Marek Łukomski: Wygrać jeden mecz więcej

Marek Łukomski: Wygrać jeden mecz więcej

Share on facebook
Share on twitter

„Do zespołu z najlepszej ligi w Europie przyjeżdża bezrobotny trener z Polski, a oni po kilku zdaniach rozmowy, udostępniają mi wszystko…” – Marek Łukomski, nowy trener AZS, opowiada m.in. o nowych wyzwaniach w Koszalinie, szczególnych doświadczeniach z pracy w Czarnych Słupsk i sytuacji trenera, który akurat nie ma klubu.

Marek Łukomski / fot. A. Romański, plk.pl

WINTER SALE – trwa sezon niezwykłych cen w Sklepie Koszykarza! >> 

Piotr Alabrudziński: Praca trenera w AZS Koszalin to trochę niebezpieczeństwo, jeśli weźmiemy pod uwagę “tradycję” ostatnich sezonów. Nie boi się pan tego?

Marek Łukomski: Jest to niebezpieczeństwo, to prawda, ale z tego, co pamiętam drugie zwolnienie trenera podczas jednego sezonu, czyli 3 trenerów, którzy prowadzili zespół w jednych rozgrywkach, zdarzyło się tylko jeden raz.

Powiem jednak szczerze, że nie patrzę na to. Wiem, że tutaj jest potencjał, który w ostatnim czasie nie był wykorzystywany. Nie zapominajmy, że jeszcze kilka sezonów temu „Akademicy” walczyli o podium. Czasem tak bywa, że praca trenera w jego początkach nie jest może idealnie ułożona i trzeba podejmować się trudnych zadań. Mimo wszystko bardzo się cieszę, że mogę pracować w koszykarskim mieście, nie tak wcale daleko od mojego domu i przyjaciół.

Jest potencjał, OK, ale prowadzenie drużyny zbudowanej przez kogoś innego to chyba trudniejsze zadanie niż budowa składu od początku według własnego pomysłu.

Nie ukrywam, że jestem pierwszy raz w takiej sytuacji, że przejąłem gotową drużynę w trakcie sezonu. W Szczecinie miałem tę możliwość, żeby budować swoje autorskie zespoły. W Słupsku tworzyliśmy skład razem z Mirosławem Lisztwanem i Rafałem Frankiem.

Tutaj faktycznie mamy już zespół i niewiele możliwości manewru. Przez ten czas, w którym jestem już na miejscu i mogłem poznać tych zawodników dowiedziałem się, czego brakuje zespołowi. Chcemy zrobić jakieś zmiany, ale w tym momencie nie jest to łatwa sytuacja. Dobrzy koszykarze mają podpisane kontrakty. Potrzebujemy rozgrywającego, ale nie byle kogo i nie za wszelką cenę. To logiczne. Mamy problemową sytuację, ale nie załamujemy rąk, wykonujemy swoją pracę i chcemy jak najwięcej z tego wyciągnąć.

Przejęcie zespołu w trakcie sezonu łączy się z tym, że przez ten czas od wycofania się Czarnych Słupsk z ligi był pan trenerem bez pracy. Co w takim przypadku się robi? Czeka na telefon, reklamuje się, inwestuje w siebie?

Podejrzewam, że są różne drogi. Jest możliwość pogłębiania swojej wiedzy koszykarskiej i ja właśnie to zrobiłem. Po tym jak mój były klub wycofał się z rozgrywek, pojechałem w marcu na staż do Hiszpanii do Joventutu Badalona. Było to możliwe dzięki zaradności i uprzejmości Tomka Gielo oraz mojego agenta, Huberta Radke. Miałem możliwość podpatrywania i przebywania z zespołem Joventutu.

Hiszpanie byli bardzo otwarci. Do zespołu z z najlepszej ligi w Europie przyjeżdża bezrobotny trener z Polski, a oni po kilku zdaniach rozmowy, udostępniają mi wszystko to, co mogłoby mi się przydać. Podczas kilkutygodniowego pobytu na Półwyspie Iberyjskim miałem możliwość studiowania najnowszych trendów w koszykówce. Oglądałem na żywo kilkadziesiąt spotkań ligi ACB, ale także zespołów młodzieżowych i niższych lig seniorskich. Podglądałem zawodników, trenerów, zagrywki.

