Marek Zywert: Rzeczywistość jest brutalna

Share on facebook
Share on twitter

Miał pecha grać ostatnio w dwóch klubach PLK, które zbankrutowały. O tym, jak problemy organizacyjne i finansowe odbierane są przez samych koszykarzy – opowiada Marek Zywert, do niedawna zawodnik AZS-u Koszalin.

Marek Zywert (z piłką) i Paweł Kikowski / fot. K. Cichomski, King Szczecin

PZBUK – DOŁĄCZ DO GRY I ODBIERZ DARMOWY ZAKŁAD 50 ZŁOTYCH! >> 

Pamela Wrona: Jak wygląda koszykówka z perspektywy młodego, wciąż rozwijającego się zawodnika, który w karierze już tyle doświadczył?

Marek Zywert: Koszykówka jest piękna i okrutna. Nieprzewidywalna. I tak by można wymieniać. Po prostu jest naszym życiem, a w życiu, jak to ktoś powiedział: „piękne są tylko chwile”.

Co najbardziej psuje dyscyplinę? Brak profesjonalnego zarządzania klubami. Wirtualne budżety. Oczywiście są wyjątki. Ale obserwując to, co dzieje się w polskiej koszykówce klubowej, widać niestety bardzo często brak profesjonalizmu, transparentności, ciągłości jakiejś myśli przewodniej, prowizorkę, a przede wszystkim, co z punktu widzenia młodego zawodnika jest dość istotne – niedostateczne zainteresowanie części klubów szkoleniem przyszłych pokoleń koszykarzy lub wręcz brak takiego zainteresowania.

Możemy oczywiście powiedzieć, że zadaniem profesjonalnej ligi jest sprzedaż konkretnego produktu, pozostawić szkolenie związkowi, zbudować ligę w oparciu o zawodników zagranicznych. Tylko wydaje mi się, że, wbrew pozorom, dla polskiego kibica nie będzie to wcale tak interesujące. Ale to moje subiektywne zdanie. Podobno są mądrzejsi, a dyscyplina ma się dobrze, więc i tak nikogo ono specjalnie nie zainteresuje.

W dotychczasowej karierze miałeś wzloty i – dosłownie – upadki. Nie tylko przestały istnieć 2 kluby ekstraklasy, w których grałeś, ale także te mniejsze…

Nie ma koszykówki męskiej w Kormoranie Sieraków, nie istnieją Start Gdynia, Polonia 2011, AZS Politechnika Warszawa, Czarni Słupsk, AZS Koszalin.

W sumie to muszę spytać agenta, czy jest jeszcze klub, którego przedstawiciele nie krzyczą z przerażeniem: ”tylko nie Zywerta”?

Jak to wygląda od strony zawodnika? Źle. Bardzo źle. Kiedyś wydawało mi się, że „starzy” zawodnicy mają w tym przypadku lepiej. Są jakoś ustabilizowani życiowo i finansowo, może kiedyś odzyskają zarobione pieniądze, mają jeszcze za co żyć, pójdą gdzie indziej, a ja mam pecha, bo zostaję z niczym.

Jednak generalnie rzeczywistość jest bardziej brutalna. Są koledzy, którzy, tak jak ja, zostali oszukani przez kolejne kluby, stają przed pytaniem ”co dalej?”. Łapią następne okazje, często w niższej lidze, „bo tam chociaż płacą”, rozmieniają się, przestają rozwijać, stają się „wyrobnikami” na przeciętnym poziomie, mimo że uznawani byli kiedyś za talenty koszykarskie.

To jest pośredni efekt bankructwa klubów. Nie da się wyżywić rodziny nadziejami. Znam osoby, które nie mają już w ogóle aspiracji walki o miejsce w drużynie ekstraklasowej. Brutalnie pytają: „po co?”, „i co z tego masz?”, „ja sobie spokojnie tu gram, a ty jak nie kontuzja, to bankructwo”.

Nie podchodzę jeszcze w ten sposób, ale zaczynam rozumieć. To trudny temat, trochę tabu, o którym dopiero zaczyna się mówić. Może zmieni coś powstały ostatnio związek koszykarzy? Nie wiem…




Jak ostatnie chwile przed upadkiem wyglądały w Słupsku, a jak w Koszalinie?

W Słupsku problemy z terminowością były praktycznie od początku. Nie chcę wracać do postaci, o którą rozbijały się wszelkie próby kontaktu z „górą”, bo nie wiem, czy zakończyły się już działania prokuratorskie, a w końcu musiałem dwukrotnie składać w tej sprawie zeznania.

Dalej było tylko gorzej, a skończyło się oskarżeniem mnie (i nie tylko mnie) o sfałszowanie kontraktu. Wygrałem sprawę w BAT, a potem nakaz zapłaty w polskim sądzie. Ba. Jestem nawet zdaje się współwłaścicielem jakichś koszy czy innych band reklamowych, zajętych przez komornika, za których składowanie nadal trzeba płacić.

