Michał Michalak: Doświadczenie daje przewagę

Share on facebook
Share on twitter

O realiach życia w Hiszpanii, kontaktach z innymi Polakami w ACB i nauce od Gary’ego Neala – Michał Michalak opowiada o swoim roku w Tecnyconta Saragossa.

Michał Michalak (fot. Tecnyconta Saragossa)

To są buty LeBrona Jamesa – możesz w nich zagrać! >> 

Piotr Alabrudziński: Jaka jest pierwsza myśl, która pojawia się u Pana, gdy słyszy słowo Hiszpania, albo Saragossa?

Michał Michalak: Dobre doświadczenie. To na pewno. Z Hiszpanią kojarzy mi się też oczywiście słońce, fajny klimat do życia i dobra liga koszykówki.

Idąc tym pierwszym tropem: dobre doświadczenie. Czym przekonał Pana trener Jota Cuspinera do gry w swojej drużynie?

Jeśli chodzi o przyjście do Hiszpanii i grę tam przekonała mnie sama renoma ligi. Poniekąd od początku kariery to było moim celem: wyjechać do lepszej zagranicznej ligi, spróbować swoich sił, żeby móc się rozwijać na wyższym poziomie.

Jeśli chodzi o drużynę Saragossy, to oni na początku lata budowali zespół od nowa po poprzednim nieudanym sezonie, kiedy pomimo mocnego personalnie składu i wyższego budżetu wywalczyli jedynie utrzymanie w lidze. To była dla mnie duża szansa, do tego układ, w który wchodziłem, podpisując kontrakt, dawał mi dużą szansę, miejsce w rotacji, minuty. Wyglądało to optymistycznie.

Właśnie o to pytam, bo bardzo często w kontekście gry w Saragossie pojawia się stwierdzenia, że początkowo miał Pan mieć inną rolę w zespole, a potem przyszedł Gary Neal i to musiało się zmienić. Jaka była ta początkowa rola? Padły jakieś konkrety?

Z reguły składy hiszpańskich drużyn są szerokie, wyrównane 10-, 12 -osobowe, jest duży poziom rywalizacji. Tak na początku funkcjonowaliśmy. Przy takim szerokim składzie gra się po 20, 25 minut i w takiej sytuacji byłem przed sezonem. Miałem swoje minuty, swoje rzuty i faktycznie dobrze się grało, mogłem się wykazać.

Potem sytuacja się zmieniła. Zarząd uznał, że potrzebujemy zmian. Jeden z zawodników, Amerykanin, został zwolniony w trakcie meczów przedsezonowych. Zastąpił go właśnie Gary i nasza taktyka, całokształt gry się zmienił, został podporządkowany praktycznie całościowo pod jednego lidera. Dlatego też z biegiem czasu wyglądało to inaczej.




Grając w Polsce, reprezentując pewien poziom, można być spokojnym o minuty. Sam Pan kiedyś powiedział, że przepis o 2 PL jest dużym plusem, bo daje możliwość rozwoju krajowym koszykarzom. Podtrzymuje to Pan? Wydaje się, że grając w Polsce dobrze wykorzystał Pan swoją szansę w każdym z klubów.

Zostało odbytych już wiele dyskusji na ten temat i jak to często bywa zdania w środowisku są podzielone. Przepis funkcjonuje w Polsce od dłuższego czasu i rzeczywiście daje Polskim graczom możliwość gry. Faktem jest, że przez całą moją karierę w PLK przepis ten obowiązuje. Jako nastolatek miałem szansę na grę, dostawałem możliwość rozwoju. Przez pierwsze lata, w Sopocie, moja rola rosła z roku na rok, dostawałem coraz większą odpowiedzialność. Trefl zresztą do tej pory jest klubem, który stawia na młodych, polskich zawodników i daje im szansę na grę w PLK.

Kilka sezonów gry w polskiej lidze zaowocowało wyjazdem do Hiszpanii, kwestią do oceny pozostaje, jak duży udział w tym miał przepis o dwóch Polakach? Na pewno, w jakiś sposób, gwarantuje on przebywanie Polaków na boisku, ale przecież sama obecność to nie wszystko. Aby iść do przodu, trzeba mieć też jakąś rolę, odpowiedzialność, możliwość wykazania się pod presją.

