdy w telefonie, nie ma z kim porozmawiać. Kiedyś siadało się w 10 czy 12 osób na tylnych siedzeniach, rozmawiało się o koszykówce, o meczu, o tym co się działo, o życiu, dosłownie o wszystkim. Wszystko w jednym miejscu.

W tej chwili możesz porozmawiać sobie z komórką. Nie ma interakcji. Teraz rzadko w klubach są sytuacje, kiedy zawodnicy siadają, grają np. w pokera, tysiąca czy w inne gry, rozmawiają. Kiedyś w tysiąca grało się całą drogę na wyjazdowy mecz, po 12 godzin. Nie wiedziałem nawet kiedy dojechaliśmy na miejsce. Teraz młodzież ma inne podejście, są podziały. To z pewnością ma wpływ na charakter.

Ja dorastałem w innych okolicznościach. Kiedyś zawodnicy wiedzieli o co walczą, żeby coś dostać musieli naprawdę wiele z siebie dać. Pamiętam, jak z Andrzejem Plutą zostawaliśmy godzinę po treningu, albo przychodziliśmy wcześniej i rzucaliśmy. Zapierdzielałem 2,5 roku, ale wiedziałem po co.

Teraz młody, który przychodzi chciałby od razu 10 tysięcy miesięcznie, 25 minut w każdym meczu i tak w ogóle po co trenować? Kiedyś trzeba było o wszystko zawalczyć, pokazać charakter, każdy zapierd***ł, bo wiedział po co. Wiedział, że jeżeli będzie mocno trenował to otrzyma swoją szansę, minuty, a co za tym idzie, fajne pieniądze.

Wracając do sedna, charakter kształtował się od samego początku. Teraz jest ogromna przepaść, powiem nawet, że nie ma szacunku do starszej osoby. Pamiętam moje pierwsze zgrupowane na kadrze Polski seniorskiej, w miejscowości Dąb Polski pod Włocławkiem. Przyjeżdżam, stoją zawodnicy typu Maciej Zieliński, Andrzej Pluta, śp. Adam Wójcik. Stoję na baczność, mówię „dzień dobry”. Bo dla mnie jeszcze chwilę wcześniej to było coś niesamowitego, nieosiągalnego. Po czym dostaję od Maćka 20 zł i mówi: „młody, idź po to, i po to, i przynieś mi jeszcze resztę” (śmiech). Aż płakałem.

To był mój przeskok między Rybnikiem a ekstraklasą. Zarabiałem 150 czy 200 zł. Kupowałem bilet miesięczny i nic mi nie zostawało. Wtedy dostać pieniądze od takiego koszykarza, iść, kupić coś i jeszcze przynieść resztę to był dla mnie szok. Andrzej Pluta innego razu powiedział „idź do sklepu, kup coś, dostaniesz pierwszą wypłatę to oddasz”.

A teraz jak z tym jest?

Rok temu, w zeszłym sezonie pamiętam sytuację, gdy byłem w Prudniku. Trenujemy i okazało się, że nie ma już wody mineralnej. Młodzi rozmawiają między sobą: Nie ma już wody do picia

– No to ja pójdę po tą wodę – odpowiadam
Jeden patrzy na drugiego i nic. Wstaję, idę w kierunku szatni, słyszę, jak mówią do kogoś innego:
– Ty, nie idź już, bo Sroczka poszedł.
I to są takie sytuacje, gdzie kiedyś, czekałem aż dostanę swoje miejsce w szatni, czy w ogóle mogę wejść pod prysznic, przyniesienie wody było obowiązkiem, masażyście nosiłem stół, brałem wszystkie torby zawodników. A teraz jak powiesz młodemu żeby pomógł maserowi, to jeszcze usłyszysz „weź spierd***”. W cudzysłowie, ale bywały i takie sytuacje.

Co najczęściej denerwuje cię na boisku?

Sędziowie (śmiech). Tak na poważnie, są różne zachowania, wszystko zależy od meczu, od przeciwnika, od dnia. Każdy dzień jest inny, a samopoczucie jednak jest istotne.

Były kiedyś jakieś sytuacje podczas meczu, kiedy było naprawdę gorąco?

