Mieszko Włodarczyk: Granice są w nas!

Share on facebook
Share on twitter

Najtrudniejszy trick swojego życia trenuje już od 2 lat i jest… dopiero w połowie. Ma na koncie ponad 2000 pokazów koszykarskiego freestyle’u i bardzo nietypową, drugą pasję.

Mieszko Włodarczyk / fot. epsm.pl

Back on the Court – najlepszy sprzęt na nowy sezon! >>

Ludzie basketu #8 – Mieszko Włodarczyk

Może się wydawać, że to tylko „gość z piłkami”. Ale kto tak naprawdę potrafi robić z nimi rzeczy, które są nie do powtórzenia?
Mówią o nim, że jest najskromniejszą osobą jaką znają. Takiej cierpliwości, determinacji i ciężkiej pracy można mu pozazdrościć. Być może wiele osób po pewnym czasie dałoby sobie spokój, bo ludzie często są mało konsekwentni. Kto by katował jedną rzecz 2 lata i był dopiero w połowie drogi? Człowieku z wielkim charakterem i pasją. O przekraczaniu własnych granic mówi Mieszko Włodarczyk!

Pamela Wrona: Zgaduję, że początkowo chciałeś zostać koszykarzem. Dlaczego poszedłeś inną drogą, zostając jednak w koszykarskim rzemiośle?

Mieszko Włodarczyk: Tak, początkowo chciałem zostać koszykarzem. Trenowałem od 8 roku życia, mając nadzieję, że kiedyś uda mi się grać na wysokim poziomie. Wzorowałem się na moim idolu Michaelu Jordanie. Wszystko jednak potoczyło się nie do końca tak jak chciałem, nie miałem za bardzo gdzie trenować, dlatego w wieku 15 lat doszedłem do wniosku, że powinienem znaleźć jakieś alternatywne rozwiązanie, pozwalające mi pozostanie nadal przy koszykówce.

Zacząłem trenować różne triki z piłką. Tak to się zaczęło. Być może gdybym urodził się w większej aglomeracji niż mój rodzinny Okonek, poszedłbym inną drogą i za moim marzeniem z dzieciństwa.

Ale patrząc z perspektywy czasu, chyba nie żałujesz, że Twoja kariera potoczyła się w ten sposób?

Oczywiście, że nie, bo jak spojrzę na ludzi w swoim wieku, to niewiele osób miało okazję tyle zobaczyć i poczuć co ja. Jestem szczęściarzem.

Pierwszych sztuczek z kręceniem piłki zacząłeś uczyć się w roku 2003. Inspirowałeś się wówczas kimś, czy byłeś typowym samoukiem?

Prawdę mówiąc, inspirowałem się reklamami w telewizji. Najpierw chciałem nauczyć się tego, co pokazują znani sportowcy z całego świata. Następnie, gdy miałem dostęp do Internetu, przekonałem się, że z piłką można robić zdecydowanie więcej.
Nie miałem konkretnej osoby, na której się wzorowałem, nie miałem żadnego punktu odniesienia. Chciałem po prostu uczyć się od wszystkich tego, czego jeszcze nie umiałem. W tym sporcie każdy jest samoukiem. Ja też byłem, ale to nie jest wyjątkowe. Swoją drogą, nie ma też żadnej szkoły czy instytucji, gdzie można by było nauczyć się takich sztuczek.

Jak wyglądały Twoje treningi?

Na początku, jako nastolatek nie miałem swojego miejsca, gdzie mógłbym w spokoju trenować i miałbym odpowiednie warunki, dlatego miejscem moich treningów była piwnica. Zawsze byłem osobą operatywną, potrafiłem się z każdym dogadać. Na przykład, dawałem pokaz jakiejś instytucji, czy placówce edukacyjnej, w której akurat się uczyłem i dostawałem od nich miejsce, nawet w szerokim i długim korytarzu, bo tyle tak naprawdę mi wystarczyło.

Nigdy nic nie zniszczyłem, nie tworzyłem sobie wrogów przez trenowanie, więc zawsze udawało mi się znaleźć jakieś fajne rozwiązanie. Miałem szczęście, że spotykałem bardzo otwartych ludzi, którzy pomagali mi, na ile mogli. Ćwiczyłem w różnych miejscach. Była to nawet kotłownia, czy wspomniana wcześniej piwnica i korytarz prowadzący na salę gimnastyczną.

