Odlot Mazowszanki – Unicaja upokorzona w Pruszkowie

Share on facebook
Share on twitter

Krzysztof Dryja i Piotr Szybilski zdemolowali ich pod koszem, Krzysztof Sidor z Tyricem Walkerem ośmieszyli na obwodzie – koszykarzy z Malagi z ciasnego blaszaka wymiótł huragan. Od wielkiego meczu Mazowszanki, która w ćwierćfinale Pucharu Koracza rozbiła Unicaję 84:57, minęło już 20 lat.

NBA, PLK – znasz się na koszu, wygrywaj w zakładach! >> 

Nie wybaczę tego ani sobie, ani swoim rodzicom. Dlaczego – tato?! – pojechaliśmy w lutym 1997 roku do Zakopanego łazić po górach, które widziałem i zapewne zobaczę jeszcze dziesiątki razy?

Zamiast latającego Krzysztofa Dryję, oglądałem Giewont. Zamiast niemal perfekcyjnego Tyrice’a Walkera, miałem przed sobą Dolinę Kościeliską. Zamiast podrzucać Krzysztofa Sidora razem z innymi kibicami – może gdybym był w tłumie, nie spadłby na parkiet? – wcinałem oscypki.

Zresztą tuż obok widzicie mnie na zdjęciu z tamtych ferii – Tatry, śnieg i czapka Knicksów, ale na szczęśliwego nie wyglądam, prawda?

Zanim zacząłem pisać ten tekst, zadzwoniłem do kilku kolegów z Pruszkowa. Z prostym pytaniem – wymień mecze, które pamiętasz najlepiej. W każdym zestawie pojawiała się Unicaja, albo przynajmniej „ci Hiszpanie, których zniszczyliśmy”. I zaczynała się opowieść podobna do tej, którą słyszałem 20 lat temu – o odrywającym się od ziemi blaszaku przy ul. Gomulińskiego, o kompletnym stłamszeniu mocnego rywala, o koszykarskim odlocie.

Vlatko Ilić – honorowy obywatel Pruszkowa

W rozgrywkach Pucharu Koracza w sezonie 1996/97 udział wzięły 94 zespoły z 50 krajów. Z Polski – Polonia Przemyśl, AZS Toruń, Spójnia Stargard oraz Mazowszanka. Do fazy grupowej przeszli tylko pruszkowianie, którzy wygrali zresztą grupę H z bilansem 4-2 (rywalami były Cagiva Varese, Bnei Herzliya oraz Czerno More Warna).

W 1/16 finału Mazowszanka uporała się z Zorką Sabac – po wielkich emocjach. Na wyjeździe zespół Wojciecha Krajewskiego przegrał 77:81, a w rewanżu w Pruszkowie prowadził 80:76, ale na trzy sekundy przed końcem rzuty wolne wykonywał Vlatko Ilić. Na tym meczu byłem, hałas był przeogromny i ten Vlatko Ilić oba rzuty spudłował! Wymieńcie to imię i nazwisko przy kibicach z Pruszkowa, każdy się uśmiechnie…

W dogrywce Mazowszanka była już zdecydowanie lepsza, wygrała cały mecz 99:84, a w 1/8 finału przebiegła się po tureckim Meysusporem Kayseri – na wyjeździe zwyciężyła 80:72, a u siebie aż 97:69. I awansowała do ćwierćfinału.

Znalazła się tam w dobrym towarzystwie – oprócz wylosowanej Unicajy, w ósemce grały także Tofas Bursa z Caceres CB, Aris Saloniki z Peristeri oraz Banca di Roma z Benettonem Treviso. Hiszpania, Włochy, Grecja, Turcja i Pruszków w blaszaku, nieźle.

Mazowszanka oryginalna i romantyczna

Siłą rzeczy mam pewnie trochę inny odbiór tamtej ekipy z Pruszkowa niż większość fanów. Choć w sumie nie tylko tamtej, tylko w ogóle – drużyny, którą 90 proc. kibiców do dziś nazywa „Mazowszanką”. Pod taką nazwą drużyna grała tylko przez cztery sezony – dwa z nich były mistrzowskie, dwa ze słabszymi wynikami. Ale generalnie – wszystko to działo się przed mitycznym już EuroBasketem 1997, przed erą ligowej koszykówki w TVP, przed szczytem popularności ligowego basketu w Polsce.

Ta „oryginalna” Mazowszanka była drużyną romantyczną. Z blaszanej hali, która w całości zmieściłaby się pewnie w Arenie Ursynów, z małego miasta, w którym nastolatek nielubiący kosza był dziwny, z którego dziewczyny kochały się w koszykarzach. W mojej klasie liceum były dwie takie – jedna zabujana w Tomaszu Suskim, druga w Piotrze Szybilskim. Albo inaczej – o dwóch wiedziałem.