Najbardziej pamiętam jedną sytuację, gdy pobiłem się na boisku z Krzysztofem Wilangowskim. Byłem wtedy gówniarzem, miałem 18 czy 19 lat. Był to mój pierwszy poważny sezon w ekstraklasowym zespole, ale mecz był jeszcze w przedsezonowym turnieju we Wrocławiu, na Mieszczańskiej. Nienawidził jak mówiło się do niego „Smoku”, a ja przez cały mecz prowokowałem go i mówiłem „Smoku dawaj, Smoku dawaj” aż w końcu nie wytrzymał (śmiech).

Nie pamiętam dokładnie, jakie poniosłem konsekwencje, wiadomo, dostało się młodemu, czyli mi. Nic poważnego się nie stało – zawsze byłem „fajterem” i nigdy nie dawałem za wygraną. Kiedyś trochę więcej ważyłem, więcej czasu spędzałem na siłowni. Ale na pewno dostałem jakąś reprymendę i karę od trenera Dariusza Szczubiała.

Mówią jednak, że z Marcinem Sroką trudno się gra – jak uważasz, dlaczego? Czy zgadzasz się z tą opinią?

Doskonale zdaję sobie sprawę, że ze mną gra się niewygodnie, właśnie przez to, co powiedziałem już przedtem – zadziorność, przez to, że nie popuszczam, prowokuję.

Pamiętam jeszcze, jak naprzeciwko mnie był Jarel Blassingame, co prawda później nawet graliśmy w jednej drużynie, prowadziłem „trash talking”. Do dzisiaj coś mi z tego zostało, ale staram się to opanowywać, trzymać nerwy na wodzy, kontrolować wulgaryzymy, nie sprawiać komuś przykrości, ale to chyba przyszło z wiekiem. Kiedyś było tak, że nie szczędziłem. Zawsze miałem aż za dużo do powiedzenia (śmiech).

Taki charakter pomaga czy wręcz przeciwnie?

Taki jestem, jestem zadzior, pokazuję ten pazur. Owszem, są sytuacje, kiedy to pomaga, ale są też takie, gdzie niekoniecznie (śmiech). Powiem, że skoro jest to mój dwudziesty któryś sezon, z czego 19 w ekstraklasie, to myślę, że to w jakimś sensie pomaga. Nie twierdzę, że to wzbudza jakiś respekt.

Każdy zawodnik, który coś osiągnął i gdzieś gra, powinien znać swoją wartość. Ja swoją znam. Nigdy nie byłem zawodnikiem i człowiekiem, który buja w obłokach. Potrafiłem sobie pewne rzeczy wypośrodkować, wiedziałem gdzie mogę być, a gdzie nie. Sądzę nawet, że taki charakter to impuls dla drużyny, dla innych zawodników.

Tymczasem w życiu prywatnym uchodzisz za dobrego, przyjaznego człowieka. Boisko aż tak bardzo zmienia człowieka?

Bardzo mi miło, chociaż nie chciałbym mówić o sobie, bo różnie może zostać to odebrane. Myślę, że ogólnie to też cechuje właśnie Ślązaków. Znam bardzo wiele osób, notabene również zawodników, którzy działają podobnie. Jestem takim człowiekiem, chętnie pomagam, ale to musi być osoba, której ufam, którą szanuję – to są podstawowe warunki.

Wielokrotnie pomagam swoim znajomym i uważam, że trzeba po prostu pomagać każdemu, jeśli się tylko może. Taki jestem, dla mnie to jest normalne i nic nadzwyczajnego. Ale żyjemy w takich, a nie innych czasach. Takie cechy wynosi się z domu, wychowanie ma duże znaczenie.

Gdybyś pisał kiedyś książkę – jakich historii z Twojej kariery nie mogłoby w nich zabraknąć?

Absolutnie, nie napiszę, nie ma mowy. Od razu mówię, bo wiele osób pytało – nie ma takiej opcji! (śmiech). Chociaż pisać nie zamierzam, ale na pewno mogłoby być ciekawie i byłby to bestseller. Myślę, że nie mam czegoś takiego, co duszę w sobie, raczej niczego nie ukrywam i wszyscy wiele o mnie wiedzą. Mam wiele sytuacji i historii, które przytrafiły mi się w życiu. Mógłbym opowiadać i opowiadać.

Ciekawe jest to, że po tej sytuacji z Krzyśkiem Wilangowskim, gdy grałem w Rudzie Śląskiej, na halę przyjechała ekipa TVN. Przyjechali i pytają „A który to ten Marcin Sroka?”. Trenerem był wówczas Wojciech Krajewski, wskazał na mnie. Zaprosili mnie do odcinka pod tytułem „ Jestem furiatem i cholerykiem” (śmiech). Były tam opisywane różne sytuacje, gdzie na boisku jestem taki i taki, a w życiu prywatnym jestem zupełnym przeciwieństwem. Do dziś się śmieję, że wystąpiłem w takim programie.

