PRAISE THE WEAR

Stracone lato Daniela Szymkiewicza

Stracone lato Daniela Szymkiewicza

Pracował nad rzutem, zmienił jego technikę, ale kontuzja wyłączyła go na sześć tygodni z przygotowań Rosy Radom. – Obawiam się, że praca, którą wykonał przed zgrupowaniem reprezentacji, poszła na marne – mówi Wojciech Kamiński.

Daniel Szymkiewicz i Tyrone Brazelton (Fot. Tomasz Fijałkowski)
Daniel Szymkiewicz i Tyrone Brazelton (Fot. Tomasz Fijałkowski)

Załóż konto w Unibet i zgarnij bonus >>

Skoro następcy Łukasza Koszarka wypatrujemy ze świecą, to każdemu kandydatowi do tej roli przyglądamy się wnikliwie. Od dwóch sezonów takim graczem jest dla nas Daniel Szymkiewicz – niemal 22-letni już gracz Rosy, mierzący 193 cm wzrostu wszechstronny koszykarz, który wystąpił już w 113 meczach PLK, zadebiutował w europejskich pucharach, liznął reprezentacji.

A skoro szukamy następcy Koszarka, to szukamy też gracza, który tak samo, jak kiedyś on, będzie harował w wakacje pracując nad swoją grą. W przypadku Szymkiewicza tak było w zeszłym roku – po sezonie koszykarz wrócił do domu, w Kolbudach trenował ze swoim tatą Jackiem, byłym rzucającym m.in. Wybrzeża Gdańsk. Ćwiczył rzut, jego regularność, wyraźnie poprawił też przygotowanie fizyczne. Trener Wojciech Kamiński był zadowolony.

Teraz zadowolenia nie ma. – Wiem, że Daniel znów pracował nad rzutem, że zmienił jego technikę, ale efektów na razie nie widziałem, bo nie miałem gdzie ich zobaczyć – mówi trener Rosy. – Od wyjazdu z kadry „Szymek” długo leczył uraz, przez sześć tygodni nie trenował normalnie, dopiero zaczyna, więc nie wiem, czy zrobił postęp. Obawiam się, że praca, którą wykonał przed zgrupowaniem reprezentacji, poszła na marne.

Szymkiewicz pracę nad rzutem zaczął od razu po zakończeniu sezonu. – Wciąż brakowało mu szybkości i powtarzalności, wiemy, że rzut to największy problem Daniela. Więc pracowaliśmy po 2-3 godziny dziennie nad przyspieszeniem naskoku, pracą nadgarstka, podniesieniem łuku lotu piłki, generalnie – płynnością rzutu. Mieliśmy dostęp do hali, rzuty nagrywaliśmy, oglądaliśmy, poprawialiśmy – mówi Jacek Szymkiewicz.

Po kilku tygodniach zajęć w Kolbudach rozgrywający Rosy pojechał na zgrupowanie reprezentacji, które zaczęło się od ciężkich treningów. Gdy Mike Taylor zrezygnował z Szymkiewicza, uznając, że zawodnik nie prezentuje jeszcze takiego poziomu organizacji gry, by być trzecim rozgrywającym kadry, ten wrócił do Radomia. Tam okazało się, że jest kontuzjowany. Problem dotyczył więzadła śródstopia.

Koszykarz jeździł do lekarzy w całej Polsce, leczenie się przeciągało, czas uciekał. W końcu Szymkiewicz dostał zielone światło, ale powrót do normalnych treningów się wydłużał. – Rehabilitowałem się, potem stopniowo wchodziłem w trening, czasem tak bywa, że uraz leczy się dłużej. Przez dwa lata nic mi nie było, grałem w każdym meczu, teraz niestety dopadła mnie kontuzja – mówi zawodnik.

Powrót do zajęć z drużyną trwał długo, jeszcze podczas niedzielnego sparingu z Asseco, ostatniego przez meczem o Superpuchar Polski, Szymkiewicz rozgrzewał się, ale nie zagrał ani minuty. Po spotkaniu, gdy koledzy poszli do szatni, przez kilkanaście minut ćwiczył indywidualnie z Arturem Packiem.

W ostatnich dniach Szymkiewicz wreszcie trenuje normalnie – z drużyną i na 100 proc. W niedzielnym meczu w Zielonej Górze ma zagrać. Ale jak się zaprezentuje, co pokaże, na ile będzie gotowy do poważnego starcia na takim poziomie? – Nie wiem, dopiero wchodzę w trening, zobaczymy, jak się będę spisywał. Oczywiście, że jestem bardzo zdenerwowany całą sytuację, ale w sporcie to się zdarza. Wierzę, że jestem na dobrej drodze, by wrócić do formy – mówi zawodnik.

Łukasz Cegliński

Załóż konto w Unibet i zgarnij bonus >>

Autor wpisu:

POLECANE

tagi

Aktualności

16 lat i… koniec. Tyle musieli czekać kibice z Bostonu na kolejne mistrzostwo swojej ukochanej drużyny. Dokładnie w tym dniu w 2008 roku Celtics zdobyli swoje ostatnie mistrzostwo. Przyznać trzeba jednak, że tym razem zrobili to w wielkim stylu, ponosząc w tych Playoffs tylko trzy porażki. Finał z Dallas, który miał być bardzo zacięty, skończył się tak zwanym „gentleman sweep”, czyli 4:1.
18 / 06 / 2024 12:31
– Koszykówka to moja ucieczka od codzienności – przyznaje koszykarz Mateusz Bręk, u którego sukcesy sportowe w ostatnim czasie przeplatały się z trudnymi doświadczeniami poza parkietem. Kogo dziś widzi? – Po prostu chyba szczęśliwego człowieka, który cieszy się tym, że mógł spotkać się w kawiarni i porozmawiać o życiu – odparł, dodając później, że rozmowa ta była pewnego rodzaju formą terapii.

Zapisz się do newslettera

Bądź na bieżąco z wynikami i newsami