Wracając do sedna pytania: czy czekałem? Tak, czekałem. Była niepewność, były też propozycje z innych lig, ale powiem szczerze, że czekałem cały czas na opcję ekstraklasową i w końcu się doczekałem. Była niepewność i zwątpienie. Cały poprzedni sezon w Czarnych dał mi się we znaki. W moim życiu wydarzyło się dużo rzeczy, które pozwalały mi zwątpić w to, co robię. Koniec końców wszystko ułożyło się dobrze, mam pracę w AZS Koszalin i dużo zadań do wykonania.

To są buty LeBrona Jamesa – możesz w nich zagrać! >> 

Jeśli chodzi o przerwę od koszykówki to nie był jedyny epizod. Wcześniej miał pan sezon przerwy w karierze zawodniczej. Wyjazd za granicę, do pracy. Z czego to wynikało: myśli o zakończeniu kariery, czy innych, niezależnych okoliczności?

Wyjechałem wtedy na wakacje do znajomych w Wielkiej Brytanii – zobaczyć, jak mieszkają. Po 2 – 3 tygodniach pobytu postanowiłem pójść z nimi do pracy. I tak nie miałem żadnego klubu. Pracowałem tak jak wielu naszych rodaków w fabryce – fizycznie, czasami 8, 12 godzin, czekając na opcję powrotu do Polski. Żadna sensowna się nie pojawiła, więc cały ten rok był rozbratem z koszykówką.

Po kilku miesiącach zadzwonił do mnie Zbigniew Majcherek, trener w AZS Radex Szczecin i uzgodniliśmy, że zagram jeszcze w Szczecinie w kolejnym sezonie. Były propozycje, ale nie na tyle ciekawe, żeby wyjeżdżać daleko od rodzinnego miasta za pieniądze pozwalające ledwo przeżyć. Jestem ambitnym człowiekiem. Nie chciałem być gdzieś na wyjeździe i mieć tylko na przeżycie od pierwszego do pierwszego.




To, o czym pan teraz wspomniał, kojarzy mi się jednak z pracą w Czarnych Słupsk.

W drugim sezonie w Kingu Szczecin mieliśmy z prezesem Królem dżentelmeńską umowę. Jeśli nie będzie playoffów, nie przedłużamy kontraktu na trzeci sezon. Nie było playoffów, nie było możliwości pozostania w Szczecinie, więc zacząłem rozglądać się na rynku. Czekałem na rozwój sytuacji w klubach ekstraklasy.

Była jedna czy druga, nie do końca pewna oferta, po czym zadzwonił do mnie mój agent, Hubert Radke i powiedział, że jest propozycja z Czarnych Słupsk. Nie zastanawiając się długo, wiedząc o tym, że to będzie sezon na przetrwanie Czarnych Słupsk, wiedząc, że drużyna po odejściu sponsora może mieć problemy finansowe, zdecydowałem się podpisać kontrakt.

Wiadome było, że nie ma tam za dużo pieniędzy, budżet jest najniższy w lidze – później zresztą okazało się, że i on był wirtualny – ale mimo to cieszę się, że trafiłem do tego klubu. Organizacja Czarni Słupsk przez kilkanaście ostatnich lat był w top ligi. Ludzie, których tam poznałem potrafili ten klub cały czas trzymać na wysokim poziomie. Nie mówię tutaj o szefostwie, ale o współpracy z Mirkiem Lisztwanem i Rafałem Frankiem.

Mirek Lisztwan to człowiek – instytucja, o ogromnej wiedzy koszykarskiej, ale także wszechwiedzący w kwestiach organizacyjnych. Bardzo mi pomógł, pokazał i wyjaśnił bardzo ważne aspekty funkcjonowania klubu. Dużo mu zawdzięczam i mam nadzieję, że jeszcze kiedyś będziemy współpracowali. A z Rafałem Frankiem współpracuję przecież teraz w AZS Koszalin.

Jak się motywuje graczy, którzy nie otrzymują wynagrodzenia?

