PJ Tucker – 10 lat czekania i pół świata po drodze

Share on facebook
Share on twitter

Od drugiej rundy draftu, przez Izrael, Ukrainę czy Grecję, aż do NBA – historia PJ Tuckera jest dowodem na to, że marzenia się spełniają. Skrzydłowy przypomniał o tym w meczu numer dwa finałów konferencji na Zachodzie, gdy w wieku 33 lat zaliczył jeden z najlepszych meczów swojej długiej karierze.

PJ Tucker / fot. wikimedia commons

adidas Harden Vol. 2 – w tych butach James Harden gra jak MVP >>

O jego istnieniu wielu kibiców długi czas nie wiedziało. Niektórzy dobrze znali go z… kolekcji butów, jednej z najlepszych i największych wśród zawodników NBA. Ale nic poza tym, ot – zawodnik jak wielu innych. PJ Tucker przeszedł bardzo długą drogę, by znaleźć się w tym miejscu, w którym jest obecnie. A gdzie tak w zasadzie jest? Za sobą ma jeden z najlepszych występów w życiu, a przed sobą wciąż perspektywę walki o mistrzostwo. Jest jednym z najważniejszych graczy zadaniowych Houston Rockets.

Udowodnił w to w meczu numer dwa przeciwko Warriors, gdy ledwie piąty raz w karierze udało mu się dobić do 22 punktów – przy ponad 500 rozegranych spotkaniach w NBA, taki występ zdarza mu się… raz na sto meczów. Zdarzył się jednak w momencie niezwykle ważnym, bo Rockets bardzo potrzebowali zwycięstwa, aby nie jechać do Oakland z wynikiem 0-2. To się udało, a ofensywie Rakiet ton nadał także Tucker, trafiając osiem z dziewięciu rzutów z gry, w tym career-high pięć trójek, co ostatecznie dało 22 punktów, czyli zaledwie o dwa mniej niż razem zdobyli Splash Brothers.

Tucker na taki mecz czekał ponad dekadę. Wybrany w drafcie w 2006 roku przez Raptors, zagrał dla nich tylko 17 spotkań, po czym rozpoczęła się jego tułaczka po Europie. Zaliczył występy m.in. na Ukrainie, we Włoszech czy w Grecji, zanim w 2012 roku nie powrócił do NBA. Rękę wyciągnęli do niego Phoenix Suns.

W Arizonie spędził pięć sezonów – w połowie ostatniego został wytransferowany do Toronto. Wracał więc do drużyny, która wybrała go w drafcie, ale tym razem jako ukształtowany już zawodnik i ktoś, kogo Raptors chcieli w swoim składzie.

Ale druga przygoda w kanadyjskiej drużynie wcale nie była udana – Tucker co prawda właśnie w barwach Raptors po raz pierwszy zagrał w fazie play-off (po 418 meczach sezonu regularnego), ale nie okazał się być „stoperem na LeBrona”, jak określali go niektórzy. Raptors w drugiej rundzie przegrali bowiem z Cavaliers w gładki sposób 0-4, a sam James notował średnio 36 punktów i był po prostu nie do zatrzymania.

Tucker po sezonie był wolnym agentem i przeniósł się do Teksasu, podpisując kontrakt z Houston Rockets. Po raz drugi w karierze zagrał we wszystkich 82 spotkaniach sezonu, notując średnio 6.1 punktów i 5.6 zbiórek na mecz, ale dopiero w fazie play-off przypomniał o swojej wartości.

Znacząco pomógł drużynie w awansie do finałów konferencji, a po słabym G1 przeciwko Warriors (0/3 z gry, jeden punkt) zagrał dokładnie tak, jak potrzebowali tego Rockets. Świetnie wykorzystywał pozycje stworzone przez kolegów i znakomicie wywiązał się ze swojej roli gracza zadaniowego. Niska piątka Paul-Harden-Gordon-Ariza-Tucker jest zdaniem tego ostatniego najlepszym niskim ustawieniem w całej lidze. Nawet jeśli nie wszyscy mogą się z tym zgadzać, w meczu numer dwa ta piątka rzeczywiście tak zagrała.

A sam Tucker, mimo 33 lat na karku, gra ostatnio po prostu bardzo dobrą koszykówkę. Nie jest już „stoperem na LeBrona”, nie jest też kimś takim dla Kevina Duranta, lecz zamiast tego po prostu robi swoje. Wyłączając nieudany dla niego mecz numer jeden serii z Warriors, w pięciu z ostatnich siedmiu spotkaniach przekraczał granicę 10 punktów, trafiając ogółem aż 23 rzutów zza łuku na 38 prób (prawie 66 procent skuteczności). Fani Rockets z pewnością mają nadzieję, że Tucker taką formę utrzyma, by Houston mogło skutecznie powalczyć z GSW o awans do finałów ligi.

Tomek Kordylewski

adidas Harden Vol. 2 – w tych butach James Harden gra jak MVP >>




POLECANE

tagi