Marcin Stefański: To była burza emocji!

Marcin Stefański: To była burza emocji!

Share on facebook
Share on twitter

– Moje pożegnanie z koszykówką jest tylko w cudzysłowie. Dalej chcę w niej uczestniczyć, być blisko boiska – mówi Marcin Stefański, były zawodnik m.in. Trefla Sopot, który niedawno zakończył bogatą, zawodnicza karierę.

Marcin Stefański / fot. Trefl Sopot

W tych butach Stephen Curry zadziwia NBA >>

Piotr Alabrudziński: W tym sezonie wybiegł pan na parkiet tylko jeden raz, w swoim pożegnalnym meczu. Jak to jest mieć świadomość, że po raz ostatni rozpoczynam spotkanie w barwach swojego klubu?

Marcin Stefański: Z parkietem żegnałem się tak naprawdę od czerwca, bo już wtedy mieliśmy pierwszą konferencję prasową, na której podziękowałem za wszystko i zdecydowałem o tym, że nie będę grał.

To, co nastąpiło później miało dla mnie taki wydźwięk symboliczny. Grałem z numerem 10 na koszulce i w pewnym momencie mojej przygody w Treflu pomyślałem sobie, że fajnie by było zagrać tam 10 sezonów. Klub wyszedł mi naprzeciw. Dostałem propozycję występu w pierwszym meczu nowego sezonu i dzięki temu mogę powiedzieć, że ten 10 sezon został zaliczony.

A jakie to jest uczucie? Myślę, że to taka burza emocji. Widziałem na tym ostatnim meczu bardzo dużo przyjaciół, specjalnie z Gliwic przyjechała moja mama z siostrą, była też moja żona, która zresztą wspierała mnie na każdym meczu. Byli najbliżsi, którzy musieli pokonać wiele kilometrów. Widząc ich zrobiło mi się bardzo miło.

Sama prezentacja, wyjście na parkiet… Nie będę ukrywał, że bardzo się wzruszyłem, ale chyba najmilej wspominam to, że sami ludzie do mnie na drugi czy trzeci dzień pisali, dzwonili, gratulowali, mówili, że byli wzruszeni, widząc mnie z łezką w oku.

Trzeba przyznać, że było to bardzo dobrze zorganizowane, dopracowane w szczegółach.

Jeśli chodzi o samą organizację to jestem bardzo zadowolony jak to nasz marketing przygotował i jak się zaangażował. Jestem im bardzo wdzięczny. Nie chcę, żeby to zabrzmiało źle, ale przy tak świetnie zorganizowanym widowisku człowiek się zastanawia: a może jeszcze pograć dłużej? Pomimo tego, że przegraliśmy to spotkanie po dobrej walce, na pewno będę je dobrze wspominał.

Skoro już o wspomnieniach. Co jest numerem 1 Marcina Stefańskiego w kategorii najlepsze wydarzenie w karierze?

Nie mam numeru 1. Chciałbym tutaj wymienić parę rzeczy. Zacznę od tego, co wydarzyło się najwcześniej, czyli gdy po raz pierwszy w historii klubu, który mnie wychował, udało się nam zdobyć Mistrzostwo Polski Juniorów ze mną w składzie.

Kolejnym wspomnieniem jest powołanie do reprezentacji Polski i pierwsze rozegrane mecze z orzełkiem na piersi. Idąc dalej – mój wyjazd za granicę, zdobycie Pucharu Francji, ale też drugie miejsce w FIBA Europe Cup w sezonie 2003/2004, gdy przegraliśmy w finale z niemieckim Mitteldeutscher BC.

Później był powrót do Polski i dobry sezon w Śląsku Wrocław, z którym zdobyliśmy brązowy medal. Wreszcie moje przyjście do Trefla Sopot, gorsze i lepsze dni, ale szczególnie wspominam wspaniałe finały, które zagraliśmy z Asseco Prokomem Gdynia, przegrane 3:4. Brązowy medal z trenerem Maskoliunasem. Cieszę się, bo w tych sukcesach jest też mój udział. Nie byłem w tych drużynach ostatnim graczem. A do tego dochodzą jeszcze fajne momenty w moim życiu. Trochę się tego wszystkiego nazbierało.

