Taylor Brown – jak skończy się ten film?

Share on facebook
Share on twitter

W NBA grał jego ojciec, on nigdy nie miał na to szansy. Ale jak potoczyłaby się jego kariera, gdyby miał normalne serce? Na razie 27-letni Amerykanin z Kinga Szczecin, to jedna z gwiazd PLK.

(Fot. Jakub Bessarab)
(Fot. Jakub Bessarab)

Znasz się na koszu? – wygrywaj w zakładach! >>

Łukasz Cegliński: Patrząc na to, jak grasz, można się dziwić, że nie występujesz w lepszej lidze niż polska.

Taylor Brown: Taki jest mój cel, ale mam taki problem, że mam trochę inne serce niż przeciętny koszykarz – to tzw. serce sportowca. Nie jest to coś, co przeszkadza w uprawianiu sportu, jednak są lekarze, którzy widząc powiększony mięsień, nie dopuszczają mnie do gry, zlecają kolejne badania. I rok temu dwóch z nich – jeden z Turcji, drugi z Izraela – nie zgodziło się podpisać mi badań i dać zgody na grę. Przez to nie podpisałem kontraktu tam, gdzie chciałem.

Oczywiście robiłem badania w USA, mam zgodę od specjalisty, słyszałem, że mogę grać. Tylko że nie wszystkim klubom to wystarcza. Więc rok temu wróciłem do domu i przez rok nie grałem.

Trudno to zrozumieć – lekarz jednego klubu daje zgodę, a innego nie?

– W Turcji, w Darussaface, miałem grać przez dwa lata i pierwszy sezon rozegrałem, całkiem nieźle. Nie wiem – może przed tym pierwszym sezonem lekarz nie patrzył w te badania tak dokładnie, może nic nie zobaczył? W każdym razie przed kolejnymi rozgrywkami nie dostałem zgody. Sam nie wiem do końca, o co chodzi…

No i jestem w Szczecinie, wcale nie jest tu źle.

Ludzie z klubu mówią, że mają szczęście, że jesteś w drużynie. Są świadomi, że Taylor Brown trafił tu w pewnym sensie z promocji.

– Ja też czuję, że mam szczęście. Jak mówię – przez rok w ogóle nie grałem w kosza. A jeśli tak jest, że klub i kibice są ze mnie zadowoleni – tym lepiej.

Wiem, że jestem bardzo dobrym graczem, wiem, że powinienem grać w lepszych ligach. Ten sezon traktuję jako krok w tą stronę.

Poprzedni sezon nie był pierwszym, w którym nie grałeś. Miałeś też rok przerwy w NCAA, gdy studiowałeś na Uniwersytecie Bradley.

– Wtedy lekarze zauważyli, że moje serce jest powiększone. Postanowili, że zrobią kompleksowe badania, ale było im potrzebne porównanie pracy serca w trakcie wysiłku i przy kompletnym odpoczynku. Najpierw miałem mieć trzymiesięczną przerwę, potem zmieniło się to w pół roku, ostatecznie straciłem sezon.

Po badaniach okazało się, że to właśnie tzw. serce sportowca – nie choroba, nie problem. Ale problemem jest chyba właśnie to, że jak jadę podpisać kontrakt z nowym klubem, to ich badania trwają jeden dzień, a w zasadzie kilka godzin. I na pierwszy rzut oka dla niektórych lekarzy wygląda na to, że nie mogę grać. Czasem dla klubów to wystarczający powód, by nie podpisywać kontraktu.

Jak grasz, trenujesz, to czujesz się inaczej w związku z powiększonym sercem?

– Chodzi ci o ból, brak siły? Nic z tych rzeczy. Czuję wręcz, że mogę robić więcej, trenować ciężej. Czasem podczas treningu patrzę na kolegów i widzę ich zmęczenie. „Jesteście zmęczeni, serio? Bo ja nic nie czuję” – śmieję się z nich. Serce sportowca sprawia, że masz lepszą wytrzymałość.

Zastanawiałeś się, gdzie byś był, gdyby nie te dwie roczne przerwy?

