Tomasz Wojdyła – „Żółw”, który nieźle kombinuje

Share on facebook
Share on twitter

Ma prawie 40 lat na karku, a potrafi zagrać 40 minut w ekstraklasie. Kolekcjonuje kolejne double-double, a przecież karierę w Śląsku zaczynał jeszcze z Jerzym Binkowskim.

Tomasz Wojdyła (fot. Tomasz Fijałkowski)
Tomasz Wojdyła (fot. Tomasz Fijałkowski)

PLK, Euroliga, NBA – typuj wyniki i zgarniaj kasę >> 

Tomasz Wojdyła to wychowanek Śląska Wrocław, który przez lata tułał się po niższych ligach, ale ostatnio gra w ekstraklasie – Starcie Gdynia, Starcie Lublin, Polpharmie, a obecnie w Siarce. W 16 meczach tego sezonu zdobywał średnio po 9,7 punktu oraz 7,0 zbiórki. Jego 33,5 minuty, które spędza na boisku w każdym spotkaniu, to czwarty wynik w lidze.

Łukasz Cegliński: Potrafisz wymienić po kolei wszystkie kluby, w których grałeś?

Tomasz Wojdyła: Tak, nie jest to jakiś duży problem.

To 16 klubów.

– Tak, ale to dość częste pytanie kolegów i dziennikarzy, więc mam opanowaną kolejność. Śląsk Wrocław, AZS Wrocław, Resovia, Sokół, Siarka, Stalowa Wola, Kwidzyn, PBG Poznań, Sportino, Sudety Jelenia Góra, Zastal, Start Gdynia, Siden Toruń, Start Lublin, Polpharma, Pogoń Prudnik i znów Siarka.

W którym czułeś się jakoś wyjątkowo dobrze?

– Najlepiej było mi w Gdyni. Myślę, że każdy z zawodników, którzy grali w Asseco II czy Starcie, będzie ten klub wspominał jako najlepszy.

Dlaczego?

– Bo pod każdym względem było tam dobrze. Mieliśmy fajną ekipą, klub był świetnie zorganizowany, dobrze trenowaliśmy, udało nam się awansować do ekstraklasy. Co jeszcze… Chyba tyle, nie?

W tym sezonie jesteś najstarszym graczem w PLK, a zarazem czwartym, jeśli chodzi o czas gry. To dość niespotykane, by 40-letni zawodnik grał po 33 minuty w meczu.

– Nie oszukujmy się – poziom naszej ekstraklasy z roku na rok jest coraz niższy, cały czas daję radę w niej grać. A poza tym poziom intensywności naszej gry w Siarce nie jest za wysoki. Te dwie rzeczy sprawiają, że mogę spędzać na boisku tyle czasu.

A co z przygotowaniem fizycznym? Koledzy mówią o tobie, że jesteś twardy jak skała, a ci z Wrocławia wspominają, że na początku wieku, gdy zjeżdżaliście w lecie do domu i trenowaliście w „Kosynierce”, to razem z Ireneuszem Chromiczem już przed godz. 8 byliście na siłowni, a dopiero potem mieliście koszykarski trening.

– Z tą ósmą rano to przesada. Ale rzeczywiście, to była fajna tradycja, że w lecie trenowaliśmy na Mieszczańskiej i ja właśnie od siłowni te zajęcia zaczynałem. To zresztą stała część mojego treningu, przez cały czas dużo w ten sposób ćwiczę – przygotowanie fizyczne w naszej pracy jest bardzo potrzebne.

Teraz mówią o tym wszyscy, przygotowanie fizyczne jest powszechne. Ale kiedyś, 20 lat temu, chyba tak nie było?

– Chyba nie, ale nie wiem, kto mnie do tego zainspirował, zachęcił. Później, w Gdyni, inny poważniejszy rodzaj treningu siłowego i pracy nad ciałem, pokazał mi Cole Hairston. Wcześniej po prostu lubiłem dźwigać ciężary. Na Mieszczańskiej mieliśmy praktycznie nieograniczony dostęp do siłowni, a mnie nie trzeba było namawiać. Nie ma wątpliwości, że ta wykonana praca pomaga mi w utrzymaniu się w grze w tym wieku.