Ta druga Mazowszanka – a raczej Pekaes, Hoop czy Blachy Pruszyński – z TVP, z wielkiego finału ze Śląskiem, z LaBradfordem Smithem, a potem Richardem Dumasem, Oliverem Millerem, Antoine Joubertem, Cezarym Trybańskim czy Andrzejem Plutą, to już był trochę zespół inny. Uznany, dojrzały, może nawet wielki. Z dużej hali Znicz z drugiego końca Pruszkowa, w której po największych nawet zwycięstwach kibice nie wbiegali już na parkiet.

Nie, tak jak np. 19 lutego 1997 roku po meczu z Unicają, gdy tłum po ostatnim gwizdku poprzewracał reklamy i wpadł na boisko, gdzie dorwał m.in. Krzysztofa Sidora i zaczął podrzucać go. – Do góry z nim, śmiało, do góry – wołał podobno do mikrofonu spiker. Rozgrywający Mazowszanki poleciał wysoko, ale potem upadł na parkiet. – Coś takiego było… Kibice mnie podrzucali, a potem chyba stwierdzili, że już nie będą – śmieje się teraz Sidor.

Unicaja niszczy pod koszami

Pierwszy mecz w Maladze Unicaja wygrała 74:60. To nie był tak mocny zespół jak dwa lata wcześniej, gdy zdobył wicemistrzostwo Hiszpanii, czy rok później, gdy występował w Eurolidze. Grając z Mazowszanką Unicaja zajmowała dziewiąte miejsce w ACB i była osłabiona brakiem kontuzjowanych Francisco Avalosa oraz Ricardo Guillema.

Ale to i tak był bardzo silny zespół z wielkimi ambicjami, siłą pod koszem (Amerykanie Deon Thomas i Kenny Miller) oraz doświadczeniem na obwodzie (reprezentanci Hiszpanii Ignacio Rodriguez i Tomas Jofresa), a także 36-letnim wówczas trenerem Javierem Imbrodą, członkiem sztabu reprezentacji.

Mazowszanka – osłabiona brakiem świetnego Jeffreya Masseya i także leczącego kontuzję Leszka Karwowskiego – im w Maladzie nie ustała, została zniszczona pod koszami – Miller miał 22 punkty i 14 zbiórek, Thomas do 8 punktów dodał 9 zbiórek i 3 bloki. Natomiast Krzysztof Dryja i Piotr Szybilski razem uzyskali tylko 9 punktów i 13 zbiórek.

„Catorce puntos para soñar… y sudar” – zatytułował relację „Diario Sur” z Malagi, co można przetłumaczyć jako „14 punktów, by marzyć… i się pocić”. Miejscowi obserwatorzy wcale nie czuli się wyjątkowo pewnie. „Unicaja odniosła ważne, ale niedecydujące zwycięstwo nad zdyscyplinowaną, poważną Mazowszanką” – napisano także w dzienniku.

W ekipie z Pruszkowa dobrze zagrali tylko Dariusz Parzeński i Krzysztof Sidor, słabo wypadł Tyrice Walker. – W rewanżu możemy wygrać, ale będziemy musieli zagrać naprawdę znakomity mecz – cytowała Amerykanina „Gazeta Wyborcza”. – Musimy wyjść na boisko bez strachu, z przekonaniem, że stać nas na zwycięstwo 20 punktami.

„Krajca”, czyli szczęście sprzyja lepszym

Co ja pamiętam z tamtego meczu? Proszę pana, ja z tamtego sezonu pamiętam jedno – zdobyłem mistrzostwo, awansowałem do półfinału Pucharu Koracza, a potem zostałem zwolniony – śmieje się, chyba wciąż trochę nerwowo i z przekąsem, Wojciech Krajewski. Dziś trener na emeryturze, który pomaga zięciowi prowadzić jego biznes z branży mechaniki samochodowej, a w 1997 roku najbardziej utytułowany polski szkoleniowiec w lidze.

48-letni wówczas Krajewski miał już na koncie cztery tytuły mistrzowskie z Lechem Poznań, trzy medale srebrne (dwa z Lechem, jeden z Nobilesem) oraz trzy brązowe (w takim samym układzie). A do tego – awans z poznańskim zespołem do najlepszej ósemki Pucharu Europy w sezonie 1989/90, co było wyczynem ogromnym.

O Krajewskim zawsze krążyły różne opinie. Świetny fachowiec, ale miał mnóstwo szczęścia. Znakomite wyczucie do prowadzenia meczów, ale raczej szarlatan niż taktyk. – Co nam mówił przed rewanżem z Unicają? Motywować nas nie było trzeba, w takim meczu po prostu grasz na 110 proc. Wyjątkowej taktyki, pomysłów, też nie było. Trener Krajewski zwykle dbał o to, by zespół czuł się dobrze i my się tak poczuliśmy – wspomina Sidor.