– Codziennie się zastanawiam. Oglądam Darussafakę, mój były zespół, jak gra w Eurolidze i wiem, że powinienem tam być. Grać przeciwko byłym klubom mojego ojca. Ale to tylko sprawia, że pracuję ciężej i mam większą motywację.

rickey_brownTwój tata, Rickey Brown, rozegrał 340 meczów w Golden State Warriors i Atlanta Hawks na początku lat 80., potem przez 10 lat grał we Włoszech i w Hiszpanii. Pchał cię do koszykówki?

– Nie pchał, ale mnie uczył. Zresztą ja pokochałem koszykówkę w wieku dwóch lat, bawiłem się nią od małego. Tata pomógł mi bardzo, najbardziej jeśli chodzi o rzut z wyskoku. Jest ode mnie wyższy, grał bardziej pod koszem, ale rzucał nieźle. Często pracowaliśmy razem nad rzutem.

Urodziłeś się w Atlancie, ale mieszkałeś też z rodzicami w Europie.

– Można powiedzieć, że latałem w tą i z powrotem. Mieszkałem we Włoszech, potem w Hiszpanii.

Tak, jak 10 lat wcześniej Kobe Bryant, którego ojciec – też podkoszowy – po karierze NBA wyjechał do Europy.

– No i mój ojciec grał przeciwko Joe Bryantowi we Włoszech. Szkoda, że nie pamiętam więcej, że nie nauczyłem się włoskiego, tak jak Kobe. Byłem za mały – wróciliśmy do USA jak miałem sześć lat.

Wracając do twojego serca – nie boisz się, że coś złego stanie ci się na boisku?

– Nie, nie boję się, bo mam pewność, że jest nade mną Bóg. To sprawia, że czuję się dobrze.

Jak miałem siedem lat, straciłem młodszego brata – miał trzy lata, jak się utopił. Ta tragedia miała na mnie wpływ, od małego inaczej patrzę na życie. Wierzę też, że brat jest ze mną i pomaga mi w tym, co robię.

(Fot. Facebook.com/KingWilki)
(Fot. Facebook.com/KingWilki)

Kim ty właściwie jesteś na boisku, na jakiej pozycji czujesz się najlepiej? Bo opisywany jesteś jako czwórka, masz parametry trójki, a grasz czasem jak dwójka.

– Moją największą bronią jest rzut z wyskoku. Praktycznie całą swoją karierę grałem głównie jako czwórka, w Turcji przesunięto mnie na trójkę i poczułem się na tej pozycji bardzo dobrze. Zacząłem biegać po zasłonach, wypracowywać sobie więcej pozycji do rzutu, mogłem się rozwinąć, także w stronę pozycji nr 2.

Ale wiem też, że potrafię nieźle zbierać, a także zagrać tyłem do kosza. Przy wzroście 198 cm mogę robić to wszystko, więc wiele drużyn wykorzystuje mnie jako taką oszukaną czwórkę.

W Szczecinie trafiłeś do zespołu, który jest nastawiony na atak i dobrze do niego pasujesz. Szukałeś takiej drużyny czy tak ci się trafiło?

– Tak wyszło. I bardzo dobrze. King to najszybciej grający, najbardziej ofensywny zespół, w jakim grałem. Fajnie. Dobrze jest rzucać tyle punktów.

Niewielu trenerów decyduje się na taki styl, jaki przyjął Marek Łukomski – chce wygrywać atakiem, przerzucać rywala.

– Podczas przygotowań, w czasie sparingów i na początku sezonu, koncentrowaliśmy się na obronie.

Nie, no daj spokój. Pierwszy mecz ze Startem zagraliście na 93:88.

– Ale serio, na treningach zaczynaliśmy budować drużynę od obrony. Na meczach wyszło inaczej, bo trener po prostu chce, byśmy wykorzystywali pierwsze dobre pozycje do rzutu. Masz ją po 5, 6, 7 sekundach? Rzucaj. Mamy dobrych strzelców, nie ma powodu, by grać w nieskończoność, skoro jest otwarta pozycja. A jak trafiamy, to wyniki są wysokie.