Są drużyny, w których, oczywiście w uproszczeniu, całą grę robią obcokrajowcy, podczas gdy Polacy biegają trochę z boku. Dobrym pytaniem jest ,w którym kierunku poszłaby budowa drużyn i jak wyglądałaby rola polskich zawodników w przypadku liberalizacji przepisów. Można próbować ocenić ten proces na przykładzie niektórych lig europejskich, chociażby nasz ostatni mecz z Avellino pokazuje jak “włoska” była to drużyna.

A co z grą w lidze, która “nie broni”, nie zapewnia minut? Myśli Pan, że to hamuje niektórych zawodników przed wyjazdem za granicę?

Wydaje mi się, że to takie hamujące myślenie, gdyż w ten sposób człowiek ogranicza swój rozwój. Wyjechałem właśnie dlatego, że chciałem spróbować gry w lepszej lidze, na innym poziomie. Teraz, kiedy wróciłem do Polski po sezonie w Hiszpanii, da się odczuć różnicę. Nie oszukujmy się, pewnego poziomu się nie przeskoczy grając tylko w naszej rodzimej lidze.

Oczywiście, wyjazd jest wyzwaniem, inaczej wygląda bycie obcokrajowcem w zagranicznej lidze. Cieszę się że miałem możliwość nabrania doświadczenia w Hiszpanii. Wiele nauczyłem się przez ostatni rok i będę pracował na to, żeby to nie było ostatnia taka przygoda.

Co Pana zdaniem najwyraźniej potwierdza poziom Ligi ACB? Gdzie widać największą różnicę?

Myślę, że intensywność gry, która jest na bardzo wysokim poziomie. To z kolei powoduje, że drużyny mają szerokie i wyrównane składy, w których zawodnicy grają po 20, 25 minut. Jednocześnie przekrojowo zawodnicy dysponują lepszymi warunkami fizycznymi, atletyzmem, umiejętnościami technicznymi. Duże tempo gry, szybkie decyzje. To różnice, które widać gołym okiem i które są odczuwalne na boisku.

Poza tym, na co dzień rywalizujesz z najlepszymi zawodnikami w Europie, a poziom ligi jest na tyle wyrównany, że ciągle zdarzają się jakieś niespodzianki, gdyż te słabsze drużyny chcą udowodnić swoją wartość.

Co z funkcjonowaniem drużyny, organizacją, infrastrukturą? Czy treningi różnią się jakoś znacząco o tych w Polsce?

Jeśli chodzi o kwestie treningowe, to nie ma wielkich różnic. Mogę porównać obecny sezon z poprzednim. Wiadomo, tam może trenuje się intensywniej ze względu na to, że drużyny mają szerokie składy i rywalizacja o minuty wewnątrz zespołu jest duża, ale jeśli chodzi o ćwiczenia, to wygląda podobnie. U trenera Milicica stoi to na wysokim poziomie i tutaj nie odbiegamy od Hiszpanii.

Jeśli zaś chodzi o same kwestie organizacyjne, ligowe, czy klubowe, to Saragossa stała na wysokim poziomie. Na każdym kroku, jako obcokrajowiec, mogłem liczyć na pomoc ze strony klubu. Dodajmy do tego chociażby kwestie medyczne, gdzie w pokoju obok szatni mieliśmy USG, więc cokolwiek było potrzebne od razu fizjoterapeuta szedł i sprawdzał, co się dzieje.

Kibice wypełniają hale, koszykówka jest bardzo popularna. Na mecze naszej drużyny przychodziło średnio 8-9 tys. ludzi. To robi wrażenie. Podobnie jak wyjazdy na mecz, na które często jeździliśmy pociągami. Wyjazd do Barcelony, 300 km, trwał godzinę i 20 minut. Do Malagi, 800 km, 3 godziny z kawałkiem. To są takie małe rzeczy, które, jak to się mówi, robią różnicę (uśmiech).




Nie miał Pan problemu z aklimatyzacją w zespole? Pierwszy raz – nie licząc występu w lidze włoskiej – miał Pan okazję doświadczyć tego, jak to jest być obcokrajowcem w lidze.

Jeśli o to chodzi, to nie było żadnych problemów, bo wyjechałam razem z rodziną. Świetnie sobie tam na miejscu radziliśmy. Postanowiłem też szybko nauczyć się hiszpańskiego, żeby łatwiej było w życiu codziennym, ale też w drużynie. Byliśmy dobrze traktowani, mogliśmy liczyć na pomoc klubu w każdym przypadku, więc wszystko było ok.