Z bardziej codziennych wydarzeń, będąc w Polpaku Świecie, zawodnik Harding Nana usiadł w autokarze na moim miejscu i nie chciał mi go ustąpić. Pobiłem go.

I ustąpił?

Tak, ustąpił! Później, gdy jeździliśmy z drużyną na mecz, wszystko było normalnie. Wtedy zdenerwował mnie tym, że była godzina chyba piąta nad ranem, byłem zaspany, a on jeszcze siedział na moim miejscu i nie chciał mi go ustąpić, próbował jeszcze dyskutować. Przeszedłem do czynu, skończyło się jak się skończyło… Ale przynajmniej miałem swoje miejsce (śmiech).

Z tak bogatą historią, na pewno wiesz mnóstwo o problemach klubów. Jak oceniasz kwestię zaległości wobec zawodników? Podobno wciąż czekasz na jakieś wynagrodzenie.

Tak, czekam, czekam, czekam. I tak jak powiedziałem, będą chyba płacić w czekach (śmiech). Jaki mam stosunek? Chyba będzie lepiej, jak za wiele nie powiem. Powiem: pomidor. Jest to temat rzeka. Owszem, pisałem o tym nawet na Twitterze, miałem rozmowę z prezesem, który zapewniał, że jak przyjadę to wszystko mi policzą, wypłacą, żebym się nie martwił. Minęło 2,5 roku.

Wiemy doskonale o czym rozmawiamy, jak ten temat potrafi napsuć krwi. To nie są miłe sytuacje. Każdy z nas ma wyrzeczenia, poświęca się. Każdy z nas zostawia zdrowie na parkiecie. Mówią: „sport to zdrowie”. Gówno prawda za przeproszeniem. Sport ze zdrowiem nie ma nic wspólnego, wręcz przeciwnie.

Zdzieramy swój organizm, nerwy, tak naprawdę wszystko. A na koniec wychodzi tak jak zawsze – zostajemy z paroma złotymi w kieszeni i nikogo to specjalnie nie obchodzi.

Wspomniałeś, że miałeś styczność z wieloma dyscyplinami. Co w ogóle spowodowało, że zostałeś koszykarzem?

Mój pierwszy poważny trener, Pan Andrzej Zygmunt mnie do tego namówił. Zrobiłem mistrza Polski w pchnięciu kulą, dostałem propozycję przejścia do szkoły lekkoatletycznej. W tym samym czasie Pan Zygmunt mnie wypatrzył, powiedział „chcę tego chłopaka, nadaje się do koszykówki, ma dobre warunki”.

Pojechałem, potrenowałem około 2 miesiące, a później podpisałem kontrakt w ekstraklasie. Nie ma żadnej konkretnej historii, dlaczego zostałem koszykarzem. Jak już mówiłem, próbowałem wszystkiego. Była też piłka nożna i niemal każda możliwa pozycja. Szachy, ping-pong, pchnięcie kulą. Zostałem przy koszykówce. Myślę, że największy wpływ miał na to właśnie mój pierwszy trener.

Gdyby nie było koszykówki – gdzie byś się widział?

Z moimi dobrymi znajomymi śmieję się, że gdyby nie koszykówka, byłbym łobuzem (śmiech). Oczywiście żartuję. Wydaje mi się, że poszedłbym w kierunku sportu, skoro miałem z nim tyle wspólnego. Ale czy robiłbym to zawodowo, czy amatorsko, ciężko powiedzieć.

Na pewno byłbym myśliwym, ponieważ to moje hobby, które do dziś kontynuuję. Lubię chodzić do lasu, podziwiać przyrodę. To mój sposób na relaks i odpoczynek. Mam pomysł, do którego będę dążył po zakończeniu kariery. Nie jest to związane ze sportem, tylko właśnie z moim drugim hobby.

Masz 38 lat. Budzisz się i znów masz 20 lat, czyli jesteś na początku swojej przygody z koszykówką. Co byś powiedział tamtemu Marcinowi?

