Michał Sokołowski nad Mateuszem Ponitką

Share on facebook
Share on twitter
Michał Sokołowski i Mateusz Ponitka (Fot. Andrzej Romański/Plk.pl)
Michał Sokołowski i Mateusz Ponitka (Fot. Andrzej Romański/Plk.pl)

W pierwszym meczu finału PLK skrzydłowy Stelmetu zrobił wiele pożytecznych rzeczy, ale nie wziął na siebie ciężaru gry. Jego rywal z Rosy – przeciwnie. Znów zagrał jak lider.

Rywalizacja Ponitki z Sokołowskim, to jeden ze smaczków finału – gracz Stelmetu jest jednym z czołowych polskich koszykarzy, skrzydłowy Rosy walczy o miejsce w reprezentacji i powinien je osiągnąć. Nie ma wątpliwości, że lepszym graczem jest mający doświadczenie z Euroligi i EuroBasketu Ponitka, ale gołym okiem widać też, że to Sokołowski jest ostatnio w wyjątkowej formie. Gracz Rosy udowodnił to w czwartek, rozgrywając lepszy mecz niż Ponitka.

„Sokół” znów zagrał jak prawdziwy lider. Po tym, jak w półfinale z Anwilem notował średnio 19.7 pkt. (47% z gry), miał po 5 zbiórek i 2.7 asysty, w pierwszym meczu w Zielonej Górze zdobył 23 punkty, 7 zbiórek, 3 asysty i 3 przechwyty, wymusił 9 fauli. Nie przeszkodziła mu kuriozalna akcja, w której wybił piłkę z kosza głową przy próbie wsadu, nie wybiły go z rytmu początkowe pudła z wolnych. W sumie z linii miał 8/11, a większość rzutów oddał w ważnych momentach.

Sokołowski szczególnie błysnął w czwartej kwarcie i w dogrywkach, w których rzucił 16 ze swoich 23 punktów. Trafiał z dystansu, zachował zimną krew na linii wolnych, potrafił ograć Ponitkę tyłem do kosza, dobrze spisywał się też w obronie przeciwko MVP ligi. Gdyby Rosa mecz w Zielonej Górze wygrała, Sokołowski byłby jej bohaterem obok Torey’a Thomasa, który rozpoczął zryw w 30. minucie.

O Ponitce trudno napisać, że zawiódł, ale spodziewaliśmy się po nim większej roli w ataku, częstszego brania odpowiedzialności, skuteczniejszej gry. Jego rola w Stelmecie, w którym dobre momenty mieli także Dee Bost, Łukasz Koszarek czy Vlad Moldoveanu, jest inna niż Sokołowskiego w Rosie. Momenty, w których Ponitka próbował pociągnąć zespół, były jednak rzadkie. A kiedy się zdarzały, efektów nie było.

MVP sezonu zdobył tylko 6 punktów, miał 2/9 z gry i nie chodzi nawet o pudła w ostatnich sekundach czwartej kwarty i pierwszej dogrywki. To były trudne, sytuacyjne rzuty. Ponitka pudłował także te łatwiejsze, z dystansu miał 0/5, nie rozbijał obrony Rosy wejściami, wymusił tylko 2 faule.

Sam jednak w obronie grał świetnie – Ponitka miał aż 14 zbiórek, 3 przechwyty i 2 bloki. Szczególnie w końcówce meczu udało mu się kilka razy przerwać akcje rozpędzającej się Rosy. Ponitka po raz kolejny udowodnił, że mając słabszy dzień w ataku, potrafi pomóc drużynie na wiele sposobów. To też ważna umiejętności.

W finale jest zatem 1:0 dla Stelmetu i to wynik najważniejszy – obrońcy tytułu zdołali wygrać pomimo słabszego ofensywnie występu Ponitki i bardzo dobrej gry lidera rywali. W reprezentacyjnej hierarchii skrzydłowych nic się nie zmieniło, być może się w ogóle nie zmieni. Ale w pierwszym meczu to Sokołowski leciał nad Ponitką, a nie odwrotnie.