A zmieniając biegun – największa gorycz?

Myślę, że najgorsze były kontuzje. Poważna kontuzja ręki, gdy wyjechałem do Francji. Miałem przeprost w łokciu i tak naprawdę od tego momentu moja sytuacja z ręką zaczęła się komplikować. Czasami kibice się śmiali ze mnie, z tego, że rzucam płasko, nie tak jak powinienem, ale ta cała sytuacja, trudności zdrowotne mi tego nie ułatwiały.

Prawda jest taka, że z prawym łokciem borykałem się w sumie od dziecka. Gdy miałem 6 lat lekarz powiedział mi, że już nigdy nie będę ruszał prawą ręką, a ja doprowadziłem do tego, że grałem zawodowo w koszykówkę. Niestety ten uraz we Francji sprawił, że to się odnowiło i ciągnęło przez dalszą karierę. Musiałem próbować różnych opasek, innych pomocy, ale jakiś ślad pozostał.

Do problemów zdrowotnych doszły jeszcze kolana, inne rzeczy. Moim zdaniem najgorsze dla każdego sportowca chwile, największe porażki, to właśnie kontuzje. To prawda, że po nich zawsze się wracało mocniejszym, bardziej się chciało, ale i tak bardzo przeszkadzały. Między innymi dlatego już nastąpiło moje pożegnanie z koszykówką – oczywiście pożegnanie w cudzysłowie, bo dalej chcę uczestniczyć, być blisko boiska. Głowa chciałaby dalej, ale ciało już za nią nie nadążało.

Zastanawiał się pan kiedyś nad tym, co by było, gdyby kontuzje nie utrudniały koszykarskiego rozwoju?

Słyszałem różne opinie odnośnie mojego rozwoju. Mogłem zostać w Polsce, może lepiej bym się rozwinął. Po co wyjeżdżałem za granicę, po co byłem w danym klubie tyle lat. Nie chcę gdybać. Nie żałuję podjętych decyzji, bo w tym momencie, w którym jestem, mając 35 lat, mam fajną, szczęśliwą rodzinę…

Powiedzmy sobie szczerze – ja nie byłem najlepszym zawodnikiem Trefla Sopot w całej historii klubu, a jednak moja koszulka została podwyższona. To dla mnie wiele znaczy. Myślę, że to zasługa nie tylko tego, jaki byłem na boisku, moich koszykarskich umiejętności, ale tego, jakim byłem człowiekiem, mojego oddania, lojalności. Wydaje mi się, że za to zarówno włodarze klubu, jak i kibice mnie bardzo szanowali.




Już Pan wspomniał o tym, że nie chce się żegnać z koszykówką. Co zatem teraz będzie pan dla niej robił?

Staram się pomóc klubowi w każdej przestrzeni, w której mogę. Chociażby od strony organizacyjnej, w sprawach młodzieżowych, strukturach. Spędziłem w Treflu 10 lat, ale jestem wychowankiem Carbo Gliwice, grałem też w Śląsku Wrocław, Turowie Zgorzelec, Górniku Wałbrzych, grałem we Francji w Dijon i Nanterre, więc trochę świata koszykówki widziałem. Wiem jak to wygląda od środka i tym mogę dalej pomagać.

Do tego jestem trenerem od szkolenia wysokich graczy i staram się pracować z chłopakami indywidualnie 2 razy w tygodniu. To wszystko łączę z byciem radnym, ojcem, mężem (uśmiech). Powiem szczerze, że mam co robić.

A zupełnie hobbystycznie trenuję jeszcze drużynę ambitnych, walecznych chłopaków U18. Kilku z nich było w Trelu, kilku z Asseco, jest paru z Politechniki Gdańsk, są i tacy, którzy wcześniej nigdzie nie grali w klubie. Nazywają się Sharks Port Gdynia.

Zostańmy zatem w temacie młodzieży. Pan w wieku bodajże 19 lat wyjechał do Francji, żeby tam grać. W sumie dzięki temu wypatrzył pana Kazimierz Wierzbicki, właściciel Trefla Sopot. Czy wyjazd za granicę to dobra opcja dla młodego zawodnika?

