Wade czy Butler? Co mówią ulice Chicago

Share on facebook
Share on twitter

Mecze przedsezonowe są przereklamowane. Czasami, zastanawiając się nad tym losami nadchodzącego sezonu NBA, lepiej się przespacerować.

butch
Butch robi swoje (fot. M. Tacikowska)

Znasz się na koszu? – wygrywaj w zakładach! >> 

– Kiedyś to, wie pan, związki zawodowe były. Poniedziałki wolne, a fajrant po 17. Ale, wie pan, to dawne czasy. Wtedy Bulls grali dobrze. Wie pan, Jordana mieli – wspomina Marian, fryzjer z rogu Belmont i Central, góral z Zakopanego, mieszkaniec Chicago od 1985 roku.

O obecną ekipę Byków nawet bliżej downtown Wietrznego Miasta nie warto pytać. Prawda jest dla niej wyjątkowo bolesna: amerykańscy odpowiednicy kibiców, którzy w Polsce bywają określani mianem Januszy, tudzież popcornowców, o Chicago Bulls z XXI wieku nie mają prawa wiedzieć za wiele. Bo i czym się niby ekscytować? Jednym awansem do finału Konferencji Wschodniej w ciągu osiągniętej – właśnie minęło 18 lat – pełnoletności „po Jordanie”?

Tak, to prawda, historia mogła potoczyć się inaczej. Zdrowy Derrick Rose, ukochany syn Chicago, mógł ją odmienić. Ale obecnie to już jedynie pozbawione większego sensu co-by-było-gdyby-było. Równie dobrze zdrowy Greg Oden z mającym choć jedno zdrowe kolano Brandonem Royem (przy udziale LaMarcusa Aldridge’a w wymarzonej dla niego roli „tego trzeciego”) mogliby właśnie szykować się do walki o swój, dajmy na to, trzeci pierścień mistrzowski.

Spacerując oblepionymi tu i ówdzie reklamami z hasłem „Wear No Doubts” i wizerunkiem gustownie ubranego Jimmy’ego Butlera ulicami Chicago, pozostańmy przy faktach. Bulls od czasów Jordana nie potrafią wygrywać. Aż 17 (!) z 18 sezonów „po Jordanie” kończyli z liczbą zwycięstw nie przekraczającą 50. Wyjątek był tylko jeden: genialny sezon Rose’a, podczas którego był nieco lepszy od połączenia obecnych Johna Walla z Damianem Lillardem i zdobył jedną z bardziej przeszacowanych (bo niemal jednogłośnych) nagród MVP w historii ligi.

Od tego czasu minęło pięć lat. Przedłużanie agonii projektu „Chicago Bulls Derricka Rose’a” nie miało najmniejszego sensu. Szefowie klubu z Wietrznego Miasta wiedzieli o tym doskonale już co najmniej rok temu, gdy żegnali się z Tomem Thibodeau. Liczyli, że za Rose’a jakimś cudem uda im się jeszcze kogoś przyzwoitego pozyskać. Nic z tego. Ostatecznie ceną za niedoszłego następcę Jordana okazał się mniej utalentowany z braci Lopezów. Ten sam, który swego czasu z kretesem przegrał rywalizację o miejsce w składzie Suns z Marcinem Gortatem.

Na początku października AD 2016 na ulicach Windy City wciąż królują koszulki z nazwiskiem Rose’a i wspomniane billboardy z ciuchami reklamowanymi przez Butlera. Ale, skoro mamy się trzymać faktów, trzeba przyznać, że słowo „królują” stanowi lekką przesadę. Te koszulki i reklamy w oczy rzucają się tylko osobom uzależnionym od koszykówki. Takim jak niżej podpisany.

Dla osób postronnych bardziej widoczne są nadzieje związane z tym, że Chicago Cubs odzyskają mistrzostwo MLB. W końcu północna część miasta czeka na to wydarzenie od, bagatela, 108 lat. Ale tak naprawdę na ulicach najbardziej widoczne są od kilku dni osoby dumnie maszerujące z wywalonym na piersi medalem. To dowód ukończenia niedzielnego maratonu, który dla miasta wygenerował skromny dochód w wysokości 277 mln dol.

Dwyane Wade? Został przywitany podczas jednego z ostatnich meczów Cubs, ale mówienie o tym, że Chicago z niecierpliwością czeka na jego debiut w barwach Bulls, byłoby lekką przesadą. Zresztą, sami posłuchajcie tej „owacji”:

Wade, podobnie jak Rose, jest synem południowych ulic Chicago. Pod względem stylu gry może być uważany za najbardziej „jordanowatego” spośród koszykarzy, którzy debiutowali w NBA już po ostatecznym zakończeniu kariery przez MJ. A więc skąd ten lekki chłód? Flash ma 34 lata, najlepsze za sobą, a liderem Bulls „na lata” ma być o siedem lat młodszy Butler. On pochodzi z Houston, ale też wychowała go ulica – wylądował na niej już jako nastolatek, wyrzucony przez własną matkę z domu.

Niewykluczone, że w ostatnich latach Jimmy Butler stał się najbardziej pracowitym zawodnikiem NBA. Ale wciąż wiele osób wątpi, że może zostać prawdziwą supergwiazdą. Gdyby było inaczej, Bulls nie sondowaliby wiosną możliwości jego transferu, a Celtics nie rozważaliby, czy za Butlera warto poświęcić jeden z wyborów w drafcie Brooklyn Nets.

Butler jest pracusiem, a Wade geniuszem. Ale na dłuższą metę nic z tego nie będzie. Jordan był tylko jeden. I był pracowitym geniuszem – podsumowuje Butch, z wprawą omiatając z kurzu wejście do jadłodajni Michaela Jordana przy Madison Avenue, jednym z ostatnich śladów po MJ na ulicach miasta.

Najtańszy stek kosztuje tu jedyne 54 dolary. W środku niemal sami Japończycy. Wielu z nich ma hopla na punkcie NBA, więc zastanawiam się chwilę, czy i ich nie zapytać o Bulls. Ale wizja słuchania o tym, jak świetnym koszykarzem jest Rajon Rondo ostatecznie mnie przeraża.

Gdy kilkanaście lat temu po raz pierwszy błąkałem się po ulicach Chicago, trenerem Bulls był Tim Floyd, a o ich „sile” stanowili m.in. Ron Artest, jego imiennik Mercer, obiecujący Marcus Fizer i mniej obiecujący Fred Hoiberg. Obecnie po swoim pierwszy sezonie w roli trenera Bulls Hoiberg znów nie wygląda obiecująco. Nie, także i ten eksperyment Bulls nie może się udać.

Michał Tomasik*

*więcej tekstów autora możecie przeczytać na Dzień dobry, Portland.

Załóż konto w Unibet i zgarnij bonus >>