Mateusz Ponitka: Gwiazdy wiedzą, kim jestem

Share on facebook
Share on twitter

Skrzydłowy reprezentacji Polski nie zwalnia – w silnej lidze tureckiej błyszczy w swoim stylu, gra dobrze i efektownie, a kibice go cenią. Wybrali go do niedzielnego Meczu Gwiazd, w którym Polak zdobył 7 punktów. Zrobił kolejny krok w stronę europejskiej czołówki.

Mateusz Ponitka (Fot. Andrzej Romański/PZKosz)
Mateusz Ponitka (Fot. Andrzej Romański/PZKosz)

Znasz się na koszu? – wygrywaj w zakładach! >> 

W debiutanckim sezonie w Pinarze Karsiyaka Mateusz Ponitka w 14 meczach zdobywał na razie po 13,9 punktu, ma po 5,6 zbiórki oraz 2,7 asysty. W Lidze Mistrzów ma po 9,4 punktu, 4,8 zbiórki i 1,8 asysty w 12 spotkaniach.

Ostatnio Polak został doceniony przez kibiców, którzy wybrali go do Meczu Gwiazd – Ponitka zagrał w drużynie Azji, zdobył 7 punktów. Już teraz widać, że decyzja o transferze do średniaka mocnej ligi tureckiej, była dobra.

Łukasz Cegliński: Sześć lat temu, po kilku meczach twojego debiutanckiego sezonu w PLK, spytałem cię, jak się gra w ekstraklasie. Powiedziałeś: „Spodziewałem się, że będzie mi dużo trudniej”. A jak się gra w Turcji?

Mateusz Ponitka: – Pamiętam tamten wywiad, byłem młodym gościem, powiedziałem, co powiedziałem. Teraz jestem starszy, dużo bardziej doświadczony, lepiej rozumiem koszykówkę. Przeskok z Polski do Turcji był bardzo duży, ale ja przyjechałem tutaj z nastawieniem, że czeka mnie duże wyzwanie, by wejść na wyższy poziom i myślę, że daję radę.

Jesteś zadowolony ze swojej formy i tego, co pokazujesz na boisku?

– Zawsze można powiedzieć, że mogłoby być lepiej, ale ja wiem, w jakim momencie kariery jestem i co jest dla mnie najważniejsze. W każdym meczu dostaję po 25-35 minut i staram się je wykorzystywać jak najlepiej. Jestem zadowolony, bo jest tak, jak miało być – gdy przed sezonem rozmawiałem z moim agentem, a potem trenerem Nenadem Markoviciem o swojej roli w zespole, to słyszałem o tym, że mam grać. No i gram, staram się jak najlepiej.

A z roli jesteś zadowolony? Czujesz, że jesteś jednym z liderów, że ciężar gry na tobie spoczywa?

– Z tym jest różnie – w jednych meczach trener ufa mi bardziej i ustawia grę dla mnie, w innych ten ciężar biorą inni gracze. Ale generalnie tak – czuję, że jestem odpowiedzialny za grę drużyny, za wyniki. I nie ma znaczenia, że czasem zdobędę 20 punktów, a czasem 10. Chcę grać wszechstronnie, zawsze staram się znaleźć coś, w czym mogę pomóc drużynie – czasem są to punkty, czasem zbiórki, asysty, przechwyty, obrona. Myślę, że biorąc to wszystko pod uwagę, jestem w gronie najważniejszych koszykarzy zespołu.

W wygranym meczu z z Muratbey Usak miałeś 24 punkty, 12 zbiórek i 5 asyst – to twój najlepszy dotychczasowy mecz w karierze?

– Zupełnie się nad tym nie zastanawiam. Mam nadzieję, że przede mną jeszcze wiele lat gry na dobrym poziomie, nie koncentruję się na pojedynczych udanych meczach. W tym spotkaniu akurat najważniejsze było dla mnie to, że wygraliśmy, bo to bardzo nam pomogło w awansie do turnieju o Puchar Turcji, który odbędzie się w lutym. To liczyło się bardziej niż 24 punkty. Ich mogło być 15, bylebyśmy wygrali.

