Sokół z różnych parafii, czyli jak Łańcut doskoczył do kosza

Share on facebook
Share on twitter

Grzegorz Kijowski najpierw był niezłym jeźdźcem w Legii, Dariusz Kaszowski biegał przełaje po całym Podkarpaciu, a Brat Józef pilnował, by chłopaki z Łańcuta nie ćpali kompotu. Sokół wykluł się z ich pasji.

Dariusz Kaszowski (Fot. Sebastian Maślanka/sokol-lancut.pl)
Dariusz Kaszowski (Fot. Sebastian Maślanka/sokol-lancut.pl)

Załóż konto w Unibet i zgarnij bonus >>

Na zapleczu ekstraklasy grają od 2004 roku. W trakcie 12 sezonów tylko dwa razy zabrakło ich w play-off. W ostatnich latach regularnie są w czołówce I ligi.

Będą w niej także w tym sezonie. Marcin Sroka, Marek Zywert, Alan Czujkowski, Rafał Kulikowski, Maciej Klima, Jerzy Koszuta, Krzysztof Krajniewski są lub powinni być czołowymi graczami ligi na swoich pozycjach. A poza tym trenerem jest przecież Dariusz Kaszowski – stary wyga, który I ligę zna jak własną kieszeń, a klub, drużynę traktuje jak własne dziecko.

Widać w jego grze pomysł, ale nie schemat. To nie jest drużyna, która co roku gra tak samo, niełatwo ją rozgryźć. Darek zmienia swoje zagrywki, dostosowuje je do ludzi, których ma – mówi jeden z ligowych trenerów.

Jest też sporo pomysłów obronnych, defensywa jest zmienna – z sezonu na sezon, ale też w trakcie meczu. Są zaskoczenia obroną strefową, są pułapki na rozgrywającego do linii bocznej, końcowej – dodaje inny szkoleniowiec.

Koszykarze w tej drużynie mają duży luz i kredyt zaufania od trenera, co daje im dużą pewność siebie na boisku. Sokół to takie miejsce, w którym chce się grać. Solidne pieniądze, brak presji, fajna atmosfera, spokojne miasto, dobre wyniki – przekonuje trzeci.

Tour de Pologne Jurka Koszuty

Być może jestem wyjątkiem, ale mi Sokół wcale nie kojarzy się z Dariuszem Kaszowskim. A przynajmniej nie przede wszystkim. U mnie pierwsze miejsce ma Jerzy Koszuta, najbardziej znany z wychowanków tego klubu.

Jerzy Koszuta (Fot. sokol-lancut.pl)
Jerzy Koszuta (Fot. sokol-lancut.pl)

Zadziałał efekt pierwszego wrażenia – potężny wsad Koszuty z powietrza, który zobaczyłem w 2005 roku, gdy Sokół grał w Legionowie, wyrył mi się w pamięci. I broniłbym tezy, że nikt w Polsce nie potrafi rzuć tak ładnie, z takim wyczuciem i tak skutecznie po długim zawiśnięciu w powietrzu, jak on.

Nieźle skakałem już pod koniec podstawówki, jak zaczynałem trenować kosza. Trudno mi powiedzieć, dzięki czemu – mówi Koszuta. – Ja kiedyś bardzo dużo jeździłem na rowerze, pół Polski zjeździłem. Turystycznie, rodzinnie – jechaliśmy z Łańcuta na Mazury, nad morze czy przejeżdżaliśmy całe wybrzeże. Od małego tak jeździłem, niektórzy mówią, że stąd te mięśnie i wyskok. Ale oczywiście znam teorie fachowców mówiące, że jazda na rowerze źle wpływa na skoczność. Zastanawiam się,  co by to było, gdybym na rowerze nie jeździł – śmieje się Koszuta.

Jak zaczął grać w kosza, to nauczył się koordynacji. Jak nauczył się skakać efektywnie, zaczął latać. To on wygrał pierwszy treningowy konkurs, który Kaszowski zorganizował, by zmobilizować swoich graczy – w ósmej klasie dostał 5 złotych za prawidłowo wykonany wsad. – Mój rekord wyskoku, ale nie klasycznego skoku dosiężnego z miejsca, tylko takiego, jaki wykonuje się na boisku, po naskoku z dwóch nóg, to 115 cm. Bywało, że dotykałem głową obręczy – wspomina Koszuta.