Ostatnio rozegrałeś pełne 40 minut w meczach z Czarnymi i Asseco. Jak się czułeś po tych spotkaniach?

– Nie będę oszukiwał, że się nie zmęczyłem. Biegać przez cały mecz za młodszymi chłopakami trochę męczy. Ale też nie było tak, że potem przez cały tydzień musiałem dochodzić do siebie. Zwykła pomeczowa regeneracja i w poniedziałek pracuję od nowa.

W tym sezonie masz już pięć double-double – tyle, co Darrell Harris, a więcej mieli tylko Nikola Marković i Brandon Peterson.

– Nawiążę do tego, co powiedziałem wcześniej – liga z roku na rok jest coraz słabsza i nie jest specjalnie trudno osiągnąć to double-double. Tym bardziej, że gram długo i mam trochę czasu, by zgromadzić po 10 punktów i 10 zbiórek.

Opowiedz o swoich trickach z podkoszowej walki. Mając 201 cm wzrostu, nie skacząc specjalnie wysoko, musisz robić coś, czego my nie widzimy.

– E, bez przesady, nie ma w tym magii. Nie potrafię ci tego słowami powiedzieć – po prostu musisz wiedzieć, w którym momencie podepchnąć przeciwnika, w którym złapać go za rękę czy koszulkę. To jest intuicja – w danym momencie wiesz, co zrobić, by mieć lepszą pozycję pod koszem. Jak się ustawić, kiedy wyskoczyć, rzucić piłkę.

Ja nigdy nie wyróżniałem się talentem, nie miałem wyjątkowej dynamiki, więc musiałem szukać dla siebie miejsca w inny sposób. Nikt mnie na to nie naprowadzał, bo prostu starałem się na boisku kombinować tak, że by na nim przetrwać.

W PLK debiutowałeś w Śląsku Wrocław, w sezonie 1996/97. W zespole byli wtedy m.in. Maciej Zieliński, Dominik Tomczyk, Jerzy Kołodziejczak czy Jerzy Binkowski. Ty miałeś 19-20 lat.

– Ja tam byłem 12., a nawet 13. graczem. Wchodziliśmy wtedy z Krzyśkiem Szewczykiem, odeszli już Irek Chromicz i Mirek Łopatka, z młodych był jeszcze Grzesiek Mordzak. Traktowano nas dobrze, ale chyba niezbyt poważnie. Dla nas to było coś fajnego, móc trenować z takimi koszykarzami.

Zagrałeś w tamtym sezonie jeden mecz.

– Tak, to była śmieszna sytuacja. Byłem właśnie na siłowni na Mieszczańskiej, gdy okazało się, że na porannym treningu, tuż przed wyjazdem na mecz do Szczecina, jeden z podstawowych graczy doznał urazu. Byłem pod ręką, usłyszałem: „Jedź do domu po sprzęt, bierzemy cię do Szczecina”. No i pojechałem. W końcówce wszedłem na boisko, zdobyłem dwa punkty. To była chyba dobitka własnego rzutu.

A potem „spadłeś” do II ligi i przez lata przebijałeś się w górę.

– Najpierw grałem w AZS Wrocław, bo chciałem skończyć studia. Była opcja odejścia do Zgorzelca, ale chciałem dokończyć naukę. A potem nie chciałem iść do pracy jako nauczyciel, zacząłem szukać klubu. No i tak się potoczyło, że przez Podkarpacie, a potem rejony północne, udało mi się dotrzeć do ekstraklasy.

Statystycznie najlepsze sezony miałeś w Sudetach, gdzie notowałeś średnio double-double w I lidze.

– Tak, drugiego sezonu zresztą nie dokończyłem, bo w Jeleniej Górze skończyły się pieniądze, dostałem wolną rękę i przeszedłem do Zielonej Góry.

A czy najlepiej grałem w Sudetach? Byliśmy outsiderem, spędzałem wiele minut na boisku, inaczej się grało. Wiesz, tak w ogóle, to w moim przypadku ciężko mówić o „dobrej grze”. Całe moje granie opiera się na tym, by jak najbardziej pomóc zespołowi. Nigdy nie było tak, że gra była ustawiona pode mnie, że byłem liderem. Po prostu robiłem swoje.