W twoim debiutanckim sezonie w PLK, 2011/12, kibice wybrali cię do Meczu Gwiazd, dostałeś największą liczbę głosów. Teraz docenili cię fani w Turcji. Jak myślisz – dlaczego fani tak cię lubią i cenią?

– Najlepiej zapytać kibiców, ale jeśli pytasz mnie, to wydaje mi się, że za tę energię, którą staram się wnosić, którą wnoszę na parkiet. Ja zawsze grałem i gram na 100 proc., w każdą akcję wkładam wszystko – czy to jest rzut, kontra, dobitka czy rzucenie się na parkiet po piłkę. Super, że doceniali to kibice w Polsce, super, że widzą to fani w Turcji. Każdemu z nich jestem wdzięczny za wsparcie.

Wasi fani z Izmiru to ponoć wyjątkowa grupa, jeśli chodzi o kibicowanie.

– Tak, są świetni. Potrafią zrobić ogromny kocioł, gdy gramy u siebie, czasem nie słyszysz własnych myśli. Ale to dobrze, czujemy ich wsparcie, a rywalom gra się trudniej. Tylko ostatnio był kłopot, mieliśmy mecz przy pustych trybunach, mój pierwszy w życiu. Wszystko dlatego, że na meczu z Galatasaray, który dla Pinaru Karsiyaka jest rywalizacją wyjątkową, kibice rzucali jakieś przedmioty, spotkanie było przerywane. Klub dostał karę.

Ale nasi fani pojawiają się także na wyjazdach – nie tylko w Turcji, gdzie odległości są spore, ale nawet w Europie. Nawet grając w Rosji w Lidze Mistrzów mieliśmy wsparcie grupki naszych kibiców.

Jaki był ten Mecz Gwiazd w Stambule?

– Wielka sprawa. Mieliśmy zorganizowany przelot z Izmiru do Stambułu, zakwaterowanie zapewniono w hotelu tuż przy hali Fenerbahce – generalnie w lidze tureckiej te rzeczy, przejazdy, hotele, cała logistyka, są na najwyższym poziomie.

W niedzielę show zorganizowano na najwyższym poziomie, cała impreza była bardzo długa i rozbudowana. Zaczęło się chyba już o 13, najpierw były konkursy – coś na wzór Skills Challenge z NBA, ale tylko dla młodych tureckich graczy, a potem trójki i wsady, na koniec mecz Europa – Azja. W trakcie – występy tureckich artystów, konkursy i atrakcje dla kibiców. Na trybunach siedziało ponad 10 tys. ludzi, świetna impreza. A dla mnie fajne przeżycie.

W szatni, na boisku, spotkałeś się z europejską czołówką, gwiazdami Euroligi. To było dla ciebie coś wyjątkowego, czy jednak już chleb powszedni?

– To był mój pierwszy Mecz Gwiazd poza Polską i powiem szczerze, że znalezienie się w takim gronie było dużym przeżyciem. Jak się dowiedziałem, że zostałem wybrany do tego meczu przez kibiców, to najpierw nie mogłem uwierzyć, a potem nie mogłem zasnąć.

W samym Stambule okazało się, że te wszystkie gwiazdy nie chodzą z zadartą głową i nie jest tak, że nie wiedzą, kim jesteś. Odwrotnie – rozpoznają cię, kojarzą, rozmawiają. Pytają: „Jak ci się gra w Turcji?, „Co tam w Pinarze?”, „Czy jedziesz na EuroBasket?” itp. To fajne, miłe doświadczenia, bo kilku z tych zawodników wciąż oglądam w telewizji, gdy grają w Eurolidze.