Wbrew temu, co można czasem przeczytać w mediach, wniosek klubu o upadłość został odrzucony przez sąd i nigdy nie trafił tam ponownie. Dopiero ostatnio ustanowiono kuratora dla spółki, co być może pozwoli wreszcie na sprzedaż zajętego majątku i odzyskanie części pieniędzy, pokrywających chociaż koszty postępowań.

W Koszalinie sytuacja była dość dobra do stycznia/lutego, kiedy spłacono pewne zaległości ze starego roku. Klub zalega mi trzy miesięczne pensje z ośmiu. Pomijam już drobny fakt, że nawet za rezonans po kontuzji zapłaciłem z własnej kieszeni.

Obecną sytuację w Koszalinie znam z mediów i kontaktu z kolegami. Pomimo monitów, a ostatnio również przedsądowych wezwań do zapłaty, nikt z zarządu klubu nie rozmawiał z nami na ten temat. Jak sądzę, wszystko zmierza w stronę wniosku o upadłość, a doniesienia o śledztwie pozwalają na domysły, że drugą część sezonu pracowaliśmy za darmo.

Między Słupskiem a Koszalinem, Twoją ostoją był pierwszoligowy Sokół Łańcut. Czego oczekiwałeś decydując się na AZS? Miałeś jakieś obawy?

Łańcut był miejscem wytchnienia i odbudowy. Pierwszy rok pozwolił na dojście do pełni formy, drugi wykorzystałem na udowodnienie, że mogę coś osiągnąć nie tylko na poziomie pierwszej ligi. Stąd naturalne wydawało się kontynuowanie przygody z koszykówką w ekstraklasie, sprawdzenie swoich możliwości, nauczenie się czegoś od lepszych.

Obawy oczywiście były, ale raczej pozasportowe. Po usłyszeniu po raz kolejny: „tylko nie Koszalin” zaczynasz się naprawdę poważnie zastanawiać… Jednak podjąłem decyzję i nie twierdzę wcale, że pod względem sportowym była ona zła. Od momentu przejęcia funkcji trenera przez Marka Łukomskiego moja rola w zespole rosła, czułem zaufanie i zaczynałem je coraz lepiej wykorzystywać na boisku, okrzepłem.

Gdyby nie pechowa kontuzja, mógłbym na pewno pomóc zespołowi w trudnych momentach, nie tylko zapełniając protokół meczowy i śledząc zmagania kolegów z miejsca na ławce.

Często słyszy się pytania: „po co zawodnik idzie do klubu, który ma zaległości lub jest źle zorganizowany?”. Jak się do tego odniesiesz?

No cóż. Odpowiedź może wynikać z pewnego rozgoryczenia, ale nie sądzę, żebym mijał się z prawdą. Po prostu nie wszyscy chętni zawodnicy zmieszczą się w składzie tych kilku klubów, które są dobrze zorganizowane, transparentne i nie mają żadnych zaległości.

Jak Wy, zawodnicy, reagowaliście na komentarze ze strony kibiców?

Komentarze kibiców są nieodłącznym elementem tego zawodu. Trzeba się nauczyć z nimi żyć. Jeśli chodzi o media społecznościowe, można polemizować i się tłumaczyć, albo zlikwidować konto (śmiech). Na pewno nie można nimi żyć, choć często kibice mają sporo racji. Taka dodatkowa presja. Trzeba ją przekuć wewnętrznie w pozytywy – ma mobilizować.

Oczywiście zdarza się prymitywny hejt, jak to w życiu, ale nie można dać się zwariować, to jednak marginalne zjawisko. Tym bardziej, że często te komentarze są także pozytywne i wspierające. Koszykówka istnieje, dopóki są chętni, żeby ją oglądać. Im więcej pozytywnych relacji z kibicami, tym lepsza mobilizacja na boisku.




Niestety, w AZS Koszalin ponownie zerwałeś więzadła…

Kontuzja nastąpiła praktycznie miesiąc przed końcem sezonu. Niczego nie zmieniła w moim kontrakcie, a więc teoretycznie nie miała wpływu na relacje z klubem. Oczywiście, wpłynęła na psychikę, spowodowała przez chwilę jakieś depresyjne myśli. Ale to taki chwilowy dołek każdego zawodnika w przypadku cięższej kontuzji. W końcu już to kiedyś przerabiałem.

Mentalnie było nawet łatwiej. Dostałem wiele słów wsparcia od kolegów, trenera, a co dla mnie bardzo cenne, także od doświadczonych zawodników z innych drużyn. Bardzo im za nie dziękuję. W kontekście problemów klubu nie miało to znaczenia poza tym, że nie mogłem się przydać trenerowi i kolegom z drużyny na boisku.