Na pewno kilka rzeczy zrobiłbym inaczej, w inny sposób poprowadziłbym to wszystko. Człowiek młody jest trochę głupszy, popełnił wiele błędów, tak jest oceniając pewne wybory z perspektywy czasu. Nad wieloma rzeczami na pewno bym się zastanowił. Ponadto, myślę, że jeszcze ciężej bym pracował, próbowałbym w młodym wieku wyjechać za granicę. Teraz mamy inne możliwości.

Trzymała wtedy rodzina – byłem młody, gdy urodziła się moja córka. Kobieta, z którą wtedy byłem, miała 18 lat i nie skończyła jeszcze liceum, chciała iść na studia. Zostałem i nie chciałem się ruszać. Teraz mógłbym mieć inne podejście, inny pomysł na pokierowanie swojej przygody z koszykówką. Mimo wszystko, nie żałuję niczego, co wydarzyło się w moim życiu.

Czy czegoś takiego się spodziewałeś? Jak wygląda życie koszykarza z Twojej perspektywy?

Bardzo szybko mogę odpowiedzieć (śmiech). Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że wiele ludzi nie ma tej świadomości. Często nie mamy świąt, wolnych niedziel, sobót – tak miałem przez 19 lat, gdy grałem w ekstraklasie. W 1.lidze jest jednak trochę inaczej. Przeważnie nie było jak wszystkiego ze sobą pogodzić i spędzić czasu ze swoją rodziną, przede wszystkim ze względu na odległości. Niekiedy było to po prostu niemożliwe.

Do tego na okrągło w hali, po 2-3 godziny rano i wieczorem, skautingi, meetingi, mecze, wyjazdy. Cierpią najbliżsi, bo tak naprawdę momentami nie masz życia prywatnego, wszystko podporządkowujesz koszykówce. Koszykówka, koszykówka, koszykówka. Aż Ci się śni po nocach (śmiech).

Przeciętny Jan Kowalski obejrzy sobie w piątek mecz, Ligę Mistrzów, cokolwiek. Fajnie, my też przecież możemy. Ale zadajesz sobie pytanie „Liga Mistrzów i 2 piwka, czy pójście spać, bo rano trening?”. Wiele razy spotkałem się z opinią „Co wy takiego robicie, a jeszcze tyle zarabiacie”. Jak to mówią na Śląsku, mogę pokazać mój pasek z wypłaty, pokoże roncetla, bo jednak większość koszykarzy nie zarabia takich pieniędzy, żeby można było nam zazdrościć.

Miejmy na uwadze, że ta pensja dzielona jest zazwyczaj na 8 miesięcy – to i tak jest sukces, jak dostajesz wypłatę za 8 miesięcy. Do tego 2 miesiące opóźnienia, czasami czegoś nie wypłacą w ogóle, zostaje Ci 6. Popłać wszystko, rachunki, kredyty, dzieci i wszystko inne. To się tylko tak wydaje. Mało tego, niektórzy myślą, że my kłamiemy i jest całkiem inaczej. Nie wiem, w jakich kategoriach to rozpatrywać.

Koszykówka 3×3 – zupełnie nowy rozdział w karierze. Skąd w się w ogóle w niej znalazłeś? Faktycznie złapałeś bakcyla, czy raczej jeszcze jeden element pracy?

Powiem szczerze, że jak dostałem swoje pierwsze powołanie, jeszcze od trenera Mirosława Noculaka, byłem sceptycznie nastawiony do tego pomysłu, nie byłem przekonany. Myślałem: „gdzie ja się tam nadaję?”. Ale po wielu rozmowach z trenerem i ze znajomymi, którzy mówili: „kto inny jak nie Ty? Masz charakter, masz jaja. Trzeba będzie komuś przypier***ć to przypier***sz”. I mnie namówili (śmiech).

Tak jak pojechałem na pierwsze zgrupowanie, tak ta przygoda trwa nadal. Z fajnymi sukcesami, z naprawdę świetnymi momentami, bo przytrafiło mi się to na koniec – ale dla jasności, ja jeszcze nie kończę grać, fizycznie czuję się bardzo dobrze. Jestem zmęczony bardziej mentalnie, wspominałem wcześniej z jakiego powodu.

Teraz celem, marzeniem każdego z nas, brązowych medalistów MŚ byłby awans na IO. To byłoby coś niesamowitego, zwieńczenie wszystkiego. Medale wiszą, brązowy medal MŚ, co prawda nie w koszykówce 5×5, ale mam! Także jakby jeszcze udało się jechać do Tokio…. To byłby kosmos.