Jeśli chodzi o finanse, byliśmy w Słupsku 6 miesięcy, a pieniądze dostaliśmy może za 1,5 miesiąca. Mimo tego stworzyliśmy naprawdę ciekawą grupę, która chciała pracować, chciała grać ze sobą, a to jest ważne. Do połowy sezonu, do momentu wycofania, mieliśmy 5 zwycięstw z naprawdę fajną grą. Oczywiście nie zawsze było idealnie, ale zawsze była gotowość do pracy, zaangażowanie.

Wszyscy znali sytuację, jechaliśmy na tym samym wózku. Dopóki wychodziliśmy na parkiet, nie brakowało zaangażowania. Przed meczem z Asseco zamiast treningu odbyliśmy dwugodzinne spotkanie z prezesem i na 3 godziny przed spotkaniem podjęliśmy decyzję o zagraniu tego meczu. Zagraliśmy z taką determinacją, że wygraliśmy to spotkanie. Nawet teraz jak sobie o tym pomyślę, to ciarki przechodzą mi po ciele.

Myślę, że gdyby zespół dokończył sezon, to byśmy się utrzymali. I Legia i my mieliśmy po 5 zwycięstw, ale my mieliśmy lepszy bilans małych punktów. Kto wie, czy jeszcze jakiegoś meczu byśmy nie wygrali?

Nie żałuje pan tego sezonu, wiedząc jak to się wszystko potoczyło?

Nie, w ogóle nie żałuję. Gdyby można było podjąć taką decyzję jeszcze 10 razy, to bym ją podjął za każdym razem tak samo. Nie dlatego, że wiem jak to się wszystko zakończyło, natomiast ze względu na możliwość współpracy z Mirkiem Lisztwanem, Rafałem Frankiem, z takim klubem, który bił się o najwyższe cele. To nie był przecież zespół, który od 10 lat walczy o utrzymanie w lidze, o przetrwanie, ale super organizacja, która grała cały czas o medale, była w playoffach.

Mimo tego, że cały sezon to spory minus jeśli chodzi o finanse, inne życiowe sprawy, to jeżeli chodzi o wymiar sportowy i doświadczenie, to te kilka miesięcy było jak 5 sezonów w normalnym, zorganizowanym klubie. Pojawiał się pożar, gasiliśmy go z Mirkiem i Rafałem, żeby za chwilę dwa inne pojawiły się z boku i trzeba było gasić te następne. Na pewno bardzo ciekawe doświadczenie.

Czy równie ciekawym doświadczeniem było ostatnie spotkanie z zawodnikami? Trudno mi to sobie wyobrazić z perspektywy trenera, który musi stanąć przed graczami i coś powiedzieć.

Mi też. Nigdy nie wyobrażałem sobie, że do czegoś takiego może dojść. Co jest najciekawsze, wszyscy zawodnicy, czy miejscowi, czy przyjezdni, wszyscy, którzy zostali, wyrazili chęć dokończenia sezonu!

Prezes Twardowski podjął inną decyzję, wycofał drużynę z ligi. Gdy stanąłem przed zawodnikami, łezka mi się w oku zakręciła. Nie było nikogo innego, byliśmy tylko w trójkę z Mirkiem i Rafałem. Miałem do przekazania, że jutro nie ma treningu, ale nie dlatego, że jest wolne, tylko: jutro nie ma treningu, jutro nie macie pracy, jutro możecie robić, co uważacie, bo klub wycofał się z rozgrywek…

To było bardzo ciężkie. Przez wiele lat pracowałem w klubach dobrze zorganizowanych, w Rosie Radom, Kingu Szczecin, i powiem szczerze, że to była dla mnie abstrakcyjna sytuacja. Życie pisze różne scenariusze i ja w tym dziwnym śnie się znalazłem. To nie są rzeczy, które można przewidzieć. Nie wiedziałem, jak przygotować się do tej rozmowy. Nie cieszę się, że to miało miejsce, ale tak jak wcześniej powiedziałem, zgromadziłem tam wiele doświadczeń. Koniec końców, trzeba z tego wyciągnąć jakąś lekcję.