To właśnie on jest najbardziej znanym wychowankiem Sokoła, w drużynie seniorów debiutował w 1998 roku, gdy zespół grał akurat w nieoficjalnych rozgrywkach Regionalnej Ligi Seniorów. Gdy sześć lat później drużyna wchodziła do I ligi, Koszuta był już trzecim strzelcem zespołu po Piotrze Misiu i Michale Baranie. Całej kariery w Sokole nie spędził, miał aż sześć lat przerwy na występy w Spójni Stargard i AZS Szczecin. Ale w 2015 roku wrócił do rodzinnego miasta.

Skąd się bierze siła Sokoła? – Z dobrej atmosfery w szatni, na boisku, w zespole. Ta drużyna zawsze jest małą rodziną, to buduje wyniki. A poza tym trener Kaszowski ma dar dobierania właściwych zawodników. W Sokole wszystko do siebie pasuje.

Legia, LABA i Kominki Groz

W 1998 roku Koszuta miał 16 lat, w finale PLK Śląsk ogrywał Pekaes 4-3, a Michael Jordan kończył przygodę z Chicago Bulls szóstym tytułem mistrzowskim.

Wspomnienia i daty się zacierają, ale to mniej więcej wtedy Kaszowski zwrócił się do Grzegorza Kijowskiego. – Powiedziałem coś w stylu: „Przyjacielu drogi, nie stać nas na jednakowe stroje, na to byśmy się porządnie prezentowali. Gdybyś był w stanie ufundować nam stroje rozgrzewkowe czy meczowe, cieszylibyśmy się bardzo, a ty miałbyś dodatkową reklamę”. Rozmowa była w piątek, a w sobotę Grzegorz przyjechał z pudłem strojów – żółtych, z czarnymi napisami Kominki Groz, która jest jego firmą. Tak się zaczęła nasza współpraca.

Kijowski nie chce powiedzieć, ile pieniędzy włożył w Sokoła przez kilkanaście lat zaangażowania. – Dużo. Ile? Nie mogę powiedzieć. Nie chcę. Ludzie i tak nie wierzą w to, co mówię.

Przez pierwsze pięć lat to była kwota liczona w setkach tysięcy złotych – począwszy od transferów, przez utrzymanie drużyny, wydatki na wszystko. Kiedyś wykładałem bardzo duże pieniądze, w 2005 roku więcej pchałem w Sokoła niż zarabiałem dzięki swojej firmie. Mało brakowało, a skończyłoby się to dla niej tragicznie, musiałem ratować firmę. Ale klub znalazł sponsorów, którzy zaczęli mocniej wspierać zespół. W tym roku mamy ich wyjątkowo dużo.

Kijowski pochodzi z Przemyśla, grał w kosza w młodzieżowych drużynach Resovii, ale największe sportowe osiągnięcia miał jako jeździec – w skokach przez przeszkody. Doskoczył dość wysoko, był czołowym juniorem w Polsce, do 1985 roku reprezentował Legię Warszawa. – Czy byłem dobry? No, byłem w Legii, więc pewnie tak – śmieje się Kijowski.

„Kaszę” poznał w Rzeszowie, w lidze amatorskiej, która nazywała się LABA. W jego zespole z roku na rok grało coraz więcej chłopaków z Łańcuta, Kijowski poprosił w końcu Kaszowskiego o pomoc przy prowadzeniu zespołu podczas meczów. To właśnie wtedy, pod koniec lat 90., trener poprosił o te stroje. W 1999 roku drużyna zaczęła występować pod nazwą Kominki Groz, zaczęły się pierwsze transfery – graczy ze Stalowej Woli, z Tarnowa, z Rzeszowa.

Kijowski był sponsorem, a także prezesem sekcji. Kaszowski rósł jako trener, ale gdyby nie Kijowski, pewnie by utknął w najwyżej II lidze. Obaj są przyjaciółmi.

