• Home
  • PLK
  • „Turowowi brakuje niepokornych chłopców”

„Turowowi brakuje niepokornych chłopców”

Share on facebook
Share on twitter

– Ten zespół jest zbudowany z dość grzecznych i introwertycznych graczy, którzy nie rozedrą gęby jeden na drugiego, a czasem przecież trzeba. Brakuje kogoś w stylu Jerela Blassingame’a czy Krzysztofa Szubargi – mówi o PGE Turowie Zgorzelec Jarosław Posioł, były gracz tej drużyny i ekspert Polsatu podczas finałów PLK.

(fot. Marcin Nadolski/Polfarmex Kutno)
(fot. Marcin Nadolski/Polfarmex Kutno)

PLK, Euroliga, NBA – znasz się na koszu, wygrywaj w zakładach! >> 

Łukasz Cegliński: Który Turów jest prawdziwszy – ten zwycięski z Włocławka i meczu z np. Dąbrową Górniczą czy ten przegrywający z Sopotu, Gdyni i Krosna?

Jarosław Posioł: Turów zdecydowanie gorzej gra na wyjazdach, odstępstwem od tej reguły był tylko mecz z Anwilem. Ale wydaje m się też, że Turów gra lepiej przeciwko zespołom lepszym – takim, których grę można odczytać i przewidzieć. Drużyny, które grają mniej ułożoną koszykówkę, gorzej leżą zgorzelczanom.

Mam wrażenie, że wynika to ze stylu pracy trenera Mathiasa Fischera i jego sztabu – oni dużo czasu poświęcają na przygotowanie gry pod rywala. Sądzę zatem, że prawdziwszy jest Turów, który grał z Anwilem, Czarnymi czy Dąbrową.

Jakim trenerem wydaje się Fischer, co jeszcze jest jego znakiem firmowym?

– Przede wszystkim jest trenerem cierpliwym – potrafi poświęcić dużo czasu na treningach i po nich, by przekazać swoją filozofię zawodnikom. A ta filozofia jest w gruncie rzeczy dość prosta i opiera się na współczesnej europejskiej koszykówce – dobra, twarda obrona z dużym naciskiem na gracza z piłką i możliwie szybkie przejście do ataku. Piłka krąży między graczami, by jak najszybciej uzyskać pozycję rzutową.

W oparciu o analizę gry przeciwnika Fischer stara się wykorzystywać przewagi swojego zespołu. W niektórych meczach to nie wychodzi, tak jak z Asseco. Mam wrażenie, że to, czego Fischerowi i w ogóle Turowowi brakuje, to boiskowe chamstwo i bezczelność. Brakuje niepokornych chłopców. Na moje oko ten zespół jest zbudowany z dość grzecznych i introwertycznych graczy, którzy nie rozedrą gęby jeden na drugiego, a czasem przecież trzeba. Brakuje kogoś w stylu Jerela Blassingame’a czy Krzysztofa Szubargi.

Wymienił pan rozgrywających i o nich też chciałem spytać – czy Tweety Carter i Michael Gospodarek nie są zbyt słabymi graczami jak na ambicje Turowa?

– To zależy, jakie zespół stawia sobie cele. Jeśli miałaby nim być walka o mistrzostwo Polski, to racja, są za słabi. Natomiast celem Turowa – przynajmniej tak na początku deklarowali Fischer i prezes Jerzy Stachyra – jest budowa zespołu. Spokojna, metodyczna.

Carter, przy wielu swoich słabościach, ma jedną dobrą cechę – jest graczem zespołu. Jest świetnym, wesołym chłopakiem, na nikogo się nie obraża, nic mu nie przeszkadza. On może nie jest efektowny, ale jest stosunkowo efektywny. W pewnym momencie miał jeden z najlepszych stosunków asyst do strat, co jest ważnym wyróżnikiem dla rozgrywającego.

Natomiast ma inną słabą cechę, co jest na przekór koncepcji Fischera – nie daje nacisku na piłkę, gra dość zachowawczo w obronie. Jeśli Turów chce grać agresywnie na całym boisku i stosować pułapki, to pierwsze ogniwo w obronie, rozgrywający, musi wymuszać na rywalu konkretne ruchy – jakiś obrót, zmianę kierunku, wpędzenie go w róg boiska itp. Z tego punktu widzenia w systemie Fischera jest pewna luka.

Natomiast Gospodarek początek miał bardzo dobry, ale potem zatracił pewność w grze. Niestety praktycznie w ogóle nie grozi rzutem z dystansu – w obronie daje ten nacisk, o którym mówiłem, natomiast w ataku jest pasywny, ogranicza się do transportowania piłki z jednej połowy na drugą.

Co się panu podoba w grze Turowa?