Krajewski w jednym się jednak pomylił – w tamtym sezonie lansował teorię, że w pucharach masz szansę walczyć o awans, jeśli w pierwszym meczu na wyjeździe nie przegrasz wyżej niż 10 punktami. W Maladze Mazowszanka przegrała różnicą 14 punktów, a za to w rewanżu…

„Szybil” i „Dryjka”, czyli dwie wieże

Dzień przed meczem, 18 lutego, Unicaja przyjechała na trening. Autokar z trudem przecisnął się przez bramę przy ul. Gomulińskiego, zaparkował przed halą, co praktycznie oznaczało zablokowanie przejazdu. – Dlaczego mamy ćwiczyć na hali treningowej? Chcemy mieć zajęcia tam, gdzie będziemy grali mecz – powiedzieli Hiszpanie.

To jest meczowa hala – usłyszeli w odpowiedzi. Goście z Malagi zdziwili się po raz pierwszy, ale nie ostatni.

Początek rewanżowego meczu był wyrównany, w 13. minucie Unicaja prowadziła jeszcze 29:27. I wtedy się zaczęło – końcówkę pierwszej połowy Mazowszanka wygrała 19:0!

Presja w obronie kończyła się pudłami Unicajy za trzy (5/20 w meczu) lub przechwytami gospodarzy. Świetnie grał Sidor (14 punktów, 4 asysty, 4 przechwyty), a Szybilski z Dryją ośmieszali nie tylko wysokich z USA, ale także Alfonso Reyesa – starszego brata Felipe, też reprezentanta Hiszpanii.

(fot. Kuba Atys, Agencja Gazeta)

Bo odwrotnie niż w pierwszym meczu, wysocy Mazowszanki zagrali znakomicie – „Szybil” zdobył 21 punktów i 12 zbiórek, a „Dryjka” miał mecz wręcz nieprawdopodobny – 11 punktów, 9 zbiórek, 6 asyst, 7 bloków.

Thomas w jednej akcji dostał dwie czapy jedna po drugiej, a w ostatnich minutach meczu Dryja zaliczał asysty przy wsadach Walkera i Szybilskiego, podając im piłki przez całe boisko zza linii końcowej.

Wszyscy krytykowali nas po poprzednim meczu i mieli rację. Wtedy była żałoba, teraz jest radość. Nie wiem, co się stało, musiałbym się zastanowić. Przepraszam, ale może jutro, bo teraz jestem za bardzo szczęśliwy – mówił po meczu Dryja cytowany przez „Wyborczą”.

Zajarani i upokorzeni

Do przerwy było 46:29, w drugiej połowie nic się nie zmieniło. Mazowszanka przez moment miała nawet 30 punktów przewagi (67:37)! Świetnym liderem był Walker (24 punkty, 10/17 z gry), który pomagał przy rozgrywaniu, gdy goście bronili na całym boisku.

Krajewski grał wąską rotacją, z ławki na chwilę wchodzili tylko pruszkowianie Hubert Białczewski (by wkurzać wysokich rywali) oraz Jacek Rybczyński (by dać odpocząć Sidorowi). Mazowszanka rozbiła Unicaję w siedmiu, przez większość meczu grając trójką wysokich – Dryją, Szybilskim i Parzeńskim (wszystkie 12 punktów do przerwy, w sumie także 10 zbiórek).

Dla mnie ten mecz, to było coś mega. Raz, że wygraliśmy w świetnym stylu z bardzo dobrą drużyną, a dwa, że nie dałem pograć reprezentantom Hiszpanii. Pamiętam, że nie dałem się rozkręcić Rodriguezowi i Jofresie. Zagrałem po prostu lepiej – wspomina Sidor.

W przerwie do szatni weszliśmy mocno zajarani, pamiętam, że „Parzyk” z „Sidkiem” wszystkich uspokajali, że to dopiero pierwsza połowa, że jeszcze dużo walki. Ale nam w tym meczu wszystko się układało – w obronie i w ataku. Niewiele meczów ze swojej kariery zapamiętałem aż tak, jak ten – dodaje Szybilski.

Unicaja była załamana. – Nie wiem, co się stało z moim zespołem. W czasie meczu kompletnie rozłożył się psychicznie. Mój zespół grał w Eurolidze, był w finale ligi hiszpańskiej, a tutaj przypomniano mu, co to jest pokora – mówił Imbroda.

Pruszków oszalał, mecz przeszedł do legendy i nie szkodzi, że w półfinale Tofas Bursa okazał się lepszy, a piękna przygoda się skończyła. Ważne właśnie, że była taka piękna.

A ja, niestety, byłem wtedy w górach.

MAZOWSZANKA-PEKAES PRUSZKÓW – UNICAJA MALAGA 84:57 (46:29).

Mazowszanka: Walker 24, Szybilski 21, Sidor 14, Parzeński 12, Dryja 11 oraz Białczewski 2, Rybczyński 0.

Unicaja: Miller 15, Thomas 14, Rodriguez 11, Romero 5, Ruiz 5 oraz Reyes 5, Jofresa 2, Avalos 0, Biota 0.

Łukasz Cegliński

POLECANE