Zaczynałeś od jednej piłki. W tej chwili, iloma piłkami jednocześnie potrafisz „kręcić”?

To prawda, zaczynałem od jednej piłki. Potem stopniowo dwie, trzy. Po dwóch latach udało mi się dojść do czterech. Obecnie potrafię wykonać triki pięcioma jednocześnie. Jeżeli chodzi o samo kręcenie, najwiecej potrafię czterema na raz.

W tych butach Stephen Curry zadziwia NBA >>

Freestyle jest bardzo indywidualny i unikatowy. Co cię wyróżnia? Jakie są Twoje popisowe sztuczki?

Charakterystyczną stroną moich pokazów jest to, że korzystam z wielu piłek. Do popisowych sztuczek zaliczę styl „multi ball”- jeden z trzech stylów i „speed”, czyli kręcenie i użycie kilku piłek jednocześnie. Przeważnie wykorzystuję cztery. Mam dość szeroki repertuar. Pokazuję też trik z pięcioma piłkami. Ten element rozbudowany jest najbardziej jeśli chodzi o freestylerów na świecie i tym się wyróżniam.

Jak się ich uczysz?

Z trudnymi sztuczkami jest tak, że po prostu rozbijam je na elementy i w ten sposób się ich uczę. Czasami jest tak, że jeden element przyswajam przez kilka tygodni, a dopiero po kilku miesiącach wszystkie części składam w całość i uczę się danego triku od początku do końca, chociaż podejście do każdego z nich jest indywidualne.

Trzeba się dobrze zastanowić, użyć wyobraźni i przede wszystkim intuicji. To jest dobre słowo, bo to jest coś, co pomaga w tworzeniu i kreowaniu freestyle. Dzięki temu najpierw odnajduję w ogóle drogę do nauki, a dopiero później za pomocą determinacji staram się urzeczywistnić to, co wcześniej sobie wyobraziłem.

Wcześniej wspomniałeś, że nie ma żadnej szkoły, ani instytucji specjalizującej się w tej dyscyplinie…

Jeśli mówimy o wykonywaniu trików, to niespecjalnie są osoby, które się tym zajmują. Już jako nastolatek uświadomiłem sobie, że muszę dobrać sobie taki repertuar, żeby po latach być charakterystycznym i po prostu się wyróżniać.
Są chłopacy, na przykład Damian Olejniczak „Pszczelarz”, którzy specjalizują się w tym, co ja. Miał jednak kilka przerw, interesuje się jeszcze kilkoma aspektami związanymi z freestylem i niekoniecznie jest to „multi ball”. Każdy jest inny w tej dziedzinie sportu.

Można powiedzieć, że wszystko zaczęło się od zwycięstwa na „Bitwie Freestyle” na Kaliskim Streetballu w 2009 oraz od udziału w programie „Mam talent”, którego byłeś finalistą. Jak później potoczyła się Twoja przygoda z freestylem?

Zacząłem dawać więcej pokazów, przed większą publicznością. Udawało mi się wielokrotnie wyjeżdżać na pokazy za granicę. Zawsze starałem się rozwijać, dawać z siebie wszystko i robić to bezbłędnie. Dla mnie to było normalne, choć czasami objawiało się tak zwanymi „dropami”. Drop w naszym slangu oznacza upadek piłki, czyli, że po prostu coś nie wyszło.

Taki 3-4 minutowy pokaz zwykle było kilka takich dropów. Coraz częściej udawało mi się dłuższe pokazy bez dropów i zrobić karierę jako show-man, osoba typowo od pokazów. Ja nie poprzez wygrane bitwy, ale właśnie pokazy, wypromowałem się wewnątrz środowiska koszykarskiego oraz streetballowego.




Dużo podróżujesz. Czy w pewnym sensie rzutuje to na Twój rozwój?

Bardzo dużo zmieniły wyjazdy do Dubaju. Wyjeżdżałem już trzykrotnie na ponad miesiąc, a oprócz tego do Stanów Zjednoczonych- najpierw na 4 miesiące, później na 2. Robiłem wtedy tournee po wielu stanach, dzięki czemu złapałem trochę innego spojrzenia na tę samą sprawę.

Zajmuję się już tym 15 lat i nabrałem więcej luzu i dystansu. Wiedziałem, że ze wszystkich zainteresowań i pasji wybrałem całkiem fajną, która sprawia, że nawiązuje się wiele kontaktów, ludzie postrzegają cię pozytywnie. Nawet jeśli jeszcze cię nie znają, już w pewnym sensie cię lubią. To wiele ułatwia i pozwoliło mi doświadczyć rzeczy, których pewnie nie doświadczyłbym gdyby nie piłki.

