Rozczarowanie Stelmetem – za mocni na PLK, za słabi na Europę

Share on facebook
Share on twitter

Dziurawa obrona, porażki w ważnych meczach u siebie, 0-8 na wyjazdach. Po sezonie, który rozbudził nadzieje, mistrz Polski przepadł w europejskiej szarości.

Artur Gronek (fot. basketballcl.com)

PLK, NBA – typuj wyniki i zgarniaj kasę >>

Poprzedni sezon w Europie skończył się dla Stelmetu bardzo dobrze. W grupie C Euroligi udało się wygrać tylko 2 z 10 meczów, ale zwycięstwa z Panathinaikosem u siebie oraz z rewelacją rozgrywek, Lokomotiwem Krasnodar na wyjeździe, przejdą do klubowej historii.

Na dodatek były one – szczególnie wygrana w Rosji – wstępem do rywalizacji w Eurocup, gdzie Stelmet okazał się mistrzem wyjazdów. W 1/8 finału mistrzowie Polski wyeliminowali Unics Kazań, zwyciężając w jego hali 71:54 po popisowym spotkaniu, a w ćwierćfinale powalczyli z Herbalife Gran Canaria.

Mecze były dobre, Stelmet walczył, błyszczeli Dee Bost i Mateusz Ponitka. Ten drugi otrzymał nawet EuroCup Rising Star Trophy. Momentami wyglądało to świetnie.

Wpadki, także transferowe

A teraz wyglądało to bardzo źle, w ostatnich tygodniach Stelmet grał w Europie tak, że bolały zęby. Mistrzowie Polski przegrali osiem spotkań z rzędu, z których kilka było dużymi wpadkami – to 80:81 z Partizanem, który do Zielonej Góry przyjechał mocno osłabiony i bez trenera, to 75:86 na wyjeździe z najgorszym w grupie Szolnoki Olaj, to 83:86 u siebie z belgijskim Charleroi.

Można też wspomnieć o sromotnie przegrywanych trzecich kwartach z Ciboną Zagrzeb w 1/8 finału FIBA Europe Cup, do którego spadł Stelmet z Ligi Mistrzów – w sumie 33:68, co sprawiło, że zielonogórzanie nie mieli szans na awans do ćwierćfinału. 35 punktów straty w 20 minut po wyjściu z szatni, gdy już wiadomo jak gra przeciwnik!

Wytłumaczenie przegranego sezonu jest oczywiste – w Zielonej Górze po odejściu Saso Filipovskiego, gwaranta siły Stelmetu z ostatnich sezonów, zbudowano po prostu dużo słabszy zespół. Nie trafiono z transferami – Igor Zajcew i Julian Vaughn już odeszli, James Florence prezentuje niższy poziom niż Dee Bost, a Armani Moore i Thomas Kelati rozkręcali się powoli. Vladimir Dragicević, jedyny od początku udany transfer Stelmetu, dołączył do drużyny zbyt późno, by pomóc w Europie.

Słaba obrona, mnóstwo strat

Do tego doszedł debiutujący w roli trenera, 31-letni na początku sezonu Artur Gronek. Porównania z Filipovskim są dla niego krzywdzące, bo umówmy się – każdy trener będący w zasięgu polskiego klubu ze Słoweńcem przegrywa. Dlatego trudno też się dziwić, że słabszy zestaw graczy pod jego dowództwem nie osiągnął sukcesów. Ale wciąż – niedosyt jest, szczególnie, jeśli przypomnimy sobie spotkania z Partizanem czy na Węgrzech.

Generalnie w Lidze Mistrzów Stelmetowi przeszkodzie stanęła przede wszystkim obrona – z 40 zespołów, które zagrały w grupowej fazie Ligi Mistrzów, zespół z Zielonej Góry miał dopiero 33. efektywność defensywy, czego potwierdzeniem mogą być 102 stracone punkty w Zagrzebiu, w meczu o być albo nie być w Europie. Choć, co ciekawe, jego 109,2 punktu tracone na 100 posiadań i tak było lepsze niż wskaźniki Charleroi (111,4) czy Cibony (111,7), z którymi mistrzowie Polski przegrali wszystkie cztery mecze.

A przegrywali także dlatego, że miewali duże problemy w ataku – zielonogórzanie popełniali straty w 20 proc. posiadań, co było czwartym najgorszym wynikiem w stawce i często oznaczało łatwe punkty dla rywali. Koszykarze Gronka nadrabiali skutecznością z dystansu (niezłe 36 proc.), ale długo byli zespołem jednowymiarowym, który nie groził niczym pod koszem – średnie Vaughna, Hrycaniuka i Zajcewa to 14,8 punktu oraz 10,3 zbiórki. W sumie, dla całej trójki.

Nie miał też Stelmet gracza, który pociągnąłby zespół za sobą. To znaczy miał – Łukasza Koszarka. Kapitan w kilku spotkaniach zagrał bardzo dobrze, ale to było za mało, brakowało wsparcia specjalistów od zrobienia „czegoś z niczego”. James Florence rzucał w Lidze Mistrzów po 10,8 punktu na mecz, miał też po 2,9 asysty, ale popełniał też po 2,8 straty i utknął gdzieś między pierwszą piątką, a ławką, byciem strzelcem, a rozgrywającym.

W Polsce – półkę wyżej

Przy czym wszystko to, co napisaliśmy powyżej, dotyczy tylko europejskich pucharów. W PLK Stelmet ciągle jest siłą nr 1, którą można zachwiać wygrywając pojedyncze mecze, ale przewrócić się jej nie da. Przynajmniej tak się wydaje po turnieju o Puchar Polski, gdy zielonogórzanie wygrali trzy mecze w cztery dni z silnymi, dobrze zorganizowanymi zespołami.

Piątka James Florence, Karol Gruszecki, Armani Moore, Jarosław Mokros i Adam Hrycaniuk – rezerwowy skład mistrzów Polski – byłaby obiektem marzeń większości zespołów, a gdy do gry wchodzą Łukasz Koszarek z Vladimirem Dragiceviciem, otoczeni Przemysławem Zamojskim, Thomasem Kelatim i Nemanją Djurisiciem, przeciwnicy odstają.

Do tego dochodzi też Gronek, który choćby w finale Pucharu Polski pokazał, że lubi brać inicjatywę i zaskakiwać, który nie tylko ma najlepszych koszykarzy w lidze, ale też jest bardzo dobrze przygotowany do rywalizacji o kolejny tytuł. Nawet, jeśli ma mniejsze doświadczenie niż kilku trenerów drużyn przeciwnych, to zdecydowanie daje radę. Ale znów – w Polsce, bo w Europie jeszcze nie.

I prawda jednak taka, że grający o poziom gorzej Stelmet, wciąż jest o półkę wyżej niż Anwil, Polski Cukier, Turów czy Rosa. Po zeszłorocznych przebłyskach w Europie wrócił jednak do brzydkiej szarości.

Łukasz Cegliński

PLK, NBA – typuj wyniki i zgarniaj kasę >>

POLECANE

Już po 3 kolejkach odchodzi trener Jacek Winnicki, cały zespół ukarano finansowo, rozwiązano kontrakty z Yancym Gatesem i Grzegorzem Surmaczem, a Jay Threatt i Nikola Jevtović zostali zawieszeni. W Ostrowie po tych czystkach trzeba będzie budować zespół od nowa.