– Ja lubię, jak zespół gra agresywnie, jak próbuje obrony na całym boisku. Wtedy widać zaangażowanie, wtedy każdy gracz musi wykonać swoje określone zadanie. Jeśli jeden odpuści, to praktycznie taka obrona nie istnieje.

Turów próby takiej gry podejmuje – raz lepiej, raz gorzej, ale ja mam wrażenie, że efekty dopiero mają nadejść. Wydaje mi się, że to, co obserwujemy teraz, to budowa czegoś, co ma działać w play-off. Teraz nie ma zysków w postaci przechwytów, ale gracze zaczynają rozumieć swoje miejsce na boisku, zachowują odpowiednie odległości i rozstawienie, lepiej się dogadują, szybciej rotują. To zaczyna nabierać rytmu.

Szkoda, że w meczu w Sopocie kontuzji doznał Denis Ikovlev, wątpię, by zagrał ze Stelmetem. On jest kluczową osobą w obronie, to tzw. glue guy, który łata dziury, najlepiej się ustawia, przewiduje zachowania rywali, dobrze reaguje na boiskowe sytuacje. Po prostu rozumie grę.

A co z Davidem Jacksonem? Jest niewidoczny, ale może niepotrzebnie oczekujemy od niego bycia liderem, a on spełnia swoją rolę?

– Jestem bardzo rozczarowany jego grą i brakiem umiejętności odnalezienia się w grze drużyny. Fischer też chyba jest rozczarowany. Tu już nie chodzi o to, ile Jackson zdobywa punktu – on po prostu nie rozumie swojej roli na boisku, nie potrafi jej zaakceptować. Mam jednak wrażenie, że zawodnikowi wydaje się, że musi zdobywać punkty, aby być efektywnym dla drużyny.

Moim zdaniem David powinien jak najkrócej grać z piłką – powinien być facetem wychodzącym do niej po jednej zasłonie i po otrzymaniu podania kozłować raz, maksymalnie dwa razy i wychodzić w górę. Ewentualnie czekać na piłkę w rogu, aż ona do niego dotrze. Im dłużej ma piłkę w rękach, tym gorzej dla drużyny. Zespół staje w miejscu, nie ma ruchu, obrona się ustawia, Turów jest przewidywalny.

Na jedynce Jackson nie odnajduje się kompletnie, choć w ostatnim sezonie we Francji ponoć właśnie na tej pozycji grał na zmianę z Tweetym. Na dwójce mamy fajnych Polaków – i Michał Michalak, i Bartek Bochno dobrze się spisują, więc David może być tylko zmiennikiem Denisa na trójce.

Forma Kirka Archibeque’a jest zaskoczeniem, czy spodziewał się pan, że może być aż tak efektywny?

– Jego efektywność wynika z dobrej gry drużyny, ale mi się wydaje, że jego możliwości są dużo większe. Kirk niestety dużo oddaje w obronie – wystarczyło zobaczyć, jak grał z Josipem Sobinem z Anwilu, trochę punktów narobił na nim też Roman Szymański z Asseco.

Fischer w tej chwili nie chce, by w obronie do wysokich rywala dochodziła pomoc, Turów w każdych okolicznościach ma kryć każdy swego. Obawiam się, że w takich meczach jak ze Stelmetem może być z tym kłopot, boję się trochę pick and rolli granych przez Łukasza Koszarka z Vladimirem Dragiceviciem. Kirk może za nimi nie nadążać, choć wiadomo, że takich akcji nie broni dwóch graczy, tylko cała piątka.

Skoro Turów lepiej gra u siebie oraz z drużynami ułożonymi, to kto jest faworytem świątecznego meczu w Zgorzelcu?

– Mimo wszystko Stelmet. Co by o nim nie mówić, to mistrz Polski ma szerszy skład i dużo więcej klasowych graczy, że wymienię tylko czterech aktualnych reprezentantów Polski i piątego Thomasa Kelatiego, który doświadczeniem przykrywa czapką wszystkich w Turowie.

A przecież w Stelmecie są jeszcze dwaj reprezentanci Czarnogóry, obiecujący Armanii Moore…

To jak Turów powinien zagrać, żeby dać sobie szansę na wygraną?

– Przede wszystkim agresywnie. Stelmet, w porównaniu do poprzedniego sezonu, gra dużo mniej odpowiedzialnie w ataku i pozwala sobie na sporą nonszalancję, ma więcej strat. Dlatego kluczem będzie nacisk na piłkę, dobra rotacja w obronie – jeśli będą wymuszane te straty, jeśli będzie szansa na łatwe punkty z kontry, to będzie szansa.

Jeśli Turów podda się tej spokojniejsze grze narzuconej przez Stelmet, to polegnie. To lepsza drużyna z większymi indywidualnościami, samym atakiem trudno będzie ją przerzucić.

Grzegorz Chodkiewicz: Stelmet troszkę z wyprzedaży