Mogę powiedzieć, że mojej decyzji nie żałuję, aczkolwiek wiele zależy od tego, co daje życie. Jeśli gracz ma dobre warunki w danym klubie w Polsce, jest pod opieką dobrych trenerów, może się rozwijać, to nie uważam, żeby wyjazd w takim momencie był dobrym pomysłem.

Wiem, jak to funkcjonuje w Treflu Sopot. Są Łukasz i Michał Kolenda, Sebastian Walda, Patryk Pułkotycki, mają młodych, ambitnych trenerów, którzy stawiają na nich. Łukasz i Michał są już przecież pełnoprawnymi podstawowymi graczami, Patryk i Sebastian, mając 18 lat są w dziesiątce trenujących, dostają minuty.

W czasach, kiedy ja wyjeżdżałem, liga miała formułę “open”. Były takie czasy, że w Nobilesie grał tylko Romek Prawica, czy nawet jego już nie było, a oprócz niego 10 obcokrajowców. Liga wtedy stała na zdecydowanie wyższym poziomie, więc ciężko było o minuty dla młodych. Ciężko też było wtedy podjąć decyzję: wyjechać, czy zostać.

W takim przypadku jaki mamy teraz, kiedy liga ma konkretny przepis, jeśli klub dobrze funkcjonuje i stawia na młodzież tak jak Trefl, wyjazd za granicę nie jest do końca dobrym rozwiązaniem. Oczywiście, w dalszych latach Trefl może być za mały dla tych młodych graczy. Może będą chcieli iść do przodu, ale z drugiej strony może być też tak, że za rok, albo 2, będą w Sopocie europejskie puchary i dzięki temu dalej będą oni mieli szansę rozwoju i gry na wysokim poziomie.

Trzeba zatem brać pod uwagę kilka rzeczy: w jakim momencie jesteś, jakich masz trenerów. Może się przecież okazać, że wyjazd do dobrej szkółki w Hiszpanii, Włoszech, czy Niemczech przyniesie dobry skutek. Nie można tego uogólniać.

Na czym w takim razie będzie polegała pana praca z graczami wysokimi w tym schemacie szkolenia?

Sam w juniorach zaczynałem grać na “jedynce” i z biegiem czasu przechodziłem na inne pozycje, aż wreszcie na końcu zostałem centrem. Co prawda, muszę dodać – centrem z niezbyt dobrymi warunkami fizycznymi.

Przede wszystkim uczę chłopaków techniki indywidualnej. Moje treningi polegają na tym, że ćwiczymy manewry do kosza, zachowania w momencie wyjścia do piłki, to, co się dzieje po pick’n’rollu i to jest dla nas priorytetem.

Podpowiadam też dużo, jeśli chodzi o stronę mentalną, nastawienie. Wiem po sobie, że poprzez ciężką pracę można osiągnąć zdecydowanie więcej niż wtedy, gdy nie przykłada się wagi do treningu. Najważniejsze jest zaangażowanie, i na to nie mogę narzekać zarówno w drużynie Sharks, jak i podczas indywidualnych treningów. Każdy z tych chłopaków wkłada dużo serca w to, co robi. Dopiero do tego można dokładać inne aspekty, doświadczenie, które zebrałem przez lata i mogę się nim dzielić, strona praktyczna: gra tyłem, przodem do kosza, kozłowanie.

Tym, którzy trenują nie brakuje zaangażowania, a co z ich liczbą? Jest zainteresowanie koszykówką wśród młodzieży?

W Trójmieście mamy duże zainteresowanie, to na pewno, ale też jest duża konkurencja. Jest przecież Asseco, jest w Gdańsku Szkoła Gortata, czy Politechnika, a w samym środku tego wszystkiego jesteśmy też my i staramy się przyciągnąć młodzież.

Wiadomo, że to przychodzi lżej, gdy są sukcesy drużyny, wtedy łatwiej przyciągnąć młodzież. UKS Siódemka prowadzi bardzo dobry nabór. Gracze tacy jak bracia Kolenda, Sebastian Walda, Patryk Pułkotycki przeszli w ten sposób całe szkolenie w Sopocie, począwszy od podstawówki, i oni jednocześnie są taką zachętą dla młodych graczy do trenowania koszykówki.