Był pan częścią drużyn na różnym etapie rozwoju: Rosa, która wspinała się na swoje szczyty; King Szczecin, który kojarzy się ze stabilizacją, również finansową; upadek Czarnych Słupsk, dużej koszykarskiej firmy, teraz Koszalin, dół tabeli. Jakie wnioski można wyciągać pracując w tak odmiennych miejscach?

Zawsze trzeba dostosować się do środowiska, umieć dostosować się do okoliczności. Idąc do Czarnych wiedziałem, że klub jest w tym momencie w innej sytuacji niż był przez kilka wcześniejszych lat. Wiedziałem, że oczekiwania są wielkie, natomiast robiliśmy to, co potrafiliśmy najlepiej, staraliśmy się, żeby klub grał na maksimum swoich możliwości w tej sytuacji, w jakiej się znalazł.

W Szczecinie miałem dużo opcji, które mogłem sobie ogarnąć, trzeba było dostosować się do oczekiwań prezesa: w jednym sezonie się udało, w drugim nie. W Koszalinie klub jest teraz na dnie tabeli, a ja mam tak skonstruowaną umowę, że jeżeli się utrzymamy, to kontrakt przechodzi na drugi sezon.

Trzeba być elastycznym, umieć działać i gdy jest dobrze, i gdy jest źle. Zobaczymy, co z tego wyjdzie. Wiem na pewno, że każdy musi wykonywać swoją pracę dobrze, zaczynając ode mnie, a kończąc na kibicach, którzy wspierają swój zespół przez cały czas.

Jest pan młodym trenerem. Czy jest różnica w relacjach z młodszymi zawodnikami, a tymi starszymi?

Dla mnie nie ma żadnej różnicy w kontaktach z zawodnikami. W każdym klubie, w którym grałem, byłem wybierany kapitanem drużyny. Zawsze umiałem się dogadać i z trenerem, i z zawodnikami. Teraz też nie mam problemu z tym, że ktoś jest młody, czy stary, czy trafia do ekstraklasy z I ligi, czy skądinąd.

Tak jak byłem pewien umiejętności Kuby Garbacza i wyciągnąłem go z pierwszej ligi do Szczecina, objaśniając mu mój plan działania wobec jego osoby. Rozmawiając z Przemkiem Frasunkiewiczem mówiłem mu: bierz gościa, bo jest gotowy. Gdybym wcześniej podpisał kontrakt w Czarnych, to próbowałbym go tam zatrudnić, bo wiedziałem, że chłopak jest gotowy do grania na dobrym poziomie w ekstraklasie.

Wiek nie gra żadnej roli. Tutaj liczą się umiejętności. Zawsze bardzo dużo rozmawiam z zawodnikami. Nie mam problemu, żeby komuś, kto jest najbardziej doświadczonym zawodnikiem w mojej drużynie powiedzieć, że zrobił błąd, albo młodemu, że wykonał coś dobrze. Nie ma podziału na wiek, ale stricte sportowe umiejętności.

Porozmawiajmy trochę o przygodzie z Kadrą B.

Byłem na rozmowach w PZKosz. Wtedy Walter Jeklin budował, czy raczej zaszczepił, ideę trzyletniego projektu. Razem z Arturem Gronkiem mieliśmy być przez te 3 lata w sztabie trenerskim, w ramach dużej współpracy z Mike’em Taylorem.

Później, jak to bywa z różnymi wieloletnimi projektami, coś się zmieniło. W drugim sezonie prowadził kadrę B Przemek Frasunkiewicz, w trzecim Artur Gronek. Po pierwszym roku nikt się ze mną nie skontaktował, nie powiedział, że nie będę trenerem. Dziwna sytuacja. Dzwonili do mnie dziennikarze, pytali, gdzie w tym roku będę jechał z kadrą B, a ja nic na ten temat nie wiedziałem.

W te wakacje pomagałem trenerowi Taylorowi przy wakacyjnym campie dla rozszerzonej kadry. Przebywanie blisko reprezentacji Polski to kolejne cenne doświadczenie.

