Steven Adams – od beksy do twardziela

Share on facebook
Share on twitter

Ma 17 braci i sióstr, pochodzi z Nowej Zelandii i stał się jednym z największych twardzieli w NBA. Bez niego nie byłoby kolejnego dobrego sezonu Thunder.

fot. wikimedia commons

Tissot – niezwykła kolekcja zegarków dla fanów NBA >>

Steven Adams nie tylko ma siedemnaścioro rodzestwa, ale w dodatku jest najmłodszy. W związku z tym często jako dziecko był przez starszych braci i siostry atakowany. Jego jedynym sposobem na walkę z nimi był płacz.

Moi bracia tak bardzo mi dokuczali za dzieciaka, że bardzo dużo płakałem. To była jedyna linia obrony jaką miałem. Prośby o zaprzestanie nie skutkowały. Gdy płakałem, pojawiał się mój ojciec. Był niczym moja własna kawaleria.

Adams dorastał w miejscowości Rotorua, malowniczo położonej na szlaku wielu jezior w środku Nowej Zelandii. Jest to bardzo popularne miejsce dla turystów, którzy wybierają się tam dla widoków, bardzo ciepłych i przyjemnych wiosen, a także gejzerów, które strzelają siarką, nadającą całemu obszarowi dość specyficznego zapachu.

– Śmierdzi tak bardzo jakby ktoś cały czas pierdział ci w twarz. Ale da się do tego przyzwyczaić – mówi Adams w rozmowie z Brianem Windhorstem z ESPN.

Jego ojciec, który mierzył 210 centymetrów wzrostu, miał dzieci z pięcioma różnymi kobietami. Stąd choćby fakt, że Steven jest przyrodnim bratem Valerie Adams, wielokrotnej medalistki mistrzostw świata i igrzysk olimpijskich w pchnięciu kulą. Steven nie miał jednak okazji dobrze poznać ojca, bo zanim wszedł w dorosłe życie, ten zmarł na raka.

Adams stracił swojego obrońcę i zboczył z drogi. Przestał chodzić do szkoły, okłamywał rodzeństwo i zaczął spędzać czas z miejscowym gangiem. Na szczęście było to tylko chwilowe.

Dziecko w krawacie
Gdy miał 14 lat, jego starszy brat Warren wpadł na pomysł. Adams miał już wtedy około 195 centymetrów wzrostu, więc brat odezwał się do Kenny’ego McFaddena, Amerykanina który grał zawodowo w Nowej Zelandii i tak mu się spodobało, że osiadł tam na stałe i został trenerem młodzieży.

McFadden dał Adamsowi szansę, dając mu stypendium sportowe. Było warte w szkole średniej około 150 tysięcy dolarów razem z kieszonkowym i pokryciem kosztów mieszkaniowych. Młody Steven miał uczyć się i grać w Scots College, szkole prezbiteriańskiej w Wellington, mieście oddalonym o sześć godzin jazdy od rodzinnych stron Stevena, a także od wszelkich kłopotów, w które miał tam wpaść.

Wymogi szkoły były takie, żeby nosić krawat, a także czerwoną marynarkę, nieco na wzór angielski. Gdy Adams pierwszy raz pojawił się w szkole, miał niedbały zarost na twarzy, włosy zapuszczone do połowy pleców, miał problem z pisaniem i czytaniem, a jego podejście było jeszcze gorsze.

– Nigdy wcześniej nie nosiłem krawata. Byłem jak Buszmen. Moi nowi koledzy patrzyli na mnie jak „Kim jest ten morderca?” Na początku to było bardzo niekomfortowe.

Ale inwestycja się opłaciła. Adams dostał indywidualnego nauczyciela, który pomógł mu nadrobić zaległości w szkole, a sam McFadden wdrożył mu własny cykl treningów, które zaczynały się codziennie o 6 rano, jeszcze przed pierwszymi lekcjami. Wtedy też narodziło się u Adamsa dążenie do doskonałości przez ciągłe próbowanie.

– Uzależniłem się od próby stania się lepszym. Trener postawił mi za cel zrobienie wsadu bezpośrednio z dobitki w trakcie meczu. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie zrobiłem. Powiedział, że jak mi się uda, to dostanę parę nowych butów. Więc próbowałem niemal w każdym meczu. Udało mi się dopiero po jakimś roku. Byłem tak podekscytowany, czułem się tak dobrze, byłem tak spełniony, że nie zależało mi na butach. To osiągnięcie pokazało mi, że nałogowo pragnę odnosić sukcesy.

Rozwój Adamsa był tak szybki, że w wieku zaledwie 16 lat został zaproszony na obóz w Los Angeles organizowany przez Adidasa, na który zjeżdżały się talenty z całego świata. Pomógł mu w tym oczywiście trener McFadden, wykorzystując swoje znajomości w USA. To była jego pierwsza podróż do Ameryki.

Zawodowiec w klapkach
Pokazał się z tak dobrej strony, że gdy skończył granie w szkole średniej, dostał ofertę z uniwersytetu w Pittsburghu. Tam spędził tylko rok i jego średnie nie przemawiały same do wyobraźni. W trakcie 23,4 minuty notował średnio 7,2 punktu, 6,3 zbiórki i 2,1 bloku na mecz.

Sam Presti jednak coś w nim dojrzał i wykorzystał wybór numer 12, należący pierwotnie do Toronto Raptors, a następnie do Houston Rockets. W ręce Thunder trafił w wymianie za Jamesa Hardena.