W szatni miałem miejsce obok Kostasa Sloukasa, dalej siedział Bogdan Bogdanović, z którym mam dobry kontakt, bo poznaliśmy się na mistrzostwach Europy juniorów na Litwie. Potem siedzieli Ekpe Udoh, a dalej Julian Wright, który został MVP, a ja też z nim sobie pogadałem. Można było złapać fajne kontakty, poznać tych ludzi i środowisko. A przecież 70-80 proc. z tych graczy miało styczność z NBA.

W Pinarze Karsiyaka w drużynie jest pięciu Amerykanów, sześciu Turków i Mateusz Ponitka.

– No ciekawie się złożyło, ja jestem gdzieś pośrodku. Staram się mieć dobry kontakt z każdym i to się udaje. Oczywiście Amerykanie trzymają się ze sobą, to naturalne, że lepiej się czują w swojej grupie. Generalnie w drużynie wszystko gra tak, jak powinno.

Pod koniec pierwszej rundy w lidze tureckiej macie bilans 8-6, jesteście na szóstym miejscu w tabeli. Jak ten wynik jest oceniany?

– W porządku. Mogło być lepiej, moim zdaniem mieliśmy dwa mecze, które powinniśmy wygrać i poprawić swoją sytuację, walczyć o pierwszą piątkę. Nie udało się, że przed nami druga runda, możemy poprawić bilans. Na pewno osiągnęliśmy cel minimum, czyli awansowaliśmy do finału Pucharu Turcji.

W Lidze Mistrzów mamy bilans 7-5 i jest podobnie – przegraliśmy dwa mecze, które powinniśmy wygrać. Szkoda, straciliśmy cenne punkty, ale wciąż mamy szanse na awans do kolejnej fazy, wszystko przed nami. Generalnie wyniki nie są złe.

Turcja, niestety, kojarzy się ostatnio z zamachami i zagrożeniem terrorystycznym. Odczuwasz to?

– Nie tak bardzo. O tym, co się dzieje, dowiaduję się z mediów, ale na co dzień – niekoniecznie. Z drugiej strony poruszam się znanymi, bezpiecznymi szlakami – mieszkamy z rodziną w nowoczesnej części Izmiru, by dojść na halę, muszę przejść przez ulicę, niedaleko domu mam centra handlowe. Czujemy się bezpiecznie.

Tak naprawdę to właśnie dopiero podczas wyjazdu na zakupy czy na mecze, widać wzmożone środki bezpieczeństwa. W centrum handlowym są bardzo częste kontrole, bramki do wykrywania metalu, każdy samochód jest sprawdzany.

Nie zapędzam się w mniej znane zakątki Izmiru, gdzie ostatnio policjant udaremnił większy zamach zabijając dwóch terrorystów i stracił przy tym życie. Ale to była właściwie jedyna groźna sytuacja, do której doszło w Izmirze. Zresztą ja dowiedziałem się o nim od znajomych z Polski, którzy pytali, czy wszystko u mnie w porządku.

Jak ci się podoba grupa EuroBasketu – Grecja, Francja, Finlandia, Słowenia i Islandia?

– Fajna grupa, duże wyzwanie. Wszystkie zespołu są silne, a my chcemy z nim walczyć, by pokazać, że idziemy w dobrym kierunku, że robimy postępy. Pierwszy mecz ze Słowenią będzie szalenie ważny – tak, jak spotkanie z Bośnią i Hercegowiną na poprzednim EuroBaskecie. Do rywali trzeba podchodzić krok po kroku, a jeśli będziemy walczyć i wierzyć w sukces, to będzie dobrze. Mam nadzieję, że ja swoją grą i walką się do tego przysłużę.

NBA, Euroliga, PLK – typuj wyniki i wygrywaj >>

POLECANE

Zespół z Gdyni, licząc PLK i EuroCup, przegrał 5 meczów z rzędu, a w ostatnich 4 nie zdobył nawet 70 punktów. Brak drugiego rozgrywającego mocno się teraz odbija na zmęczeniu i grze pozostałych zawodników, jednak – naszym zdaniem – decyzja o zatrudnieniu Armaniego Moore’a ma sens.

tagi