Chciałbym teraz wrócić do relacji z niektórymi graczami. Na początek wspomniany już Gary Neal, gracz z przeszłością w NBA, który został królem strzelców ACB. To chyba najlepszy zawodnik, z którym grał Pan w jednej drużynie. Czego można się było od niego nauczyć?

Niewątpliwie to najlepszy zawodnik, z którym miałem okazję grać do tej pory. Zrobił na mnie olbrzymie wrażenie nie tylko jako koszykarz, ale też jako człowiek. Treningowo miałem dużo okazji do tego, żeby podpatrywać jego zachowania i sposób gry. On sam jako weteran też podpowiadał mi, co można poprawić. Do tej pory mam z nim kontakt.

Czysto boiskowo, wydaje mi się, że cały sezon podpatrywania jego gry dużo mi dał, bo jest nie tylko świetnym strzelcem, ale też typowym scorerem. Na boisku ma instynkt killera: wchodził i zdobywał punkty, był ciągle w trybie ataku, robiąc tak naprawdę proste rzeczy.

Był skuteczny, nie robił zbędnych ruchów, atakował, zmieniał tempo, przytrzymał sobie zawodnika, wymusił faule, zdobył łatwe punkty i tak krok po kroku wyszło, że miał średnio po 20 punktów na mecz. Potrafił brać na siebie odpowiedzialność w najważniejszych momentach, więc drużyna mogła zawsze na niego liczyć. Na pewno jest to cenna lekcja, granie z takim zawodnikiem w jednej drużynie.

Wie Pan, że poniekąd podzielił los jednego z zeszłorocznych kolegów z drużyny? Mam na myśli… Janisa Blumsa, który – podobnie jak Pan – występował w Anwilu Włocławek, a żeby było zabawniej, trafił do niego również po zdobyciu przez klub mistrzostwa Polski. Kontaktował się Pan może z nim po podpisaniu kontraktu we Włocławku?

Generalnie z Janisem można powiedzieć, że byliśmy najlepszymi kumplami w Saragossie, ponieważ byliśmy razem w pokoju przez cały sezon i utrzymywaliśmy często kontakt poza boiskiem. W sumie do tej pory jesteśmy w stałym kontakcie, ostatnio jak byliśmy na Łotwie też rozmawialiśmy po meczu z Ventspils. Teraz gra w Rosji, w Parmie w VTB, ale jest na bieżąco.

Rozmawialiśmy o Włocławku. Wspominał mi trochę swoich historii z tamtych czasów. Jest to trochę zabawne, bo to czasy, gdzie miałem jakieś 10 lat i tamte mecze mogę pamiętać jedynie z telewizji, inna epoka. Ale tak, ciagle utrzymujemy kontakt.

W tych butach Stephen Curry trafia wielkie rzuty >>

Porozmawiajmy też o innych Polakach. Często rozmawialiście ze sobą, spotykaliście się przed meczami, itp?

Właściwie za każdym razem jak graliśmy przeciwko sobie, przeciwko drugiemu Polakowi, to mieliśmy okazję spotkać się przed meczem. Tomka Gielo nawiedzaliśmy nawet kilka razy w Barcelonie, kiedy mieliśmy okazję, bo był jakiś dzień wolny.

Utrzymywaliśmy stały kontakt, nawet mieliśmy taką swoją grupę na WhatsAppie. Fajnie, że mając takie relacje z przeszłości, udało się nam spotkać w jednej lidze i między sobą rywalizować, ale też wspierać.

Z Adamem Waczyńskim spotkał się Pan już wcześniej w Treflu Sopot. Udzielał Panu jakichś porad odnośnie gry w Hiszpanii?

Rozmawialiśmy z Adamem. Znamy się właśnie z Sopotu i rozmawialiśmy po podpisaniu kontraktu. Opowiadał nam wraz z rodziną na temat życia w Hiszpanii, realiów, jakie spotkamy na początku, do czego się może trzeba trochę bardziej przyzwyczaić. Mogliśmy liczyć na jego doświadczenie, pomocną dłoń.

To kolejny zawodnik, z którym miałem okazję grać w przeszłości i do tej pory podtrzymujemy relację pozaboiskową. Fajnie, że można liczyć na takie znajomości na obczyźnie.