W Oklahoma City Adams szybko się odnalazł. Jego łatwość nawiązywania kontaktów polegała na tym, że nigdy nie brał czegokolwiek zbyt poważnie. Tym, a także brakiem zachłyśnięcia NBA zjednywał sobie kolegów z drużyny.

Ma w sobie tak wiele energii, zawsze ma szeroko otwarte oczy. Nie da mu się łatwo zaimponować, nie bierze też zbyt wielu rzeczy na poważnie. Myślę, że to coś, co przyniósł wraz z wychowaniem. Zawsze ma nastawienie w stylu „Przestań się wygłupiać.” Nie dorastał marząc o tym, żeby zagrać w NBA i to widać. Twardo stąpa po ziemi. – mówi kolega z drużyny Nick Collison.

To idealnie widać na poniższym wpisie z twittera. Gwiazdy NBA przyjeżdżają na mecz niczym na pokaz mody, a Adams przyjeżdża w klapkach. To jest w nim wyjątkowe.

To są buty gwiazd NBA – możesz takie mieć >>

Obecnie Adams rozgrywa swój czwarty sezon w NBA, ostatni na debiutanckiej, wręcz śmieciowej umowie. Na obecne rozgrywki zgarnie 3,1 miliona dolarów, ale już od przyszłego roku w życie wejdzie jego nowy kontrakt, dzięki któremu zarobi aż 22,4 miliona dolarów w pierwszym sezonie.

Błogosławieństwem dla Adamsa było posiadanie Kendricka Perkinsa w roli kolegi z drużyny. Już na pierwszych treningach Perk parokrotnie wsadził łokieć pod żebra Adamsa, spowodował kilka jego upadków i z grubsza pokazał na czym polega twarda gra podkoszowa. Adams sam później wdrażał to w życie.

W trakcie swoich pierwszych trzech sezonów został uderzony pięścią w brzuch przez Nate’a Robinsona, Vince Carter trafił go łokciem w głowę, Jordan Hamilton uderzył go pięścią w ramię. Larry Sanders trafił go łokciem w krtań, a Zach Randolph uderzył w szczękę, za co został zawieszony na mecz numer 7 rywalizacji Thunder – Grizzlies.

Rok temu w play-off słynne były kopniaki, które w kierunku krocza Adamsa wymierzał Draymond Green. Za każdym razem Adams jednak nie dawał po sobie poznać, że został wyprowadzony z równowagi. W przeciwieństwie do rywali:

https://www.youtube.com/watch?v=hyKYiC7lHvY

To głównie dlatego, że staram się słuchać i wykonywać polecenia swojego trenera. Mój trener Scott Brooks krzyczał na mnie na samym początku, że nie mogę odreagowywać na przeciwnikach, bo to może sprawić, że moja drużyna zostanie osłabiona. To nie jest łatwe i często boli, ale nie chcę działać na szkodę zespołu.

Jak ewoluowała gra Adamsa?
Zaczynał jako gracz zadaniowy. Miał przede wszystkim bronić, a w ataku jeśli już spadła mu piłka w ręce, to miał kończyć z góry. Z czasem jednak jego obowiązki były coraz większe, a na dobre zaczął z niego korzystać trener Billy Donovan.

W sezonie 2015/16 średnio 1,9 razu na mecz był wykorzystywany jako zawodnik rolujący w pick’n’rollach. Zdobywał 1,12 punktu średnio na posiadanie. W obecnym sezonie zespół wykorzystuje go już w 2,7 sytuacji na każdy mecz.

Zwiększyło się też zaufanie do jego gry tyłem do kosza. Adams w poprzednim sezonie dostawał piłkę do gry w „post-up” średnio 0,6 razu na mecz, czyli praktycznie w ogóle. Łącznie w sezonie regularnym było to około 50 akcji. Teraz już średnio 3 razy na mecz dostaje piłkę i może swobodnie grać 1 na 1 z rywalem.

Naturalnym po odejściu Kevina Duranta było to, że jego udział w ataku się zwiększy, podobnie jak innych zawodników. W końcu jakoś trzeba było zagospodarować te ponad 19 rzutów na mecz z gry, nie licząc posiadań kończących się na osobistych Duranta.

Adams w przeliczeniu na 36 minut gry oddaje średnio o 2,6 rzutu więcej niż rok temu. To wzrost o 33%, bo w rozgrywkach 2015/16 oddawał 7,6 rzutu. W górę poszedł też wskaźnik Usage do poziomu 16,8%, pokazujący jak często akcje są kończone przez Adamsa, gdy jest na parkiecie.

Gość, który trzyma obronę
Adams co prawda nie jest wybitnym obrońcą przy samej obręczy, gdzie notuje średnio 1,1 bloku na mecz, a rywalom pozwala na trafienie ponad 50% rzutów gdy sam znajduje się blisko kosza. Ale gdy jest na boisku, to wiadomo że mamy do czynienia z najlepszą defensywą, na jaką stać Thunder.

Z Adamsem na boisku Thunder tracą średnio 101,4 punktu na 100 posiadań. Lepszy jest tylko Victor Oladipo z wynikiem 101,3, czyli prawie identycznym. Gdy Adamsa nie ma, Thunder tracą 109,4 punktu na 100 posiadań, czyli aż o 8 punktów gorzej.

To także Adams, a nie Westbrook daje największy plus drużynie. Z nim na boisku Thunder są na +4,2, a z Russellem +3,8. Nieźle jak na chłopaka pochodzącego z miejscowości, gdzie zawsze śmierdzi siarką.

Piotr Zarychta, Twitter

To są buty gwiazd NBA – możesz takie mieć >>

 

POLECANE