Można jeszcze powiedzieć, że pierwsze kroki stawiałem w Koszalinie, w turnieju koszykówki ulicznej Trio Basket (śmiech). Doskonale to pamiętam. Co prawda, jeszcze za gówniarza w Rybniku wziąłem udział w jednym turnieju, ale później nie miałem już żadnej styczności z koszykówką 3×3. Kiedyś każdy nie tyle chodził grać, tylko sobie porzucać. Szkoda było złapać jakąś kontuzję, a już miało się zawodowe kontrakty. To się ze sobą gryzło.

Właśnie. W marcu 2020 roku weźmiecie udział w kwalifikacjach do igrzysk olimpijskich. Odbędą się one w Indiach. Czy masz szanse dostać wolne w klubie? Macie jakieś ustalenia?

Jest to dyscyplina olimpijska, prezes Piesiewicz również w tym procesie uczestniczy. Wiem, tak samo jak pozostali zawodnicy, którzy otrzymają powołanie, że taki jest zarys, abyśmy mieli wtedy okienko i z niczym ma to nie kolidować, żebyśmy mogli polecieć i wywalczyć ten awans. Zrobimy wszystko żeby to się udało. To byłaby konkretna wisienka na torcie. W tej chwili jeszcze tak daleko wybiegać nie będę – w Amsterdamie powiedziałem, że bez medalu nie wracam – wróciłem z brązowym.

Jak się czujesz grając dla reprezentacji Polski?

Miałem już wcześniej przyjemność występować z orzełkiem na piersi, ale w koszykówce 5×5. Byłem młodszy, to było jeszcze większe przeżycie. Uczucie jest niesamowite. Reprezentowanie kraju na arenie międzynarodowej, odnosząc jeszcze sukcesy, to jest coś pięknego.

Medal z mistrzostw świata ma u Ciebie honorowe miejsce?

Oczywiście, ma honorowe miejsce, razem z innymi medalami, które zdobyłem i mają dla mnie znaczenie. W tej chwili jest to dla mnie największy sukces, bo nie ukrywajmy, że trzecie miejsce na świecie to duże osiągnięcie i piękna chwila. Nie tylko dla nas, zawodników, bo Ci, co nas wspierali mieli łzy w oczach z radości.

Jaka z Twojego punktu widzenia jest kluczowa różnica między koszykówką 5×5 a 3×3? Czy zawodnicy „halowi” rzeczywiście mają problem, aby się przestawić? Co Ci się w niej podoba najbardziej?

To są dwie różne dyscypliny. Koszykówka 3×3 jest szybką grą, siłową, dynamiczną, wymagającą podejmowania decyzji w ułamku sekundy. W ogóle nie ma czasu na zastanowienie, nie ma czasu na odpoczynek. 3 zawodników jest na boisku, 1 czeka na ławce rezerwowych. Zmiany są co 30-40 sekund, inaczej możesz osłabić drużynę, z którą chcesz osiągnąć coś fajnego.

Różnice są spore, w koszykówce 5×5 możesz sobie odpocząć, zwłaszcza jak masz zawodników, którzy są filarami zespołu, staniesz sobie w rogu, złapiesz oddech, Twoja rola niekiedy jest mniejsza, dostaniesz piłkę, wpadnie czy nie wpadnie, grasz dalej albo zaraz zejdziesz na ławkę.

Co mi się w 3×3 podoba? Przede wszystkim podoba mi się to, że tam sędziowie pozwalają na to, że można się trochę poprzepychać (śmiech). W tej chwili w koszykówce 5×5 niekiedy są takie gwizdki, że ledwo kogoś dotkniesz i już jest faul. To obniża widowiskowość, fakt faktem jest walka, ale w pewnych granicach. Podoba mi się to, że tam można się bardziej poszturchać.

Basket 3×3 to też podróże i przygody. Które miejsca najbardziej utkwiły w pamięci? Jakie wydarzenia zapamiętałeś szczególnie?

Jak do tej pory, najbardziej zapamiętałem nasz wyjazd na Filipiny. Mieszkaliśmy w samym centrum Manili, chyba w 5-gwiazdkowym hotelu. Tuż pod nim stali mężczyźni z żandarmerii z bronią, pilnowali, bo dosłownie 10-15 metrów od naszego zakwaterowania były już prawdziwe slumsy… Ludzie nie mieli co jeść, mieszkali w kartonach, w barakach, w brudzie… To było coś strasznego.