Czy jesteś w stanie zliczyć, ile ich już było?

Obecnie rocznie odbywam około 100 pokazów. Przez poprzednie 4 lata wykonywałem ponad 200 rocznie. Zawsze jest to spora liczba. Teraz trochę z freestylem odpuszczam. Poszukuję nowych wyzwań, takich rzeczy, które chciałbym jeszcze zrobić.

Zajmuję się jeszcze freestylem, ale moją druga pasją są harvestery- jestem operatorem i mechanikiem. Odkryłem w sobie powołanie do tego, aby trudnymi, wielotonowymi maszynami jeździć po lesie i ścinać drzewa, które układa się później w stosy. Mam na to w tej chwili zajawkę. Obecnie mieszkam w Rybniku, gdzie od poniedziałku do piątku pracuję, a weekendy przeznaczam na pokazy. Tak się potoczyła moja historia.

Co do statystyk występów, na dziś ta liczba wynosi ponad 2200 przez ostatnie 10 lat. Pierwszy pokaz zrobiłem 4 października 2008, więc w tym roku minie równo 10 lat. Orientuje się, bo starałem się każdy występ zapisać w zeszycie.

Czy miałeś jakiś pokaz, który miał dla Ciebie jakieś szczególne znaczenie?

Największe znaczenie miał pokaz z 2012 roku w „Mam talent”. A dlaczego? Był on związany z ogromną presją i wiedziałem, że jeśli wykonam wszystko prawidłowo, być może nastąpi moment zwrotny w moim życiu. Jeżeli występ nie poszedłby po mojej myśli, byłby to poniekąd czas stracony. Może nie do końca czas, a zmarnowana szansa, która być może zdarza się tylko raz w życiu. Samo to, że występ był na żywo, oglądało go tysiące osób, a ja byłem poddany ich ocenie, sprawiało, że to ten występ był wyjątkowy i miał dla mnie duże znaczenie.

Dobrze wspominam też pokaz, który pobił rekord frekwencji- na finale Campu Marcina Gortata w Ergo Arenie, gdzie było chyba z 10 tysięcy osób.

Twoim mottem jest „Granice są w nas”. Jaka historia się za nim kryje?

Jako 15-latek wymyśliłem kilka fajnych trików, chciałem je złączyć w jeden film. Pomyślałem wtedy, że to będzie „petarda” (śmiech). Mój kolega montował nagranie i wpadłem na pomysł, aby na końcu pojawiło się moje własne hasło, jakaś motywująca myśl. Tego jest pełno, nie chciałem odgrzewać czyichś kotletów. Chciałem mieć swój własny (śmiech).
I przyszło mi do głowy: „Granice są w nas”. To by na pewno zapadło ludziom w pamięci, byłoby uniwersalne i przypisane bezpośrednio do mnie. Poza tym, jest jak najbardziej prawdziwe.

Jest coś, co chciałbyś jeszcze osiągnąć w związku z Twoją pasją?

Planuję zrobić trik na 7 piłek. Jestem w trakcie przygotowań i trenowania. Nie wiem, kiedy uda mi się go nauczyć, bo będzie kosztował mnie naprawdę wiele pracy. Absolutnie, będzie to najtrudniejszy trik i rzecz, jaką w ogóle można zrobić z piłkami. Jestem gdzieś w połowie, to będzie ostatnie, co chciałbym wykonać. Chcę, aby było to zwieńczeniem mojej całej ciężkiej pracy. Być może będzie to dla niektórych niemożliwe do powtórzenia.

Szczerze, nie spotkałem jeszcze nikogo, kto miałby tyle cierpliwości do piłek. Znam takich, co mają w sobie naprawdę wiele pokładów cierpliwości, ale trenować 2 lata jeden trik i być dopiero w połowie… Przypuszczam, że potrzebuję jeszcze drugie tyle. Ale udowodnię, że było warto, bo będzie naprawdę wyjątkowy i spektakularny. Granice są w nas!

Rozmawiała Pamela Wrona, @PulsBasketu

Czytaj również Ludzie Basketu #6 – Robert Kościuk >>

Back on the Court – najlepszy sprzęt na nowy sezon! >>