Ja też jestem pomysłodawcą i prowadzę zajęcia dla przedszkolaków “Mały Mistrz”. To bardziej zabawa, „ogólnorozwojówka”, ale pojawiają się w niej elementy koszykówki już dla 3-, 4-, 5-, i 6-latków. Kto wie, może to zachęci rodziców tych dzieci, żeby po przedszkolu pomogli dzieciom wybrać kierunek na koszykówkę i zapisali do UKS Siódemki?

Na zakończenie wróćmy do koszykówki seniorskiej. Ma pan swoje typy na ten sezon?

Ciężko mi coś powiedzieć, bo nie widziałem jeszcze wszystkich drużyn. Oglądałem do tej pory Włocławek, Toruń, Gdynię, ale nie widziałem np. Stelmetu czy innych drużyn. Wydaje mi się, że na chwilę obecną bardzo silna jest ta grupa: Anwil Włocławek, Polski Cukier Toruń, Arka Gdynia, Stelmet Enea BC Zielona Góra. Nie wiem, może jeszcze jeszcze Ostrów Wielkopolski, czy King Szczecin.

Wierzę też w swoją drużynę, Trefl Sopot. Młodzi zawodnicy, do tego pewna doza doświadczenia, 3 obcokrajowcy. Łukasz Kolenda, który wchodzi do reprezentacji seniorów. Piotrek Śmigielski, który myślę, że się odrodzi. Wierzę, że ta drużyna będzie mocna i będzie walczyć z każdym zespołem jak równy z równym.

Piotr Alabrudziński, @PulsBasketu

W tych butach Stephen Curry zadziwia NBA >>




POLECANE

tagi

Jest najlepszym strzelcem Enei Astorii, tylko raz zdobył mniej niż 12 punktów, a przecież dopiero ma 23 lata i jest to jego pierwszy sezon w profesjonalnej koszykówce. Kris Clyburn wyrasta na jedno z największych transferowych odkryć tego sezonu.
9 / 12 / 2019 18:41

NBA

Najpierw złapał faul techniczny pod koniec pierwszej kwarty, a potem próbował jeszcze dyskutować z sędziami. Nie podobała mu się też decyzja arbitrów pod koniec spotkania. Luka Doncić przyznaje dziś, że emocje w stosunku do sędziów ponoszą go zbyt często.
9 / 12 / 2019 15:23
W najnowszym odcinku podcastu Kamila Chanasa gośćmi są młodzi zawodnicy Sląska Wrocław – Aleksander Dziewa i Jakub Musiał. Czym zaskoczyła ich ekstraklasa i jak widzą swoje koszykarskie kariery?

Zapisz się do newslettera

Bądź na bieżąco z wynikami i newsami
Jest najlepszym strzelcem Enei Astorii, tylko raz zdobył mniej niż 12 punktów, a przecież dopiero ma 23 lata i jest to jego pierwszy sezon w profesjonalnej koszykówce. Kris Clyburn wyrasta na jedno z największych transferowych odkryć tego sezonu.
9 / 12 / 2019 18:41
Serbsi gigant jest naprawdę zwariowanym gościem. Dallas Mavericks przejechali się w sobotę po New Orleans Pelicans, tym razem wygrywając 130-84 (to już ich trzecie zwycięstwo nad Pels w tym sezonie), a sporo minut dostał m.in. Boban Majranović i rewelacyjnie je wykorzystał.
8 / 12 / 2019 14:40
Kamil Chanas w najnowszym odcinku podcastu „Strefa Chanasa” rozmawia z Maciejem Turowskim, znanym jako DJ Gambit, który od lat zajmuje się muzyczną oprawą widowisk sportowych, w tym oczywiście koszykarskich.
2 / 12 / 2019 10:08
Było 6 punktów przewagi na niecałą minutę przed końcem drugiej dogrywki. Polski Cukier Toruń zaliczył wówczas katastrofalną serię strat i błędów, wypuszczając wygraną w Belgii z rąk. Ostenda skorzystała z prezentu i zwyciężyła ostatecznie 105:103.