Zorganizowaliśmy akcję, wspólnie z przedstawicielami innych narodowości, poszliśmy wszyscy do tych dzieciaków, grupą około 20 osób. Byliśmy my, Serbowie, Holendrzy i Holenderki, Słoweńcy, Amerykanie. Co jest ciekawe, na każdym slumsach jest boisko do koszykówki. Każdy z nas wcześniej sprawdził co ma zbędnego, czego nie potrzebuje – buty, koszulki.

ddaliśmy im coś od nas, pograliśmy w piłkę, zrobiliśmy zdjęcia, po prostu poświęciliśmy im swój czas. To było przeżycie, zobaczyć dzieci, które niczemu nie zawiniły, a żyły w okropnych warunkach, których naprawdę nie można sobie wyobrazić.

Nam się wydaje, że mamy ciężko, narzekamy, że nie mamy tego i tamtego… To było centrum Manili, w samym mieście mieszka chyba 17 milinów ludzi. To był taki widok, że aż chciało się płakać.

Podobno masz też inne, jedno małe marzenie. Powiedziałeś niedawno, że zrobisz wszystko, aby zakończyć karierę w swoim rodzinnym mieście. Duży sentyment? Czy jest już na to jakiś plan?

Dokładnie, sentyment jest duży – do tego miejsca, do mojego pierwszego trenera. Od momentu, kiedy dostrzegli we mnie potencjał inwestowali w moją osobę. Naprawdę chciałbym swoją karierę zakończyć właśnie tam.

Już w tym roku była taka możliwość, niestety nie wypaliło. Prezes ma bardzo konkretne plany związane z rozwojem rybnickiej koszykówki, jest zielone światło i poparcie od miasta. W tym mieście jest duże zapotrzebowanie na basket. W niedalekiej przyszłości na pewno tak się stanie, że wrócę do siebie i będę jeszcze w stanie zrobić tam coś fajnego – wywalczyć awans do 1.ligi. A co dalej? To już przyszłość i marzenia.

Pamiętam, że zawsze trener Zygmunt powtarzał mi: „masz zapierdzielać, a wszystko przyjdzie”. I tak do dzisiaj mam w głowie te słowa. Mówił mi i wpajał, że jestem najlepszy, że będę kiedyś grał w ekstraklasie, „będziesz jak moi pozostali wychowankowie” – bo pod swoimi skrzydłami miał zawodników, takich jak Kordian Korytek, Mirosław Frankowski czy Adam Rener. Powtarzał: „zobaczysz, też będziesz grał”. I gram.

Póki co, jesteś drugi sezon w Prudniku. Ciekawostką jest to, że możecie wystawić piątkę o średniej wieku 36 lat. To jest Waszą mocną stroną?

Powiem w ten sposób. Nie śledzę aż tak mediów społecznościowych, ale w szatni dotarło do mnie, że są ludzie, którzy mówią, że nie damy rady, jesteśmy za starzy, nasze miejsce to spadek. Zaproszę przeciwko nam pod koniec sezonu, może być drużyna zbudowana z zawodników o średniej wieku 24-25 lat i ocenimy.

Nie biorę takich rzeczy do siebie. To, że ktoś ma 35 lat albo więcej, nie znaczy, że już nie może grać zawodowo w koszykówkę. Ktoś mówi, że brakuje walki, ambicji… Młodzież może ich nie ma, dlatego ktoś się do tego odnosi. Ja uważam, że tak nie jest.

Jakim zespołem ma być Pogoń? Jak prezentujecie się na tle pozostałych ekip?

Doświadczonym (śmiech). Chcemy grać swoją koszykówkę, mamy fajny zespół, fajną ekipę. Chcemy wygrać to co się uda, spokojnie się utrzymać – mając z tyłu głowy marzenie, aby znaleźć się w ósemce. Będziemy do tego dążyć, ale wiemy jak jest w sporcie. Wszystko się może zdarzyć.

Dodam, że nie uczestniczyłem w okresie przygotowawczym, bo wszystko podporządkowałem koszykówce 3×3. Nie bardzo jestem w temacie, ale padają hasła, że liga jest wyrównana bardziej niż kiedykolwiek. Trudno powiedzieć coś więcej i rokować, bo mieliśmy dopiero 5. kolejek. Poczekajmy do końca pierwszej rundy.

Pamela Wrona, @PamelaWrona

POLECANE

tagi