Na pewno dobrze wspominam trener w Inowrocławiu, gdzie z trenerem Jackiem Winnickim udało nam się awansować do ekstraklasy. W sumie wywalczyłem trzy awanse – także z Zastalem i we wspomnianej Gdyni.

Dlaczego zacząłeś grać w kosza? Przyciągnął cię mistrzowski Śląsk z Keithem Williamsem na początku lat 90.?

– Nie, zacząłem chyba wcześniej, pod koniec lat 80., jak byłem w piątej klasie podstawówki. Klasycznie – jakieś rozgrywki szkolne, które obserwowali trenerzy Śląska. Jeden z nich zaprosił mnie na trening, mi się spodobało. I wytrwałem.

Od początku robiłeś to, co teraz – walczyłeś, zbierałeś, dobijałeś?

– Od początku. Jak mówię – talentu nie miałem, ale trenerzy uważali, że urosnę i ciągnęli mnie do góry. Starałem się walczyć, kombinować, przepychać się.

Masz wrażenie, że twoja koszykarska długowieczność i marsz w górę, do ekstraklasy, to efekt zmieniających się przepisów – wymogu o grze dwoma Polakami i powiększenia PLK?

– To na pewno mi pomaga. Nie ma za wielu dobrych Polaków do gry, młodzi nie za bardzo garną się do tego, by cokolwiek robić, bo to jednak trzeba się troszkę zmęczyć.

Trenerzy, u których grałeś, mówią o tobie tak: w porządku gość, walczak, nastawiony na zespół i pomagający młodszym graczom. Ale jeden z nich dodał: „Wiesz, mam jeden jedyny problem z Tomkiem – to oczywiście nie jego wina, ale wychowaliśmy za mało graczy, którzy odesłaliby go na emeryturę”.

– To prawda. Jak mówię – liga jest słaba, jeśli 40-letni ludzie mogą albo muszą w niej grać, to coś jest nie tak. Rzeczywiście, przez te wszystkie lata nie spotkałem zbyt wielu młodych chłopaków, którzy skakaliby mi po plecach i robili mi na boisku jakąś krzywdę. To jest problem.

Mówią na ciebie „Żółw” i ja mam jedno dobre wytłumaczenie tej ksywy. Ale powiedz, od czego ona pochodzi?

– Co, chcesz powiedzieć, że jestem tak samo wolny? Ksywa pochodzi z koszykarskiego dzieciństwa, możliwe, że od sposobu, w jaki wyciągałem do góry głowę. Mam dosyć długą szyję i czasami mogę wyglądać jak żółw. Ale może być tak, że to od braku szybkości.

Bardziej chodziło mi o to, że jesteś długowieczny.

– No raczej nie, bo jak mówię – „Żółwiem” jestem od momentu, w którym zaczynałem grać. Nie wiem, czy ktokolwiek wtedy myślał, że będę koszykarzem do czterdziestki.

Jaki to klub, ta Siarka?

– Na pewno specyficzny. To zespół dla chłopaków, którzy chcą się pokazać lub takich, którzy chcą jeszcze trochę pograć i coś udowodnić. To klub, który istnieje tylko dzięki Zbigniewowi Pyszniakowi – nie sądzę, by komuś jeszcze zależało na koszykówce w Tarnobrzegu.

Utrzymacie się?

– Tak sobie gadaliśmy ostatnio z Krzyśkiem Jakóbczykiem, że my wcale nie mamy takiej słabej drużyny. Musimy trochę naszą grę poukładać, mam nadzieje, że uda nam się utrzymać. Staramy się, zależy nam.

PLK, Euroliga, NBA – typuj wyniki i zgarniaj kasę >> 

POLECANE

Pozycja Anwilu Włocławek na czele listy jest na początku sezonu niezagrożona. Na drugim miejscu widzimy Arkę Gdynia, nieco dalej Polski Cukier. Najsłabiej w tym momencie wyglądają zespoły z Gliwic, Radomia i Starogardu Gdańskiego.