Wracając do obrony – naprawdę się na niej koncentrowaliśmy podczas przygotowań, a teraz musimy się w niej poprawić. Indywidualnie i zespołowo.

Dobra, ale wasz atak jest ciekawszy. Russell Robinson powiedział mi, że ta szybka gra to sposób na to, by utrzymać dobrą atmosferę w drużynie. Krótkie akcje, to więcej rzutów dla każdego, więc zawodnicy są zadowoleni.

– Tak, a Russell może mieć więcej asyst, nie?

To świetny rozgrywający, jeden z najlepszych w lidze, więc wie, co mówi. Rzeczywiście, mamy bardzo utalentowanych ofensywnie graczy, musimy to wykorzystywać.

taylor_brown6Miałeś kiedykolwiek poważną szansę na to, by dostać się do NBA?

– Nie, żadnej. Moja kariera to trudna droga. Straciłem rok w NCAA przez te badania serca. Gdy w 2012 roku podpisałem kontrakt we Frankfurcie, to na pierwszym treningu skręciłem kostkę, zerwałem dwa więzadła. I zamiast grać w Bundeslidze, przez kilka miesięcy dochodziłem do siebie grają w niemieckiej III lidze. To znów spowolniło moją karierę.

Potem była Szwecja, awans do Belgii, awans do Turcji – po tamtym sezonie myślałem, że może przyjść szansa na kontrakt w NBA, ale miałem dwuletni kontrakt z Darussafaką i klub nie pozwolił mi zagrać w Lidze Letniej. A potem przyszła historia z brakiem zgody na grę ze względu na serce.

Grałeś w Darussaface w naprawdę silnym zespole – np. z Jordanem Farmarem.

– Zgadza się, mocna drużyna, doświadczeni gracze, bogaty klub – wszystko było na najwyższym poziomie. Wiele się nauczyłem, czasem po prostu słuchałem. Nie spodziewałem się, że to jest aż taki poziom.

Taka anegdotka – przed sezonem, to było lato 2014 roku, siedzę z nowymi kolegami z Darussafaki, oglądamy mistrzostwa świata. Mecz USA – Litwa, w naszym składzie Stephen Curry, Kyrie Irving, James Harden… I nagle ktoś mi mówi: „Widzisz rozgrywającego Litwy? To nasz człowiek, będzie grał u nas w tym sezonie”. Chodziło o Renaldasa Seibutisa. Pomyślałem tylko: „Wow, naprawdę jestem wysoko”.

Miałem dobry sezon, rzucałem średnio po 9 punktów w meczu, słyszałem już głosy, że zarobię dużo pieniędzy.

Keith Langford powiedział kiedyś, że jak nie dostaniesz się do NBA i wyjeżdżasz do Europy, to niektórzy traktują cię jak przegranego, bo w Europie to pewnie nie gra się dobrej koszykówki. Też miałeś takie poczucie?

– Nie, bo mój ojciec tu grał i często mi mówił o tym, jak jest w Europie. To tutaj zarobił swoje największe pieniądze. A zwykle jest tak, że jak gdzieś płacą spore pieniądze, to i poziom gry jest wysoki. Tak na pewno jest w Turcji, tam czuć, że niektóre drużyny to euro ligowy poziom.

Teraz jesteś w Polsce, początek sezonu masz świetny. Co ma być kolejnym krokiem?

– Gra w europejskich pucharach. Nie wiem, może w Szczecinie? Jeśli awansujemy do play-off, jeśli zagramy w nim dobrze, to może zespół będzie grał w Lidze Mistrzów lub Eurocup.

A może to ci się uda jeszcze w tym sezonie? Masz w kontrakcie zapis, że do końca grudnia możesz zostać wykupiony ze Szczecina.

– Nie miałem jeszcze żadnych ofert.

Ale widziałem, jak po ostatnim meczu rozmawiałeś z agentem.

– Tak, bo zepsuł mi się samochód, musiałem poprosić go o pomoc.