Z perspektywy spędzonego już tam roku nie myślał Pan czasem o tym, że fajnie byłoby wyjechać wcześniej do Hiszpanii, spróbować sił w jakiejś szkółce, od młodości mierzyć się z chyba większą konkurencją?

Chciałem wyjechać już dużo wcześniej, tylko że z różnych powodów po drodze nie było mi dane. W końcu jednak dopiąłem swego. Teraz wróciłem do Polski, ale plany odkładam na przyszłość i moje ambicje, czy cele się nie zmieniły. Będę dalej dążył do rozwoju swojej kariery, żeby wejść na jak najwyższy poziom. A jeżeli chodzi o wyjazdy, wiadomo, polska liga jest w hierarchii europejskiej koszykówki tam, gdzie jest.

Taki wyjazd w młodym wieku do Hiszpanii jest bardzo dużym wyzwaniem. Generalnie uważam, że warto próbować ze względu na to, że tam szkolenie młodzieży stoi na bardzo wysokim poziomie. Sam miałem okazję się przekonać, bo w Saragossie te młodzieżowe struktury też są bardzo rozwinięte i zawodnicy w rocznikach 99, 00, 01 którzy przychodzili do nas na treningi, kiedy potrzebowaliśmy takiego wsparcia ze względu na kontuzje, swoim wyszkoleniem technicznym czy rozumieniem gry stali na bardzo wysokim poziomie. Robiło wrażenie że ci zawodnicy potrafili wejść do drużyny seniorskiej i rywalizować bez żadnych skrupułów, bez kompleksów z dużo starszymi zawodnikami.

Wydaje mi się, że jest to jakaś droga, na pewno nie prosta, bo ciężko może być będąc nastolatkiem odnaleźć się za granicą i wiadomo, że konkurencja jest też bardzo duża, ale kto nie próbuje, ten nie wygrywa.

Przed tą rozmową czytałem Pana wypowiedzi sprzed 5, 6 lat, gdy grał Pan jeszcze w Łodzi, czy Warszawie. Wtedy, w jednym z wywiadów, powiedział Pan, że stara się myśleć z dnia na dzień o swojej karierze. Czy to się zmieniło? Ma Pan może jakąś wizję siebie za, powiedzmy, 5 lat?

Myślę, że prawda jest taka, że każdy ma swoje długoterminowe plany, tylko nie zawsze chce je zdradzać publicznie. Generalnie myślę, że to podejście z dnia na dzień jest o tyle dobre – wychodzę z takiego założenia – że jeżeli przyświeca ci idea żeby stawać się lepszym z dnia na dzień, z meczu na mecz, dawać z siebie maxa przy każdej okazji, niezależnie od sytuacji w jakiej się znajdujesz, wówczas możliwości same przyjdą.

Planowanie kilka lat naprzód jest fajne w kwestii marzeń, stawiania sobie celów, żeby motywować się, jak wysoko chcemy dojść i żeby zwiększać, albo utrzymać zapał do pracy, aczkolwiek dalsza przyszłość się kształtuje tutaj, gdzie jesteśmy teraz. Lepiej mimo wszystko jest skupić się na codziennej pracy, niż żyć przyszłością.

Czym różni się Michał Michalak, który wrócił z Hiszpanii od tego, który wyjeżdżał? Gdyby miał Pan podać jedną cechę, to będzie to…

Dojrzałość, doświadczenie. Boiskowa i życiowa. Jest to magiczne słowo: „doświadczenie”, z którego sam się czasami śmieję, bo obejmuje bardzo wiele aspektów, ale z czasem, przekonuje się, że faktycznie doświadczenie daje przewagę. Jak człowiek już coś przeżyje, zobaczy to wie, czego się może spodziewać i inaczej może reagować na pewne zdarzenia w przyszłości. Jest mądrzejszy, tyczy się to zarówno sytuacji boiskowych, jak i życiowych.

Piotr Alabrudziński, @PulsBasketu

To są buty LeBrona Jamesa – możesz w nich zagrać! >> 




POLECANE

Zespół z Gdyni, licząc PLK i EuroCup, przegrał 5 meczów z rzędu, a w ostatnich 4 nie zdobył nawet 70 punktów. Brak drugiego rozgrywającego mocno się teraz odbija na zmęczeniu i grze pozostałych zawodników, jednak – naszym zdaniem – decyzja o zatrudnieniu Armaniego Moore’a ma sens.

tagi