NBA przeprasza, że żyje – miliardy ważniejsze niż demokracja

Share on facebook
Share on twitter
Adam Silver niby przyznał, że Daryl Morey ma prawo do wolności słowa, ale zaraz dodał, że jego słowa mogły urazić Chińczyków. Przepraszał już także James Harden.
Clint Capela / ot. wikimedia commons

PZBUK! Bonus powitalny 500 zł na start – podwajamy pierwszy depozyt!

Nie milkną echa związane z wpisem Daryla Moreya w mediach społecznościowych, który wyraził swoje wsparcie dla Hong Kongu. Cała sprawa nabiera coraz bardziej politycznego charakteru.

Dla przypomnienia: w ubiegłym tygodniu GM Houston Rockets, Daryl Morey, wyraził życzliwe poparcie dla Hong Kongu, gdzie od miesięcy ludzie demonstrują i chcą demokracji oraz większego uniezależnienia od Chin. Tym samym rozpętała się burza, gdyż Chińczycy zareagowali bardzo ostro i momentalnie przecięli wszystkie powiązania z Rakietami, niegdyś najpopularniejszym klubem NBA w Azji.

Nie będzie więc już transmisji meczów Rockets w chińskiej telewizji, a zespół zniknął z najważniejszych stron i for internetowych (jakby nagle w NBA było 29, a nie 30 klubów). Jakby tego było mało, nawet firma Nike zdecydowała się usunąć ze swojego chińskiego sklepu wszystkie produkty związane z Rockets. Współpracę zawieszają też liga CBA oraz firma Li Niang.

Morey zdążył już usunąć swój wpis i wyjaśnić, że nie miał na celu nikogo obrażać. Sęk w tym, że wszystko to jest efektem jego poparcia dla… demokracji. Adam Silver – komisarz NBA – w dość pokrętny sposób stara się bronić menedżera Rockets, zwracając uwagę na wolność słowa. Z drugiej strony, od samego początku NBA dba jednak przede wszystkim o aspekt biznesowy i w następnym zdaniu Silver dał do zrozumienia, że wpis jego zdaniem był niewłaściwy i mógł urazić Chińczyków.

To dlatego NBA wystosowała oświadczenie, w którym przeprasza Chiny. Co więcej, treść oświadczenia różni się nieco w języku angielskim i chińskim. Głos zabrał też m.in. Joe Tsai, nowy właściciel Nets i współtwórca portalu Alibaba, który protestujących nazwał „ruchem separatystycznym”. Przepraszał nawet James Harden, choć nie był bezpośrednio zaangażowany.

I niby nie ma się czemu dziwić, bo przecież Chiny to dla ligi niezwykle ważny rynek – jak wynika z danych magazynu Forbes z lutego 2018 roku, łączna wartość tego rynku to około 4 miliardy dolarów. Jeszcze w czerwcu tego roku chińska stacja telewizyjna Tencent podpisała 5-letnie przedłużenie umowy w związku z prawami do transmisji meczów NBA, o wartości 1.5 miliarda.

Ale przecież NBA od lat uchodziła za ligę, która pozwala swoim pracownikom zabierać głos w sprawach politycznych i umożliwia, by ten głos był słyszalny. Tak było m.in. wtedy, gdy LeBron James czy gregg Popovich krytykowali prezydenta Donalda Trumpa. Dlaczego więc teraz liga postępuje w ten sposób i niemal w myśl hasła „zamknij się i kozłuj piłkę” traktuje całą tę sprawę? Odpowiedź jest jasna: pieniądze.

To dlatego liga w ostatnich dniach znajduje się pod wielkim ostrzałem kibiców oraz amerykańskich polityków wskazujących, że NBA wybiera biznes zamiast wartości, które rzekomo promuje przy wielu innych okazjach. Dziwne tłumaczenia komisarza Silvera oraz brak rzeczywistego poparcia dla Moreya, a zamiast tego próba zamiatania sprawy pod dywan tylko to potwierdzają.

Tomek Kordylewski

POLECANE