Marcus Ginyard – komfort w Berlinie, fryzjer we Włocławku

Share on facebook
Share on twitter

Absolwent North Carolina to zupełnie inny człowiek niż większość Amerykanów przyjeżdżających grać w koszykówkę w Polsce. Poza basketem pasjonują go także historia, podróże i psychologia.

(Fot. MarcusGinyard.com)
(Fot. MarcusGinyard.com)

Znasz się na koszu? – wygrywaj w zakładach! >>

Marcus Ginyard już wygrał. No, nie na boisku – w sobotę rzucił co prawda 12 punktów i miał 4 zbiórki, ale jego Energa Czarni ulegli u siebie 78:79 Polfarmeksowi Kutno. Ale dzień później Amerykanin wrzucił na Instagram zdjęcie z Muzeum Stutthof, czyli byłego niemieckiego obozu koncentracyjnego w Sztutowie. I zdobył tym serca wielu fanów, którzy tę wizytę odebrali jako wyraz szacunku dla naszej historii.

I się nie pomylili.

Na styku historii i psychologii

Ginyard ma 29 lat, od 2010 roku gra w ligach europejskich, najczęściej w Polsce. Zaczynał w Niemczech, występował też w Izraelu, na Ukrainie i we Francji, ale to do naszej ligi wracał już dwukrotnie. W sezonie 2012/13 grał w Anwilu (41 spotkań, średnio 12,1 punktu na mecz), kolejne rozgrywki kończył w Stelmecie (23 mecze, 6,0 punktu), obecne rozpoczął w Czarnych. Jest graczem cenionym, specjalistą od obrony.

Jest też graczem nietypowym, o czym mówią koszykarze, którzy z nim grali. – O wszystkim możesz z nim pogadać, rozmawialiśmy godzinami, mieszkałem z nim w pokoju na wyjazdach. O koszykówce tylko wspominaliśmy, zwykle zajmowały nas inne tematy – mówi Przemysław Frasunkiewicz, który grał z Ginyardem w Anwilu.

Z krótkiej rozmowy z Ginyardem można wywnioskować, że najbardziej interesują go historia, kultura i psychologia. Fascynujący jest szczególnie ich styk.

Czytam wiele książek. Aktualnie akurat jestem w trakcie lektury trenera Boba Knighta, ale niedawno skończyłem czytać książkę Brene Brown, psycholożki, której inne dzieła czytałem też wcześniej. I chyba to jest chyba moja ulubiona tematyka – psychologia. Interesuje mnie to, dlaczego myślimy w sposób, w jaki myślimy, ciekawi mnie jak działa nasz mózg. Lubię też np. książki Malcolma Gladwella, który zajmuje się bardziej psychologią społeczeństwa – mówi Ginyard.

(Fot. MarcusGinyard.com)
(Fot. MarcusGinyard.com)

Interesują go społeczeństwa, których nie zna. – Staram się jak najlepiej poznać i zrozumieć historię, kulturę oraz ludzi z krajów, w których mieszkam. Rodzice od małego uczyli mnie, że trzeba szanować wszystkich ludzi i to moje zainteresowanie innymi kulturami jest właśnie wyrazem szacunku. To podstawa, jeśli chcesz naprawdę zrozumieć innych.

– I ten szacunek działa w obie strony – jeśli ludzie widzą, że naprawdę chcesz ich zrozumieć, to cię szanują.

Witkacy, zieleń, Bałtyk

W Sztutowie był po raz pierwszy. Wcześniej, grając w Niemczech, odwiedził jednak inny obóz koncentracyjny – w Dachau. – Ciężko się zwiedza takie miejsca, ale trzeba je zobaczyć na własne oczy. By dowiedzieć się, co tam się wydarzyło, by poznać, przeczytać świadectwa tych, którzy przez to przeszli. Jak byli zniewoleni i zabijani.

To trudne, bardzo emocjonalne przeżycie. Czujesz potem smutek, złość, bezradność. Trudno uwierzyć w to, co tam się wydarzyło. Ale takie rzeczy trzeba wiedzieć, z historii trzeba wyciągać wnioski. Chociaż w obecnym świecie widzimy, że taki okropieństwa ciągle się powtarzają… – mówi Marcus.

Ginyard zaznacza, by nie robić z niego obieżyświata i podróżnika, który widział wszystko i wie wszystko. On po prostu interesuje się światem. Słucha, co mówią inni, czyta artykuły w sieci, próbuje się dowiedzieć czegoś o miejscach, w których przyjdzie mu spędzić kilka miesięcy, czasem cały rok.

W Słupsku zbyt wiele jeszcze nie zwiedził, choć odwiedził już Muzeum Pomorza Środkowego w Słupsku, by obejrzeć wystawę poświęconą Witkacemu. W Zielonej Górze był zbyt krótko, ledwie trzy miesiące, grając we Włocławku jeździł do Warszawy. Zwykle sam. Po prostu wsiadał w samochód i jechał.

W Polsce jestem już po raz trzeci, poznaję ją coraz lepiej. Kiedyś w ogóle bym nie pomyślał, że spędzę tu tyle czasu, a to fajne miejsce. Co mi się podoba? Przestrzeń między miastami, ta zieleń, piękne drzewa, jeziora, Bałtyk. No i te stare miasta ze swoją architekturą. W USA też są miejsca, w których czuć historię, ale mają po 200-300 lat. W Europie są dużo starsze, niektóre mają po tysiąc lub więcej.

Fryzjer we Włocławku, komfort w Berlinie

marcus_ginyard3Skąd u Marcusa takie zamiłowanie do historii, do zwiedzania? Koszykarz wspomina swoją pierwszą podróż do Europy – miał 13 lat, gdy jego szkoła wybrała się na wycieczkę do Francji. – Wtedy nie wiedziałem jeszcze, że podróżowanie mnie tak zainteresuje, ale zdałem sobie wówczas sprawę, jak wiele się dzieje, jak różny jest świat poza miejscem, w którym mieszkam.

