Toruńska wtopa z Białorusią

Share on facebook
Share on twitter

Miało być zwycięstwo pieczętujące awans na EuroBasket, była wyraźna przegrana 57:76 po fatalnej momentami grze. W najgorszym scenariuszu możemy jeszcze spaść na trzecie miejsce w grupie.

taylor
fot. A. Romański, pzkosz.pl

Załóż konto w Unibet i zgarnij bonus >>

To wciąż najczarniejsza ewentualność, bo Polacy z bilansem 4-1 są liderem grupy i stać ich na wygraną na wyjeździe z Estonią – wtedy zajmą pierwsze miejsce, wywalczą awans. Ale teoretycznie, jeśli Białoruś wygra z Portugalią, a my – co niewyobrażalne! – przegramy w sobotę w Tartu różnicą 15 punktów, możemy spaść na trzecie miejsce w grupie.

Trudno w to uwierzyć, my w to nie wierzymy. Ale fakty są takie, że dwa ostatnie mecze zagraliśmy słabo. W środę z Białorusią – nawet bardzo źle.

Właściwie – co to miało być? Totalny brak koncentracji, zlekceważenie rywala ogranego na wyjeździe różnicą 18 punktów? Nie działało nic – ani atak, ani obrona.

Zaczęło się od artystycznych akcji Adama Hrycaniuka pod atakowanym koszem, ale zablokowani byli nasi liderzy – Adam Waczyński w rodzinnym Toruniu był aktywny (ładne asysty!), ale pudłował nawet otwarte rzuty, nawet spod kosza (1/6 z gry do przerwy). Z kolei Mateusz Ponitka był niedokładny w ataku, popełnił aż dwie straty, z czego dwie w niezbyt trudnych sytuacjach.

A Białorusini znaleźli swój rytm – dziury w naszej obronie znajdował Maalik Wayns, skutecznością zaskoczył rezerwowy środkowy Aleksander Semieniuk, znów niełatwy do upilnowania był Witalij Liutycz. Na przełomie kwart Białoruś miała zryw 12:2, cicha publiczność w toruńskiej hali ucichła jeszcze bardziej.

Podrywali ją momentami Przemysław Zamojski (wreszcie celna trójka Polaków) oraz Tomasz Gielo (piękny wsad po asyście Waczyńskiego), ale gdy goście wyszli na prowadzenie 31:19 w 17. minucie, sytuacja naprawdę nie wyglądała dobrze. I na boisku, i na ławce, gdzie siedzieli zasępieni trenerzy i koszykarze.

Mike Taylor w trudnym momencie wprowadził na boisko Łukasza Koszarka obok A.J. Slaughtera, dzięki czemu w ataku Biało-Czerwonych pojawił się długo niewidziany ruch. Wejścia, odrzucenia, dodatkowe podania – Polacy znaleźli kilka dobrych pozycji. Trafił Maciej Lampe (tylko trzy rzuty oddane do przerwy!), trójkę o tablicę zmieścił w koszu Ponitka, ważny rzut trafił Slaughter. Do przerwy było 28:34. Tylko, jeśli chodzi o przebieg meczu. Aż, jeśli chodzi o prognozy i oczekiwania.

– Dawać panowie, samo się nie zrobi! – krzyknął z ławki Robert Skibniewski na początku trzeciej kwarty, ale chwilę później Artiom Parachowski po raz trzeci trafił do kosza w trakcie 98 sekund i Białoruś znów wygrywała różnicą 12 punktów. Waczyński i Ponitka nie grali dobrze, Lampe był słabszy od Parachowskiego.

W 26. minucie przegrywaliśmy już 32:47, ale poderwał się Ponitka. Walczył, wyrywał piłki, wymuszał faule, samodzielnie trzymał Polskę w grze. Zdobył siedem punktów z rzędu, ale Polacy nie potrafili zatrzymać Waynsa, który trafiał trudne rzuty z wejść. Problemem zrobiła się obrona.

Czwarta kwarta zaczęła się od 43:55 i gdy Hrycaniuka jeden na jednego, choć na boisku byli i Lampe, i Waczyński, i Slaughter, i Ponitka. „Bestia” nie trafił, rywale tak. I Polacy już tego meczu nie poskładali, przegrali wyraźnie, zasłużenie.

Łukasz Cegliński, Toruń

Załóż konto w Unibet i zgarnij bonus >>