Mimo młodego wieku trochę już w tej koszykówce przeszedłem, zarówno jeśli chodzi o kluby, kadry młodzieżowe, doświadczenia życiowe, jak i kontuzje. Podobno: „co nie zabije, to wzmocni” i osobiście uważam, że jest w tym wiele racji. Zawód sportowca w ogóle wymaga jednak twardej psychiki, odporności na stres i przeciwności losu, kształtuje charakter, uczy wewnętrznej dyscypliny.

Jeśli od wczesnego dzieciństwa jest się poddanym jakiemuś reżimowi treningowemu, wymagającemu obowiązkowości, wychodzi się z domu „w świat” w wieku 15 lat, to dojrzewanie jest chyba dość szybkie (śmiech). Jeśli ktoś jest nieodporny psychicznie, nie da sobie rady. Prawdę mówiąc spotkałem bardzo niewielu zawodników, dla których kontuzja czy problemy z klubem byłyby na tyle dołujące, żeby zrezygnował ze sportu. Raczej podnosimy się, otrzepujemy i idziemy dalej silniejsi.

Co zawodnik może zrobić w takiej sytuacji?

W przypadku kontuzji – zaciąć zęby, przygotować się na długą, żmudną pracę i wziąć do roboty. Oczywiście, o ile ogarnie się solidną opiekę lekarską, ewentualną operację i pomoc w rehabilitacji. Nie z NFZ (śmiech). A więc nie w takiej sytuacji, a przed nią – solidne ubezpieczenie.

W przypadku upadku klubu… Nastroić się psychicznie na długoletnią walkę prawną o swoje (z dość niewielkimi szansami na zwycięstwo), no i poświęcić na to nie tylko nerwy i czas, ale też kolejne środki. Żeby się przed taką sytuacją zabezpieczyć? Niewiele.

Choć czasem zastanawiam się, dlaczego nie robimy tak, że rankiem, po dniu, w którym mija ustalony umową termin zapłaty wynagrodzenia, nie zostajemy w domu i nie piszemy pisemka zrywającego umowę? Bo koledzy, bo kibice, bo trener, bo może zapłacą, bo kiedyś na pewno, bo walka, bo honor, bo „no i gdzie pójdę”?

Dlaczego nie mówimy głośno i wyraźnie: „nie”? No i dlaczego, słynny mechanizm weryfikacji jakoś w przeciągu chociażby ostatnich 3 lat nie zapobiegł okradzeniu z wynagrodzeń zawodników Czarnych, Turowa, a teraz AZS-u?

A więc, co może zawodnik? Zawodnik może zadać sobie i innym te pytania.

Od czego Twoim zdaniem powinny zacząć się zmiany?

Od tego, bym został prezesem ligi lub związku (śmiech). Bo wtedy mógłbym mieć na to jakikolwiek wpływ. A tak na poważnie? Marzy mi się moment, w którym wszystkie kluby, wzorem na przykład Torunia, rok w rok publikują oficjalnie pełne sprawozdania finansowe ze swojej działalności.

Marzy mi się też, że doczekam czasu, w którym, tak jak dziś w siatkówce, w tym samym czasie kadra C będzie wygrywać mecze z wicemistrzem świata w Lidze Narodów, B spokojnie pojedzie na Uniwersjadę, a trzon kadry A jeszcze spokojniej potrenuje sobie w ramach przygotowań do ważnych eliminacji. Jak to osiągnąć? Może czas podejrzeć, jak to zrobili inni?

Co dalej z Tobą? Czy z racji ostatnich przejść chcesz odpocząć od koszykówki?

Od koszykówki nie da się tak całkiem odpocząć, jeżeli stanowiła prawie całe dotychczasowe życie. Oczywiście w tej chwili jestem skoncentrowany głównie na rehabilitacji, która przebiega bardzo dobrze, ale wymaga to jeszcze kilku miesięcy, żebym mógł powiedzieć, że fizycznie i psychicznie jestem całkiem gotowy do powrotu na boisko. Czy, kiedy i gdzie taki powrót nastąpi, nie jestem w stanie na dziś zadeklarować.

Mam propozycje takiego powrotu, zarówno na poziomie pierwszej, jak i nawet drugiej ligi, natomiast nie wiem, czy na pewno chcę to zrobić. Od 15.roku życia zmieniam miejsce zamieszkania praktycznie co roku, sytuacja z Czarnymi Słupsk i AZS Koszalin spowodowała, że na razie koncentruję się po prostu na zdobyciu środków do życia.

Mam 23 lata, zero oszczędności, pomieszkuję u rodziców (śmiech) i dorabiam na codzienne wydatki. Nie, nie twierdzę, że koszykówka zmarnowała mi życie – ale poświęcenie się sportowi i moja skłonność (jak niektórzy twierdzą) do przynoszenia pecha finansowego kolejnym klubom, sprawiają, że muszę pomyśleć w szerszym kontekście także o swoim życiu prywatnym i ustalić priorytety.

Jeżeli uda mi się je pogodzić, być może jeszcze zobaczymy się na boisku. Dziś niczego nie przesądzam.

Pamela Wrona, @Pamela_Wrona