To są buty LeBrona Jamesa – możesz w nich zagrać! >> 

Czy projekt pod nazwą rozszerzonej kadry, czy też kadry B ma sens, spełnia swoje założenia?

Myślę, że chodzi w nim przede wszystkim o możliwość pokazania się graczy, przetestowania ich pod kątem konkretnego systemu. Pamiętam, gdy prowadziłem kadrę B był z nami Nowakowski, Parzeński, Kowalczyk, Kostrzewski – ludzie, którzy byli, albo są w kręgu zainteresowań pierwszej reprezentacji. „Misiek” w wieku 30 lat przebił się do Kadry, „Parzyk” wciąż jest brany pod uwagę, ale kontuzje krzyżują te plany, „Kostek” cały czas jest na tej szerokiej liście Mike’a.

Wydaje mi się, że to ma sens, tym bardziej, że z tego, co się orientuję, chiński związek koszykówki w dużej mierze pokrywa koszty turniejów.

Od wątku reprezentacyjnego przejdźmy jeszcze do pańskiej kariery zawodniczej, jak wiadomo był pan pierwszym Polakiem, który zanotował triple-double (sezon 2000/2001). Tego typu wyczyn ma jakiś wpływ na obecną drużynę, czy motywację zawodników?

Z tego dawnego meczu pamiętam taką sytuację – to było spotkanie z Toruniem w Szczecinie – w pewnym momencie statystyk powiedział, że mam 16 punktów, 8 zbiórek, 8 asyst. Wtedy zaczęło się polowanie. W tamtych czasach asysty nie były liczone, tak jak dziś, że po podaniu zawodnik zrobi 7 kozłów, zagra pod koszem 1 na 1, a i tak zalicza się asystę podającemu.

Trzeba było podać takie ciasteczko, że odbiorca podania od razu kończył akcję rzutem, wsadem, czy dwutaktem. Nie spodziewałem się jednak tego, że to później będzie aż tak miło odebrane, bo odbiło się szerokim echem. Pamiętam nawet artykuł o moim triple-double na całą stronę w ogólnopolskim wydaniu jednej z gazet, w sportowym dodatku. Żeby to jednak wpłynęło na późniejsze samopoczucie, dowartościowanie się, to nie. Było miłe, ale nic poza tym.

Zachował pan sobie ten wycinek z gazety?

Tak, mam go. Z tym związana jest taka historia, że kiedy zobaczyłem tę gazetę byliśmy na uniwersyteckich mistrzostwach Polski w Poznaniu. Wziąłem ją do ręki, a wtedy ktoś do mnie podszedł i powiedział, że mam tam całą swoją stronę. To było miłe. Na tych mistrzostwach uniwersyteckich też niektórzy zawodnicy mówili o mnie, że to ten gość z gazety.

To wydarzenie z pana życia łączy się z poprzednim sezonem w Czarnych Słupsk. Wtedy też Drew Brandon zanotował triple-double.

Tak, pamiętam jak na konferencji prasowej po meczu, w którym Drew zaliczył triple-double, powiedziałem, że cieszę się, że dołączył do tego zacnego grona, w którym ja już jestem. Ten mecz był chyba kolejnym spotkaniem po wspominanym już meczu z Asseco, bardzo ważnym dla nas, dla przetrwania Czarnych. W czasie meczu widziałem, że ociera się o triple-double. Dzięki pozycji, na której sam grałem mogłem przeczuwać rzeczy, które Drew mógł widzieć na boisku, a taktyka była dostosowana do jego gry.

W tym momencie zresztą też staramy się dostosować do niego, do rozgrywających, żeby dobrze funkcjonowali. Tak mi się wydaje, że odkąd jestem pierwszym trenerem, rozgrywający zawsze dobrze ze mną wyglądali.

Pamiętam jak Robert Skibniewski, gdy był w Szczecinie, w jednym meczu rzucił bodajże 31 punktów – rekord kariery. Później się śmialiśmy, że musiał zacząć ze mną pracować, żeby otworzyć się w ataku.

Rozgrywający zawsze byli u mnie ważni. Mam nadzieję, że moje doświadczenie zawodnicze pomaga im wyglądać jeszcze lepiej niż do tej pory. Być może dlatego tyle trwa selekcja nowego playmakera drużyny, chcę mieć stuprocentowe przekonanie.