Zależy mi na tym, żeby być w porządku, wobec innych ludzi, żeby ich rozumieć. A tego zrozumienia nie da się osiągnąć, jeśli nie poznasz czyjegoś życia, nie dowiesz się, jakimi kategoriami ktoś myśli. Dopiero wtedy zaczynasz rozumieć jego decyzje, jego życie. Świadomość, że każdy może mieć inny punkt widzenia, jest bardzo ważna.

Ginyard to porządny gość. Dosłownie i w przenośni, zajrzyjcie na jego stronę internetową. Wszystko dokładnie opisane, ze szczegółami, jest wiele galerii zdjęć z kolejnych podróży. Praga, Paryż, Stambuł, Ryga, Sofia, Chiny, Izrael, Kostaryka… Jest także Włocławek, galeria zdjęć z życia poza halą. A w niej – fotografie z zakupów czy od fryzjera.

Każde z odwiedzonych przeze mnie miejsc, miało na mnie jakiś wpływ, wszystkie są dla mnie ważne. Ale są takie, do których wracam z większą przyjemnością – miastem, które ukradło mi serce, jest Berlin. Swój pierwszy sezon poza USA spędziłem w Niemczech, ten kraj z wielu względów jest dla mnie wyjątkowy. Berlin bardzo mi się podoba, czuję się w nim swobodnie. Podoba mi się także Francja – ze względu na historyczne miejsca, ale też styl życia, który można tam wieść.

Szczęście w nieszczęściu 11 września

(Fot. Peyton Williams)
(Fot. Peyton Williams)

Styl życia, jaki poznał od małego, to wojskowa dyscyplina. Ojciec, Ronald Ginyard, przez 23 lata służył jako marine, mama Annise była żołnierzem sił powietrznych. To pewnie dlatego Marcus codziennie rano – zawsze! – ścieli łóżko. I pamięta, jak ważne są punktualność i wywiązywanie się z obowiązków.

Rodzina Ginyardów otarła się o tragedię 11 września 2001 roku. Ojciec Marcusa był na spotkaniu w Pentagonie w momencie, gdy w budynek uderzył jeden z samolotów. – Ale z drugiej strony budynku, w części która nie została zniszczona. Całe szczęście, że nic mu się nie stało, że wrócił do nas do domu. Tamtego dnia wiele osób straciło swoich bliskich.

Marcus dorastał w Północnej Wirginii, gdzie tłukł w koszykówkę z bratem Ronaldem do tego stopnia, że rodzice poświęcili część ogródka na wybudowanie małego boiska. Pokazywał spory talent, z zespołem DC Blue Devils jako 13-latek wygrał mistrzostwo rozgrywek AAU, a w zespole grali m.in. Ty Lawson, Roy Hibbert czy Dante Cunningham.

Mistrz w garniturze

W szkole średniej był tak dobry, że dostał stypendium od Uniwersytetu North Carolina. Tak, Marcus Ginyard może nie jest w Europie gwiazdą, ale uczelnię kończył znakomitą.

Studia rozpoczynał m.in. z Dannym Greenem i Tylerem Hansbrough. Grają obok takich gwiazd, a potem także Wayne’a Ellingtona czy znanego mu już Lawsona, był graczem drugiego planu – w sumie, w 143 meczach, zdobywał średnio po 6,1 punktu. Był jednak specjalistą od defensywy, najlepszym obrońcą drużyny w kolejnych sezonach.

Ale też liderem w szatni, a na trzecim roku – kapitanem zespołu. North Carolina dotarła do Final Four, w półfinale przegrała jednak z Kansas. U rywali grali m.in. Russell Robinson i Darnell Jackson, przeciwko którym Ginyard będzie grał teraz w Polsce.

Mistrzostwo North Carolina zdobyła rok później, ale Marcus siedział wtedy na ławce, w garniturze. Z gry wyłączyła go kontuzja, koszykarz odpuścił cały rok, by móc zagrać w kolejnym, piątym już sezonie. Ale pod koniec sezonu już trenował i jako świetny obrońca sprawiał, że koledzy musieli wznosić się na najwyższy poziom, by zdobywać punkty. Dzięki temu w meczach grało im się łatwiej.

marcus_ginyard9

Kultura i historia koszykarska

Jak myślisz o North Carolinie, to widzisz coś wyjątkowego – mówi Ginyard. – Tam wszystko jest na najwyższym poziomie – trenerzy, zawodnicy, trybuny, kibice, osiągnięcia. To było niesamowite być tam w środku, to było jak sen.

Ginyard interesuje się historią i kulturą, a przecież North Carolina to koszykarska historia i kultura w najlepszym wydaniu. – Kiedy wygrywasz, wygrywasz i wygrywasz, to tworzysz zwycięską tradycję. To rośnie, zaraża kolejnych ludzi i tak tworzy się ta wielka koszykarska kultura – tłumaczy Marcus.

Ale zaczyna się to od ludzi, którzy codziennie na to pracują – trener Dean Smith, teraz Roy Williams, wielcy szkoleniowcy, pasjonaci. Za nimi idą zawodnicy – James Worthy, Michael Jordan, Vince Carter, Antwan Jamison, Ty Lawson, Tyler Hansbrough… Każdy z nich dał tej uczelni coś od siebie.

Marcus Ginyard też.

(Fot.
(Fot. Peyton Williams)

Łukasz Cegliński

Znasz się na koszu? – wygrywaj w zakładach! >>

 

POLECANE