Wszyscy z innej parafii

Łańcut – jakie to miasto? Założone przez Kazimierza Wielkiego, z ładnym zamkiem, 16 kilometrów od Rzeszowa, liczące niespełna 20 tys. mieszkańców. Marcel Wilczek, były podkoszowy Sokoła, powiedział kiedyś: – W Łańcucie jest tak fajnie i pięknie jak nad morzem. Tylko, że nie ma morza.

Zamek w Łańcucie
Zamek w Łańcucie

Ale w połowie lat 80. Łańcut słynął nie tylko z zamku. Podkarpackie miasteczko miało najwięcej w Polsce w narkomanów w przeliczeniu nad jednego mieszkańca. Więcej mówiło się o kompocie, polskiej heroinie czy słomie makowej niż o koszykówce.

Nastolatków pilnował wówczas Brat Józef. A właściwie – Józef Witek. Starszy ministrant, lektor, społecznik. Urodzony w 1940 roku, zmarły w 2004, ważny i pamiętany człowiek. W Łańcucie od kilku lat odbywa się przedsezonowy memoriał jego imienia. To właśnie Brat Józef zaproponował dzieciakom koszykówkę. W jej popularyzowaniu był bardzo ważny. Choć nie tylko on, bo o ile Łańcut nie miał koszykarskich tradycji, to na przełomie lat 80. i 90. miał szczęście do nauczycieli i mobilizacji mieszkańców.

Po pierwsze: Tadeusz Naróg, wuefista ze szkoły m.in. Kaszowskiego, pokazywał uczniom wiele dyscyplin, w tym koszykówkę, którą zaraził późniejszego trenera. W 1985 roku powołał amatorską ligę koszykówki przy hali MOSiR, starej ujeżdżalni koni.

Po drugie: do tej ligi z ministrantami, ale nie tylko, przychodził Brat Józef, który w 1990 roku, widząc rosnące zainteresowanie dyscypliną, powołał Misyjny Parafialny Klub Sportowy Łańcut.

Po trzecie: równolegle, za sprawą Krzysztofa Skrobacza, utworzono sekcję koszykarską przy MKS Łańcut – wcześniej słynącym z drużyny siatkarek, która dwukrotnie, samymi łańcuciankami, awansowała do II ligi.

Po czwarte: w 1990 roku reaktywowano w mieście historyczne Polskie Towarzystwo Gimnastyczne „Sokół”.

Byli młodzi zawodnicy, był klub, był zapał, byli ludzie. W sezonie 1990/91 w III lidze po raz pierwszy wystartował seniorski zespół z Łańcuta, który nosił nazwę Parafie Łańcut. Rok później w zespole grał już 18-letni Darek Kaszowski. Rozgrywający nie do zdarcia. Ze względu na wytrzymałość.

„Kasza” i jego życiówki

Był obiecującym lekkoatletą, choć trochę z łapanki. Został wytypowany na zawody szkolne i okazało się, że bez żadnego treningu wygrał finał zawodów wojewódzkich w biegach przełajowych w Rzeszowie. Praktycznie z marszu, znaczy z biegu. Wygrał też finał wojewódzki mistrzostw młodzieży szkolnej na 1000 metrów.

Swoje życiówki recytuje z pamięci. – Na kilometr w ósmej klasie miałem 2.56,7 minuty. A w wieloboju wytrzymałościowym, w kluczowej konkurencji bieg na 2000 metrów, 6.08 – wylicza Kaszowski.

Trenerzy kadr wojewódzkich zaczęli powoływać mnie na obozy, a po skończeniu podstawówki dostałem propozycję przejścia do szkoły sportowej do Rzeszowa – o klasy o profilu lekkoatletycznym. Ale koszykówka cały czas była bliska mojemu serduchu. Miałem tak od piątek klasy podstawówki – dzięki Tomaszowi Narogowi, który robił nam wspaniałą ogólnorozwojówkę, uczył nas grać we wszystko.

