Mike Taylor – cholernie daleko od „excited”

Share on facebook
Share on twitter

Nic wielkiego się nie stało – wciąż mamy bilans 4-1, jesteśmy liderem grupy i faworytem do awansu z pierwszego miejsca. Ale przegrany dwumecz i klęska z Białorusią u siebie, to już teraz wielki wstyd.

mike-taylor
Mike Taylor (fot. A. Romański, pzkosz.pl)

Załóż konto w Unibet i zgarnij bonus >>

Tak jak nigdy nie wygrywa się meczów koszykówki do zera, tak samo nie ma drużyn niepokonanych. Każdy ma prawo do słabszego dnia. Ciągłe podróże, zmiany hal, brak porządnych treningów… To wszystko może doprowadzić do gorszego meczu i porażki kadry. Każdy, kto gra w kosza, wie, że i spod samej obręczy zdarza się nie trafić. To jest sport.

Tylko, że jest różnica między słabszym meczem (takie mieliśmy ostatnio z Estonią i Portugalią), a tak dołującą kibiców, beznadziejną klęską, jak w środę w Toruniu z Białorusią. Nawet przy stępionych przez ostatnie chude lata oczekiwaniach.

Nie możemy przegrywać 20 punktami meczu u siebie z europejskim trzecioligowcem, mającym jednego zawodnika w zagranicznym klubie i motor napędowy w postaci 36-letniego Saszy Kudriawcewa. Nie mamy prawa mieć realnego kłopotu z przekroczeniem bariery 50 oczek, z rywalem, któremu tydzień temu rzuciliśmy niemal 100 punktów w jego hali. Nie możemy decydującego o awansie spotkania oddawać w takim stylu!

Mecze w grupie wygrywaliśmy dotąd dzięki indywidualnemu talentowi zawodników. Pięknie w ostatnich sezonach rozwinęli się Mateusz Ponitka i Adam Waczyński, udało się namówić Macieja Lampe, kupiliśmy sobie A.J. Slaughtera. Mamy najlepszych zawodników w tej grupie. Znacznie lepszych , niż na klęskę z Białorusią na własnym parkiecie. I powinniśmy mieć dla nich znacznie lepszą taktykę (czy zagrywek jest 100, 30, czy 5), niż taką jak ostatnio – prowadzącą do coraz częstszych, desperackich rzutów w ostatnich sekundach akcji lub opartą na kolejnych, indywidualnych szarżach Ponitki.

Pamiętamy oczywiście o okolicznościach – nie ze wszystkim trener ma łatwo. Nie mamy w tych eliminacjach żadnej prawdziwej czwórki, posiadamy tylko jednego ofensywnego gracza pod koszem. I to też nie była wina Mike’a Taylora, że ostatni mecz zorganizowano w hali lekkoatletycznej zamiast w koszykarskiej. Ale przykro patrzeć, ile mądrych wniosków potrafili przez kilka dni wyciągnąć Białorusini, a jak niewiele my. Nie tylko przed meczem, ale i w czasie gry.

Nawet bowiem, jeśli już mecz się źle ułożył, można było choć spróbować jakichś rozwiązań w jego trakcie – szybka reakcja to przecież kluczowa rola trenera. My tymczasem, jakbyśmy wzruszyli w przerwie ramionami, dograliśmy spotkanie do końca i poszliśmy do domu. Zabrakło jakiejkolwiek próby przełamania, nowego pomysłu, zaskoczenia rywala – nową strefą, agresywną obroną na całym boisku, wypuszczeniem zmienników, czymkolwiek. Nawet jeśli nieskutecznym.

Trenerzy w takich sytuacjach próbują zmienić rytm gry za wszelką cenę, czymś niekonwencjonalnym, nawet i „dachem”. My dograliśmy mecz…

To szczególnie kompromitujące – dograliśmy go tak, że na koniec spotkania przegraliśmy dwumecz z Białorusią jednym punktem. Tutaj też zabrakło refleksji, przegrupowania, dopilnowania w ostatniej kwarcie, aby choć bezpośrednią rywalizację ze słabeuszem uratować. To zagapienie może nas przy odrobinie pecha kosztować fortunę.

Mike Taylor tłumaczył, że o porażce zdecydowały względy mentalne, nie forma fizyczna. Po pierwsze, ktoś jednak także za to przygotowanie mentalne odpowiada, a po drugie – fizycznie z meczu na mecz w tych eliminacjach też wyglądamy gorzej. O ile w pierwszych spotkaniach zgniataliśmy przeciwnika po przerwie, to ostatnio (wspomniane męczarnie z Estonią i w Portugalii) raczej dojeżdżamy do ostatniego gwizdka na oparach.

Polska awansuje na Eurobasket 2017, jesteśmy tego pewni. Mike Taylor ma świetny kontakt z drużyną – zawodnicy go cenią i lubią z nim pracować. Ma pełne poparcie działaczy. Nam też zawsze bardzo miło się z nim rozmawia. W tej trwającej trzeci rok sielance trudno jednak nie zauważyć pewnego drobiazgu. Nadal nie widać postępów kadry – jakichś koszykarskich efektów jego pracy.

Tomasz Sobiech

Załóż konto w Unibet i zgarnij bonus >>