Na razie gram w Szczecinie, staram się jak najlepiej. Czekam na telefony z propozycjami, ale najbardziej zależy mi na tym, by utrzymywać formę, by King wygrywał.

Widzisz siebie w czołówce graczy PLK, tak jak my ciebie tam widzimy?

– Zdecydowanie tak. Jeśli chcesz być najlepszym graczem, to musisz tak o sobie myśleć. Musisz wyobrażać sobie, że jesteś najlepszym koszykarzem w lidze – jak nie masz tego przed oczami, to nie będziesz w stanie tego osiągnąć.

Mówiąc w ten sposób wcale nie jestem arogancki, to po prostu podejście, które trzeba mieć. Wiem, że jestem dobrym graczem, że mam talent. Wiem też, że w polskiej lidze nie będzie łatwo mnie zatrzymać – przeciwnicy grający na czwórce są wolniejsi, nie nadążą za mną. Już widzę, że rywale zaczynają mnie pilnować w osobach amerykańskich skrzydłowych.

Toruń próbował z Kylem Weaverem i całkiem nieźle mu to wychodziło.

– Tak, spudłowałem kilka łatwych rzutów. Ale generalnie – zwykle jestem problemem dla obrony.

chloe_brown
Chloe Taylor-Brown

Mówiliśmy o twoim tacie, tymczasem mama – była modelka – jest trenerem personalnym, pomaga ludziom, głównie kobietom, realizować cele itp. Jak w tym sensie pomagała tobie?

– Bardzo. Można powiedzieć, że w koszykarskiej karierze pomogła mi tyle, co tata, choć oczywiście w inny sposób. Mama zadbała o to, bym był mentalnie silny, pewny siebie, żebym czuł się bezpiecznie z każdą życiową decyzją, którą muszę podjąć.

Gdy zacząłem studiować, zrobiliśmy razem opracowany przez nią Osobisty Profil Doskonałości, rozmawialiśmy, bym uświadomił sobie kim jestem i co chcę robić. Czym się zajmować w życiu poza koszykówką. W pewnym sensie zrobiliśmy plan na kilka lat. A posiadanie planu dodaje ci pewności – wiesz, gdzie idziesz i jakie powinny być następne kroki.

Ta pewność poza boiskiem pomaga mi także na nim.

Trenerzy mówią czasem o polskich graczach, że tej pewności im brakuje. Że jak przyjeżdża Amerykanin, to on wie, że ma być najlepszy i chce być. A miejscowym graczom tego brakuje.

– Nie powiedziałbym, że ta granica jest tak wyraźna. Spotkałem w Europie graczy stąd, którzy mają ogromną pewność siebie. Choć tak, u Amerykanów jest to częstsze, nie wiem dlaczego. Wiem tylko, że jak chcesz być wielkim graczem, to musisz w to wierzyć.

Co robiłeś, kiedy nie grałeś w kosza?

– Gdy byłem na studiach, to nie było mi jakoś strasznie trudno – miałem, co robić, uczyłem się. Ale też chodziłem na wszystkie treningi, bo pracowałem nad filmem dokumentalnym. Studiowałem fotografię, więc postanowiłem nakręcić film o sobie – o koszykarzu, który nie gra. Chodziłem z kamerą do lekarza, na treningi itp.

Skończyłeś ten film?

– Wciąż czekam na najlepsze zakończenie.

Czyli jakie?

– Podpisanie kontraktu w NBA lub Eurolidze. Po ostatniej przerwie to się ode mnie oddaliło, ale wierzę, że jeszcze tego dokonam.

Ta druga przerwa, poprzedni sezon, była trudniejsza. Przez pierwsze trzy, cztery miesiące liczyłem, że znajdę porządny klub, że będę grał. Ale tak się nie stało, a ja zaangażowałem się w sprawy rodzinne, zajmowałem się młodszym bratem, który też gra w kosza. Teraz będzie kończył liceum, ma chyba większy talent ode mnie.

