• Home
  • NBA
  • Metta World Peace – niezły był z niego gagatek!

Metta World Peace – niezły był z niego gagatek!

Share on facebook
Share on twitter

Efektownie pożegnał się z Lakers i najprawdopodobniej także z NBA. Ron Artest był jednym z najbarwniejszych koszykarzy ostatnich kilkunastu lat.

Metta World Peace (fot. wikimedia)

Kolekcja zegarków NBA – Tissot w szczytowej formie! >>

Choć sam Metta World Peace twierdzi, że chciałby jeszcze trochę w kosza pograć, wiele wskazuje na to, że chętnych na jego usługi zabraknie. Przynajmniej w charakterze zawodnika.

W ostatnim meczu rozegranym w sezonie regularnym 2016/17 przez Lakers we własnej hali Metta World Peace okazał się bohaterem wieczoru. Rzucił najwięcej punktów na boisku i pobił swój rekord sezonu.

Trafił 7 z 17 rzutów z gry, dzięki czemu uzbierał 18 oczek – wszystkie zdobył w drugiej połowie, z czego aż 11 w ostatniej kwarcie. Dołożył także 4 zbiórki, asystę oraz 4 przechwyty i poprowadził ekipę z Kalifornii do całkiem zbędnego zwycięstwa.

– On idzie po 62 punkty! – żartował obserwujący kolegę zza linii bocznej Nick Young, nawiązując do pożegnalnego meczu Kobego Bryanta, który zdobył wówczas aż 60 oczek. – I 50 rzutów! – dodał Jordan Clarkson.

Sam World Peace tylko się zaśmiał, prosząc dziennikarzy, aby nie brali tego na poważnie. Sądząc po jego wypowiedziach, w głębi serca miał chyba jeszcze nadzieję, że ich aluzje nie okażą się prorocze. Nie chciał, aby jego popis traktować w kategoriach pożegnania, choć z podobnego założenia zdawali się we wtorek wychodzić także fani, którzy ostentacyjnie dziękowali skrzydłowemu za lata poświęceń dla ich drużyny.

Już dwa dni później wszystko było jasne. 37-letni koszykarz wyszedł z podsumowującego sezon spotkania z działaczami i po przejściu do sali konferencyjnej w klubowym kompleksie treningowym w El Segundo poinformował, że Lakers nie zamierzają sprowadzać go z powrotem na rozgrywki 2017/18. Przynajmniej nie w roli zawodnika…

Metta World Peace aka Ron Artest aka The Panda’s Friend aka Ron Ron – już sama mnogość nazwisk tudzież pseudonimów, jakich możemy wobec niego używać, wskazuje na to, jak nietuzinkową był postacią – czasem irytującą, czasem zabawną, a czasem niezwykle ekscytującą. W ludziach potrafił wzbudzić najróżniejsze emocje. Wiele można mu zarzucić, ale na pewno nie można się było z nim nudzić.

Zapamiętany najprawdopodobniej zostanie głównie jako pomagier Kobego i boiskowy zawadiaka. Do dziś największym obok mistrzostwa NBA z 2010 roku wydarzeniem z jego kariery pozostaje przecież pierwszoplanowa rola w najsłynniejszej zadymie, do której doszło w listopadzie 2004 roku w Detroit i którą media nazwały potem „The Malice at the Palace”.

To oczywiście ten najbardziej ekstremalny przykład nadpobudliwości World Peace’a. Przez 17 lat kariery objawiała się ona jednak także poprzez mniejsze incydenty. W niedawnym podcaście Chrisa Broussarda „In The Zone” wspominał na przykład spontaniczny pojedynek z Michaelem Jordanem, do którego doszło w 2001 roku i który „His Airness” kończył z połamanymi żebrami.

Później na pieńku miewał także ze swoimi przyszłymi kolegami. Zanim bowiem pomógł Kobemu Bryantowi i Pau Gasolowi w wywalczeniu ich drugiego wspólnego tytułu, w 2009 roku spotkał się z nimi w półfinałach konferencji jako zawodnik Houston Rockets.

W obliczu kontuzji Tracy’ego McGrady’ego jego zespół nie zdołał awansować dalej, ale w konfrontacji z przyszłymi mistrzami doprowadził do emocjonującej 7-meczowej serii, a gwiazdorski duet z Los Angeles kilkakrotnie na własnej skórze odczuł moc charakteru Rona Artesta. Choć taki Black Mamba naturalnie wcale nie pozostawał dłużny.

Nawet po zmianie nazwiska na „Światowy Pokój” zdarzały mu się pojedyncze, choć pewnie z racji wieku coraz rzadsze wyskoki. Jak ten z kwietnia 2012 roku, kiedy w brutalny sposób łokciem nokautował grającego wówczas jeszcze w Thunder Jamesa Hardena.

Nigdy do końca nie zerwał z takim stylem gry. Sam we wspomnianym programie Broussarda przyznaje, że gdy ktoś rzuca mu zbyt wiele punktów, mimowolnie załącza się w nim tzw. „tryb uliczny”. Zresztą wspólnie z Kobem dużo fizyczności i bezkompromisowej rywalizacji wprowadzać miał także nawet podczas treningów w Lakers.

Nazwisko Metta World Peace kojarzy się różnie, ale poza wybuchowym charakterem miał oczywiście również wiele pozytywnych cech stricte sportowych. Przez 17 lat spędzonych na parkietach najlepszej ligi globu utrzymał średnie na poziomie 15 punktów, 5,1 zbiórki, 3 asyst i 2 przechwytów. W 2004 roku otrzymał nawet nagrodę dla najlepszego obrońcy sezonu oraz zaliczył swój jedyny występ w Meczu Gwiazd.

Do Lakers jako zawodnik nie wróci, ale gdy już zdecyduje się oficjalnie zawiesić buty na kołku, zarówno nowy GM Rob Pelinka, jak i trener Luke Walton widzą dla niego miejsce przy sztabie szkoleniowym. Sam MWP twierdzi, że chciałby jeszcze pograć, jednak podpytywany przez dziennikarzy dodaje, że nie w smak mu kolejny wyjazd za granicę (przez chwilę grał we Włoszech i w Chinach). Wygląda więc na to, że sezon 2016/17 rzeczywiście był w jego przypadku tym ostatnim.

Mateusz Orlicki

Kolekcja zegarków NBA – Tissot w szczytowej formie! >>