Tissot mierzy NBA – nadszedł czas Kevina Duranta!

Share on facebook
Share on twitter

Andre Iguodala pomaga wyrobić normę, Durant i Curry zrzucają bomby, a my wspominamy „The Shot” LeBrona Jamesa. Czas na najnowszy odcinek magazynu przygotowywanego przy współpracy z Tissot – oficjalnym chronometrażystą NBA.

fot. Tissot

Tissot – niezwykła kolekcja zegarków dla fanów NBA >

PIERWSZA KWARTA
Warriors nie tracą ani sekundy
Golden State znani są z tego, że nie marnują ani chwili i w każdym meczu już od pierwszego gwizdka starają się wypracować sobie wyraźną przewagę. Nierzadko zdarza się, że biją przy tym także najrozmaitsze rekordy. W pierwszym meczu finałów np. już po pierwszych 12 minutach zaaplikowali rywalom aż 7 wsadów, co jest ich najlepszym wynikiem w jakiejkolwiek kwarcie w tym sezonie. W drugim natomiast Stephen Curry aż 10 razy stawał na linii rzutów wolnych, co w finałach, w jednej kwarcie nie przydarzyło się jeszcze nigdy żadnemu zawodnikowi.

Wliczając pierwsze dwa finałowe pojedynki z Cavs, w obecnych rozgrywkach zespół z Oakland wygrał wszystkie 22 spotkania, w których pierwszą kwartę zakończył z dorobkiem przynajmniej 35 punktów. Mało brakowało, a w meczu numer 1 sztuka ta by mu się nie udała, jednak na wysokości zadania stanął wówczas Andre Iguodala, który dobił do wspomnianego progu pięknym buzzer beaterem. Tak się dzieje, gdy musisz uważać na trzech All-Starów i nie poświęcisz wystarczającej uwagi MVP finałów sprzed dwóch lat.

DRUGA KWARTA
78 minut Duranta > 222 minuty Barnesa
Jeśli przed startem finałów ktokolwiek miał jeszcze jakieś wątpliwości co do tego, jak ogromną wartość dodaną stanowi dla Warriors pozyskany latem Kevin Durant, to w dwóch pierwszych starciach sam zainteresowany z pewnością je rozwiał. KD gra jak MVP tej drużyny i jeśli ekipa z Oakland zdobędzie tytuł, to istnieje bardzo duże prawdopodobieństwo, że to właśnie on zgarnie to prestiżowe trofeum.

Już w dwóch meczach zrobił dla zespołu więcej, niż Harrison Barnes na przestrzeni całej, 7-meczowej serii. Zegary TISSOT odmierzyły Durantowi dokładnie 78 minut i 15 sekund spędzonych na parkiecie. Tyle wystarczyło mu, aby zdobyć najlepsze w drużynie 71 punktów. To o 6 więcej niż w 222 minuty przed rokiem uzbierał jego poprzednik. Poza tym zanotował też 22 zbiórki, 14 asyst, 3 przechwyty i 5 bloków przy 56,3 proc. z gry, 50 proc. (7/14) z dystansu oraz 91 proz. wolnych. U Barnesa – w 7 meczach – było to odpowiednio 31 zb., 10 as., 5 prz., 3 bl. i skuteczność na poziomie 35-31-60. Niebo a ziemia!

Tissot – niezwykła kolekcja zegarków dla fanów NBA >

https://www.youtube.com/watch?v=8nExzIV2u3M

TRZECIA KWARTA
Nokaut w 22 sekundy
16 punktów straty Cavs i zegar TISSOT wskazujący 7 minut do zakończenia drugiego starcia finałów 2017. Sytuacja nie do pozazdroszczenia, ale też nie beznadziejna. Nie takie powroty koszykówka już widziała, chociażby przy okazji świątecznego pojedynku tych właśnie drużyn, kiedy LeBron James i spółka wrócili od stanu 80:94 i ostatecznie zwyciężyli 109:108. Warriors nie mieli jednak najmniejszej ochoty, aby przerabiać to po raz kolejny.

Nauczeni tamtym bolesnym doświadczeniem, tym razem chwiejącym się na nogach rywalom nie pozwolili już się podnieść. Bo choć do zakończenia spotkania wciąż pozostawało jeszcze sporo czasu, to po takiej kombinacji ciosów Cavaliers walczyli już tylko, aby dotrwać do gongu. Najpierw gardę rozbił Durant, a w kolejnej akcji, dokładnie 22 sekundy później, nokautującą bombę wyprowadził Curry i było po sprawie.

https://www.youtube.com/watch?v=vR5G3Wys7ig

CZWARTA KWARTA
Retro – „Królowi” wystarczy sekunda
Pamiętacie czasy, gry LeBrona Jamesa nie było w finałach NBA? Choć dziś brzmi to trochę jak prehistoria, to rzeczywiście swego czasu „Król” nie był w stanie przebrnąć nawet przez swoją konferencję. Ostatni raz miało to miejsce w 2010 roku, gdy w drugiej rundzie odprawili go doświadczeni Celtics. Dla Jamesa były to jednak ostatnie szlify przed przejęciem panowania w lidze. A jednym z przełomowych momentów na drodze do późniejszej dominacji był pewien rzut, który oddał mniej więcej rok wcześniej.

LeBron boi się odpowiedzialności, LeBron nie trafia ważnych rzutów, LeBron nigdy nie będzie jak Jordan – tego typu opinii w 2009 roku nie brakowało. Zresztą nie oszukujmy się, prawdziwa fala hejtu miała Jamesa dopiero zalać, ale akurat wtedy, w Finałach Konferencji przeciwko Orlando Magic Dwighta Howarda, 24-letni wówczas LBJ przynajmniej na chwilę zamknął krytykom usta.

W pierwszym meczu James nawrzucał rywalom 49 punktów, lecz nie uchroniło to jego zespołu przed porażką na własnym parkiecie 106:107. Drugie starcie również było bardzo wyrównane, a o wszystkim rozstrzygnąć miała ostatnia akcja, na którą gospodarze mieli zaledwie sekundę. Ale mieli też dojrzewającego „Króla”, który wreszcie wziął sprawy we własne ręce i udowodnił, że jest w stanie trafiać najważniejsze rzuty.

Tissot – niezwykła kolekcja zegarków dla fanów NBA >

POLECANE

Zespół z Gdyni, licząc PLK i EuroCup, przegrał 5 meczów z rzędu, a w ostatnich 4 nie zdobył nawet 70 punktów. Brak drugiego rozgrywającego mocno się teraz odbija na zmęczeniu i grze pozostałych zawodników, jednak – naszym zdaniem – decyzja o zatrudnieniu Armaniego Moore’a ma sens.

tagi