To, co robił rozgrywający, wymagania wobec niego kilka lat temu, gdy pan był zawodnikiem, a obecnie, to to samo, czy są jednak widoczne różnice? Da się wprost przełożyć swoje doświadczenie na zawodników?

Można pomóc, ale wszystko, nie tylko koszykówka, także całe nasze życie, tak się rozwija, idzie do przodu w każdej dziedzinie. Mogę próbować pomóc, zrozumieć sytuację na parkiecie, ale teraz gra jest dużo szybsza.

Powiem szczerze, że jeśli znalazłem się kiedyś w takiej sytuacji na boisku, to wiem, jak ją rozwiązać i podpowiadam to moim rozgrywającym. Nie podpowiem jak się zachować na centrze, zagrać jakiś manewr. Byli zawodnicy, którzy są obecnie trenerami, a grali na pozycjach podkoszowych, pewnie mają więcej uwag na ten temat.




Wspomniał pan o Robercie Skibniewskim, który w Śląsku Wrocław jest obecnie grającym asystentem trenera. Pan również miał taką funkcję w Rosie, rozgrywając co prawda tylko kilka spotkań. Kim tak naprawdę jest grający asystent trenera? Czy to ktoś na wzór kapitana?

Gdy przyszedłem do Rosy Radom i trenerem był Piotr Ignatowicz, trenowałem z zespołem, ale później we dwójkę doszliśmy do wniosku, że lepiej skupić się już wyłącznie na byciu jego asystentem. Rozegrałem co prawda kilka spotkań, ale głównie ze względu na kontuzję Piotra Kardasia, obecnego prezesa Rosy. Wtedy nie było drugiego rozgrywającego, a nie było też sensu kontraktować kogoś nowego. Mogłem wtedy pomóc w grze.

Grający asystent, moim zdaniem, to osoba, która ma ludziom na boisku więcej do przekazania nie tylko jako kolega z drużyny. A propos „Skiby”, to podejrzewam, że to cel, który koniec końców osiągnie. Gdy był w moim zespole w Szczecinie też korzystałem z jego doświadczenia zawodniczego. Konsultowałem z nim dużo rzeczy, pytałem, co będzie najlepsze dla niego, najlepsze dla zespołu, pewne rzeczy wypracowywaliśmy wspólnie. Myślę, że dla niego powoli nadchodzi czas przejścia na stronę trenerską.

Tak z zupełnie innej beczki: podobno ma pan uprawnienia instruktora prawa jazdy?

Tak, mam te uprawnienia. Co prawda nieaktywne, bo co 3, albo 5 lat trzeba je uaktualniać, ale posiadam je. Gdy grałem w Szczecinie, po roku pobytu w Wielkiej Brytanii. kilku moich znajomych pracowało jako instruktorzy prawa jazdy. Żeby nie musieć znowu wyjeżdżać za pracą, także postanowiłem sobie zrobić kurs instruktora.

Później, dokładnie przez miesiąc i 10 dni, pracowałem jako instruktor prawa jazdy w Szczecinie. Nie żałuję tego, fajna praca. Bardzo lubię sprawy związane z psychologią, lubię pracę z ludźmi, wiem, że jest mi to przydatne w pracy trenerskiej. Ciekawie było obserwować zachowania ludzkie w różnych stresowych sytuacjach. Kolejne ciekawe doświadczenie życiowe. Człowiek musi w życiu spróbować różnych rzeczy.

To też jest tak, że kontrakt koszykarski dla zawodnika I, czy II Ligi nie zawsze pozwala na życie na nie wiadomo jakim poziomie. To często niewiele więcej niż średnia krajowa, a czas trwania umów to zazwyczaj 8-9 miesięcy. Ciężko odłożyć, żeby nie musieć nic robić przez pozostałą część roku. Oczywiście był jeszcze okres przygotowania do nowego sezonu, ale w kwietniu, czy maju, zamiast odpoczynku po sezonie, mogłem pracować jako instruktor prawa jazdy.