Kaszowski przez rok trenował lekkoatletykę, ale też dojeżdżał z rzeszowskiego internatu do rodzinnego Łańcuta na koszykarskie mecze MKS. W końcu okazało się, że nastolatkowi, trenerowi od lekkiej atletyki i trenerowi koszykarskiemu nie jest po drodze. „Kasza” przestał biegać. – Na ostatnich zawodach wystartowałem w Mielcu, zakończyłem je życiówką na 1000 m – 2.39,6 minuty.

Trenował trochę w drużynie kadetów Resovii, ale nie przebił się do starszego rocznika. W Łańcucie właśnie zgłaszano drużynę do III ligi. W latach 1991-94 był jej rozgrywającym, przez chwilę łączył granie z prowadzeniem zespołu. Od sezonu 1994/95 jest trenerem zespołu z Łańcuta. To już 22 lata.

Wszystkie ruchy Hakeema Olajuwona

Dariusz Kaszowski (Fot. Sebastian Maślanka/sokol-lancut.pl)
Dariusz Kaszowski (Fot. Sebastian Maślanka/sokol-lancut.pl)

„Kasza” rósł, uczył się, zdobywał doświadczenie razem z zespołem. Skończył kierunek wychowania fizycznego na Wyższej Szkole Pedagogicznej w Rzeszowie. Zrobił II klasę trenerską na AWF w Gdańsku. Teraz jestem już trenerem I klasy. A także nauczycielem WF i ważną osobą na sportowej mapie Łańcuta. W klubie odpowiada praktycznie za wszystko – kontrakty, organizację, szukanie sponsorów.

Jako młody trener chłonął wszystko jak gąbka. – Do teraz tak jest, bo jak nie inwestujesz w siebie, to stoisz w miejscu – mówi. – Ja nie miałem się za bardzo od kogo uczyć, w Łańcucie nie było trenera z prawdziwego zdarzenia. Ale pomagał mi świętej pamięci Mieczysław Raba – doświadczony trener z czasów świetności Resovii w latach 70., który do Łańcuta przyjeżdżał raz w tygodniu na treningi. Siadał na ławce, oglądał, podpowiadał – a w podkarpackiej koszykówce to był ogromny autorytet.

Pochłaniałem ogromne ilości meczów nagrywanych na kasety. Po nocach oglądałem i nagrywałem NBA, praktycznie wszystko. A potem analizowałem te mecze. Nie zapomnę, jak studiowałem kroczek po kroczku Hakeema Olajuwona, który wykonywał swoje manewry podkoszowe. Oglądałem każdy jeden krok, a potem próbowałem je przekazać swoim chłopakom – opowiada Kaszowski.

Czym wyróżnia się jego Sokół? – Przede wszystkim chcę tworzyć zespół. Prawdziwy. Wiem, to oklepane, każdy to mówi. Ale tak jest, to najważniejsze – jeśli chłopcy chcą razem ze sobą walczyć o każdy centymetr, to jest już dobrze.

Zaszufladkować się jednak, patrzeć na jedną rzecz, nie można. Na pewno szczególną uwagę zwracam na obronę – chyba nigdy się nie zdarzyło, byśmy byli poza pierwszą czwórką najlepiej broniących drużyn. Te systemy obronne, które proponuję, staram się ulepszać, poprawiać o nowinki, które zaobserwuję, które poznam na konferencjach trenerskich. Kopalnią pomysłów jest też Euroliga, można z niej bardzo dużo wynieść – mówi trener Sokoła.

Sokół na wiecznej wyprzedaży

Kibice Sokoła (Fot. Sebastian Maślanka/sokol-lancut.pl)
Kibice Sokoła (Fot. Sebastian Maślanka/sokol-lancut.pl)

Walka o awans, budżet, ambicje. To temat, który Kaszowskiego i Kijowskiego trochę denerwuje. Albo przynajmniej denerwuje ich sposób, w jaki zadaję pytanie – cóż, tak też mówi się w Polsce o tym klubie. Że czasem wygląda tak, jakby w końcówce sezonu zdejmował nogę z pedału gazu. Że nie chce awansować.

Bzdury, kompletne bzdury. Oprócz może jednego sezonu, dziwnego, gdy nasi gracze zaraz potem pojawili się w klubach, które awansowały do ekstraklasy, za każdym razem walczymy do końca. Nie spotkałem się z żadnym wyhamowaniem, biliśmy się do końca, chcieliśmy awansować – mówi Kijowski.

