Tissot mierzy NBA – Marcin Gortat rozdaje czapy

Share on facebook
Share on twitter

„Polska Maszyna” ekspresowo gasi rywali, „Król” rządzi także w Indianie, a Spurs i Grizzlies odpalają fajerwerki. Czas na najnowszy odcinek magazynu przygotowywanego przy współpracy z Tissot – oficjalnym chronometrażystą NBA.

Kolekcja zegarków NBA – Tissot w szczytowej formie! >>

PIERWSZA KWARTA
Błyskawiczny nokaut w Portland

Warriors nie tracili ani chwili w czwartym pojedynku z Blazers i już w pierwszej kwarcie zafundowali rywalowi cios, po którym ten do końca spotkania już tylko próbował utrzymać się na nogach. O podjęciu jakiejkolwiek próby walki nie mogło być już mowy.

Gdy zegary TISSOT odmierzyły pierwsze 12 minut gry, zespół z Oakland miał już na koncie 45 punktów, czym wyrównał dotychczasowy rekord tej części meczu w fazie play-off. Goście zdążyli w tym czasie trafić 15 z 24 rzutów z gry, w tym 8 z 11 zza łuku, a także zanotować aż 11 asyst. Dokończenie zadania, jakim był awans do drugiej rundy po czterech pojedynkach, pozostawał już tylko czystą formalnością.

DRUGA KWARTA
„Polski Młot” na Jastrzębie

Zanim Hawks doprowadzili do wyrównania w serii z Wizards, w drugim starciu w Waszyngtonie na własnej skórze boleśnie przekonali się o sile „Polskiej Maszyny”. W pierwszej kwarcie Marcin Gortat potrzebował bowiem zaledwie 43 sekund, aby trzykrotnie skarcić w obronie zawodników ekipy z Atlanty.

Pierwszą czapą polski środkowy poczęstował Taureana Prince’a, a po chwili dwa razy gasił też swojego byłego kolegę z czasów gry w Orlando – Dwighta Howarda. W ogóle spośród graczy pierwszej piątki przed blokiem Gortata uchronił się jedynie Tim Hardaway Jr. W sumie 33-latek miał ich 5, a do tego dołożył także 14 punktów (7/10 z gry), 10 zbiórek (aż 6 w ataku), 3 asysty oraz przechwyt.

TRZECIA KWARTA
Perfekcyjni McGee i Nene

Nie co dzień zdarza się, aby zmiennicy dostarczali swojej drużynie średnio ponad jeden punkt na minutę, zwłaszcza jeśli spędzają na parkiecie nieco więcej czasu. Wyjątkami od tej reguły okazali się w minionym tygodniu JaVale McGee oraz Nene Hilario, którzy zaliczyli fantastyczne występy, pomagając swoim zespołom w odniesieniu ważnych zwycięstw.

Pierwszy w drugim meczu przeciwko Blazers był w grze nieco ponad 13 minut, ale korzystając na absencji Jusufa Nurkicia, zdążył trafić w tym czasie wszystkie 7 prób z gry i zawody zakończył z dorobkiem 15 oczek. Jeszcze lepiej wypadł ten drugi, który w niedzielnej potyczce z Thunder również był nieomylny, ale przy aż 12 próbach, dzięki czemu w 25,5 minuty uzbierał aż 28 punktów.

CZWARTA KWARTA
Historyczny powrót mistrzów

Po przeniesieniu rywalizacji do Indianapolis Pacers mieli odrabiać straty i z początku szło im świetnie. Gdy w pierwszej połowie trzeciego meczu zaaplikowali Cavs aż 74 punkty, bijąc tym samym klubowy rekord na tym etapie rozgrywek, wszystko wskazywało na to, że LeBron James wreszcie przegra swój pierwszy mecz w 1. rundzie play-off od 2012 roku. Tylko „Król” tradycyjnie miał na ten temat inne zdanie.

Po przerwie lider mistrzów NBA całkowicie przejął imprezę. Pod koniec drugiej kwarty Cavs tracili do rywala aż 26 punktów. Na finiszu trzeciej było to już jednak raptem 7, a gdy zabrzmiała syrena kończąca spotkanie, goście byli już 5 oczek na plusie. LBJ był w swoim trybie bestii. Zanotował triple double, a w drugiej połowie zdobył 28 ze swoich 41 punktów, prowadząc ekipę z Cleveland do trzeciego największego powrotu w fazie play-off oraz największego, do jakiej doszło w tej fazie sezonu w drugiej połowie meczu.

DOGRYWKA
Wisienka na torcie

Sobotnie starcie Spurs z Grizzlies było jak do tej pory najlepszym meczem w tegorocznym play-off. Raz już podobną końcówkę pomiędzy tymi zespołami oglądaliśmy w rundzie zasadniczej i teraz mieliśmy kapitalną powtórkę z rozrywki, z tym że przedłużoną o dodatkowe 5 minut. Ci, którzy nie mieli przyjemności oglądać tego meczu, powinni po prostu znaleźć sposób, aby go jednak obejrzeć, przynajmniej samą końcówkę.

W dużym skrócie – na finiszu tego rewelacyjnego widowiska mieliśmy wielkiego Kawhia Leonarda, który przywracał Spurs do życia, zdobywając m.in. ich ostatnie 16 punktów w czwartej kwarcie. Jeszcze na 12 sekund do końca dogrywki po raz ostatni doprowadzał do wyrównania, ale nawet jego rekordowe na tym etapie rywalizacji 43 punkty nie zdołały uchronić gości przed porażką.

Dwukrotnie plany krzyżowali mu bowiem liderzy Memphis. Najpierw świetny tego dnia Mike Conley, który doprowadził do dogrywki, a chwilę później nieco wyciszony wcześniej Marc Gasol.

POLECANE