Zaczęliśmy od Koszalina, więc wróćmy do niego na koniec. Ma pan jakieś swoje osobiste cele na ten sezon?

Zmiana stylu gry drużyny i zmiana mentalności zawodników, których tu zastałem. Wiem, że to nie będzie łatwe, bo mamy grupę wyselekcjonowaną przez poprzednika i ograniczoną możliwość korekt w składzie. Trzeba być elastycznym, jak już wcześniej wspomniałem.

Utrzymać zespół Koszalina w ekstraklasie – to jest cel nadrzędny. Jak to się mówi: whatever it takes, za wszelką cenę. Chciałbym, żebyśmy grali koszykówkę szybką, miłą dla oka, skuteczną, ale najważniejsze to wygrać jeden mecz więcej, niż ostatni zespół w tabeli.

Piotr Alabrudziński, @PulsBasketu

WINTER SALE – trwa sezon niezwykłych cen w Sklepie Koszykarza! >>




POLECANE

tagi

NBA

12 lat po wyroku skazującym go na 15 miesięcy więzienia za udział w skandalu związanym z obstawianiem meczów, były arbiter NBA Tim Donaghy powróci do sędziowania. Jak to miało miejsce wiele razy w przeszłości, pomocną w dłoń w takiej sytuacji wyciągnął świat profesjonalnego wrestlingu.
23 / 10 / 2020 0:43
Kibice Toronto Raptors niedawno musieli pogodzić się z utratą tytułu mistrzów NBA, a tymczasem ich drużynie grozi kolejny cios. Zdaniem portalu „Yahoo Sports” istnieje bowiem możliwość, że w sezonie 2020/2021 nowym domem kanadyjskiego zespołu będzie amerykańskie Louisville.
22 / 10 / 2020 17:25
Stan Van Gundy został nowym trenerem New Orleans Pelicans. Drużyna, w której pierwszoplanową rolę ma w najbliższych latach odgrywać Zion Williamson, będzie czwartym w karierze zespołem tego 61-letniego szkoleniowca. Największe sukcesy odnosił na Florydzie.
22 / 10 / 2020 17:07

Zapisz się do newslettera

Bądź na bieżąco z wynikami i newsami
To był pokaz siły Los Angeles Lakers. Prowadzeni przez LeBrona Jamesa (28 punktów, 14 zbiórek, 10 asyst) zdominowali mecz numer 6 finałów i ograli Miami Heat 106:93. Wygrali finały 4:2 i zdobyli tym samym 17 tytuł w historii klubu.
12 / 10 / 2020 8:53
Los Angeles Lakers pokonali Miami Heat 102:96 i tylko jedna wygrana dzieli ich od zdobycia 17. tytułu w historii klubu. Najskuteczniejszy w zespole zwycięzców był Lebron James, który 20 ze swoich 28 punktów zdobył w drugiej połowie. Piąty i być może ostatni mecz serii finałowej zostanie rozegrany w nocy z piątku na sobotę.
7 / 10 / 2020 10:52
Władze Euroligi wycofały się niedawnej decyzji o nałożeniu walkowerów na zespoły ASVEL-u Villeurbanne i Zenitu Sankt Petersburg, w związku z brakiem możliwości u tych drużyn na wystawienie co najmniej 8-osobowego składu. Euroliga zmieniła również regulamin, jeżeli chodzi o postępowanie w związku z atakującym składy meczowe koronawirusem.
Aż 24 punkty zdobył Michał Michalak w swoim oficjalnym debiucie na niemieckich boiskach w barwach Syntainics MBC. Zespół Polaka pokonał Crailsheim Merlins 99:94, a mecz rozegrano w ramach Pucharu Niemiec, rozpoczętego w sobotę w zmienionej formule przed startem sezonu koszykarskiej Bundesligi.
Trwa tworzeniu planu na stworzenie ligi 3×3 już w czerwcu – w porannym programie w Polsat Sport zdradził prezes PZKosz, Radosław Piesiewicz. Przy braku sportu na żywo taka inicjatywa wydaje się być racjonalna i może przynieść wiele korzyści.
1 / 05 / 2020 11:53