Nigdy nie było tak, że zabraniałem walki o awans lub robiłem coś, by zespół wyhamował na finiszu. To nie jest w moim charakterze. Ale często brakowało nam zdrowia, wąski skład odbijał się w końcówce sezonu – wypadał jeden, dwóch graczy i niestety, słabliśmy – dodaje Kaszowski.

Ich zdaniem Sokół ma niski budżet. A nawet bardzo niski, porównując z osiąganymi wynikami. – Z tego co wiem, to na chwilę obecną, mamy 10. budżet w lidze – mówi Kijowski. – Wie pan, atmosfera jest dobra, większość z tych, którzy przychodzą, odbudowują swoją formę. Wiedzą, że Kaszowski ma dobrą rękę i kogo nie weźmie, to go podpromuje. Myślę, że przekonało się już o tym wielu graczy, którzy są skłonni grać u nas za mniejsze pieniądze.

Nazwiska? Owszem, mamy – przyznaje Kaszowski pytany o obecny skład. – Ale proszę mi powiedzieć – czy wiele klubów interesowało się tymi graczami, którzy do nas przyszli?

Trener ma rację – o Srokę, Zywerta, Czujkowskiego, Krajniewskiego nikt się nie zabijał, każdy z tych graczy miał ostatnio swoje problemy. Ten nie grał, ten nie prezentował się najlepiej, inny leczył kontuzję. Można powiedzieć, że Sokół pozyskał ich trochę „z przeceny”.

Realna ocena szans

Ale rywale się śmieją. – Darek Kaszowski zawsze mówi, że ma dużo mniej pieniędzy niż rywale. 10. budżet w lidze? Możliwe, tylko pewnie na samych zawodników – Sokół jako klub jest właścicielem kilku mieszkań w Łańcucie, więc nie płaci za zakwaterowanie, ma też dużo niższe koszty wynajmu hali. Kontrakty zawodników? Dostajemy od agentów te same oferty, więc wiem, ze kilku obecnych graczy podpisało w Łańcucie kontrakty na 60-70 tys. złotych za sezon – mówi jeden z ligowych prezesów.

Faworytem do awansu w najbliższym sezonie jest Legia, bardzo mocno wygląda GKS Tychy, gdzieś pomiędzy nimi jest Sokół. – Cieszymy się, że od kilku sezonów jesteśmy doceniani, wcześniej machano na nas ręką, choć tylko dwa razy byliśmy poza play-off – mówi, trochę z przekąsem, Kaszowski.

Sokół Łańcut (Fot. sokol-lancut.pl)
Sokół Łańcut (Fot. sokol-lancut.pl)

Jaki jest cel silnej drużyny z Łańcuta? – Staram się realnie oceniać nasze szanse. Kiedyś mówiłem, że celem jest awans do ósemki, ostatnio powtarzam, że do czwórki. Teraz słyszę, że moi koszykarze mówią, że są w stanie wygrać ligę. Nie widzę innego wyjścia, jak dostosować do zawodników. Gramy o mistrzostwo I ligi. A co wyjdzie – zobaczymy.

Kijowskiego wprost pytam o awans, a prezes mówi, że Sokół wypełniłby ekstraklasowe wymogi, że potrzeba tylko impulsu, by rozbudować halę, projekty są. – Awans to takie marzenie od lat – żeby choć jeden sezon zagrać w ekstraklasie. Marzenie nie tylko moje, myślę, że Darka też. Jesteśmy ostrożni, ale chcielibyśmy bardzo awansować, bo chyba nie było jeszcze tak małego miasta w ekstraklasie.

Czyli co – z takim silnym zespołem nie ma innej opcji niż walka o awans, tak? – dopytuję. Jaki jest cel Sokoła na 2017 rok?

Kilka sekund ciszy.

Wie pan co, chcemy wejść do czwórki. A co będzie dalej, to życie pokaże.

Łukasz Cegliński

Załóż konto w Unibet i zgarnij bonus >>