Zresztą ja późno pokazałem talent do koszykówki, tak naprawdę dopiero w wieku 21 lat. Joshua w wieku 17 lat jest zdecydowanie lepszy niż ja. Jest mojego wzrostu, ale ma dłuższe ręce, już potrafi więcej.

Wracając – poprzedni sezon ostatecznie udało mi się zakończyć w Meksyku. To twarda liga – poziom może nie jest wysoki, ale wcale nie gra się łatwo. W każdym meczu miałem wrażenie, że mam na plecach tarczę, a rywale chcą mnie upolować, nawet przewracając. Ale fajnie się grało – byłem czołowym strzelcem, wiele ode mnie zależało.

Na boisku wyróżniasz się także włosami – nie mamy w lidze takiego wyrazistego gracza z całym zestawem opasek, ściągaczy, z dredami.

– Miałem je już w szkole średniej, ale w ostatniej klasie ściąłem je, by zrobić niespodziankę mamie na jej urodziny. Chyba jej się nie spodobało.

Teraz zacząłem zapuszczać włosy, jak grałem w Stambule. Lubię się wyróżniać, nie tylko tym, że gram dobrze.

szczecin
Szczecin

Szczecin czy Berlin?

– Ooo… Nie mogę powiedzieć złego słowa na Szczecin.

Pewnie, to fajne miasto. Ale wiem, że często jeździsz do Berlina.

– Tak, to tylko godzina drogi samochodem. To świetne miejsce. Światowe, zróżnicowane, bardzo dobrze się tam czuję, spotykam najróżniejszych ludzi. Czasami czuję się tam, jakbym był w USA.

Czy dla graczy z USA ważne jest przy podpisywaniu kontraktu w Europie, by grać w dużym, fajnym mieście?

– Dla mnie tak. Ale dla innych nie – np. Zach Robbins to gość, który prowadzi spokojne życie. Myślę, że dla niego duże miasto nie jest warunkiem. Natomiast ja lubię wychodzić, zwiedzać, wejść do baru, spotkać się z ludźmi.

Wziąłbyś trochę niższy kontrakt, by grać w dużym mieście?

– Tak. Ale pamiętaj, że jestem singlem, nie mam żony ani dziewczyny. Gdybym ją miał, to moje życie i plany wyglądałyby już inaczej. Ważniejsze byłyby pieniądze.

Jak czujesz się w Szczecinie – jak gwiazda?

– Nie, w ogóle. Ludzie mnie nie rozpoznają, nie wiedzą, że jestem koszykarzem. Czasem siedzę gdzieś, gadam, ktoś się mnie pyta: „Hej, a co ty w ogóle robisz w Polsce?”. A jak mówię, że gram w kosza, to się dziwią: „To my mamy drużynę?”. Trochę dziwnie, skoro mówisz, że jestem czołowym graczem ligi. Ale może po prostu musimy zacząć wygrywać, wtedy ludzie się o nas dowiedzą.

Byłbyś dobrym kandydatem na gwiazdę – grasz świetnie, jesteś fajnym gościem i, jak mówią w klubie, lubisz poimprezować.

– Tobie też tak powiedzieli? E tam, przesadzają. Tak się wydaje, że imprezuję, bo jestem jedynym singlem w zespole – wszyscy mają żony i dziewczyny. Więc jak ja wyjdę na miasto, to okazuje się, że chodzę na imprezy. A tak nie jest.

Lubię usiąść gdzieś z fajną dziewczyną, pogadać. Tak, jak ostatnio w Berlinie, gdzie byłem na koncercie ze znajomą z Kanady.

Wtedy, kiedy zepsuł ci się samochód i dzwoniłeś po Craiga Sworda, by cię odebrał?

– Tak, była pierwsza w nocy… Ledwo wyjechałem z miasta, a on mi padł na autostradzie. Ciężkie doświadczenie.

Ostatnio byli u mnie znajomi z USA, wpadli na kilka dni. Rzeczywiście, parę razy wyszliśmy na miasto. Ale teraz ich nie ma, a ja koncentruję się tylko na koszykówce.

Łukasz Cegliński