• Home
  • NBA
  • Warriors jak Heat? Był już superteam z falstartem…

Warriors jak Heat? Był już superteam z falstartem…

Share on facebook
Share on twitter

Kiedy Miami Heat z LeBronem Jamesem, Dwyanem Wadem oraz Chrisem Boshem ruszali na podbój NBA, nie wszystko od razu szło jak po maśle. Czy wzmocnionych Golden State Warriors czekają podobne zgrzyty na początku?

wade-lebron-bosh
fot. wikimedia commons

Znasz się na koszu? – wygrywaj w zakładach! >> 

8 lipca 2010 roku – ten dzień fani drużyny z Florydy z pewnością pamiętają doskonale. Tego dnia na antenie ESPN LeBron James oficjalnie ogłosił swoją „Decyzję” o przenosinach do Heat. Dzień wcześniej kontrakty z klubem podpisali Dwyane Wade oraz Chris Bosh i to, co do tej pory pozostawało w sferze spekulacji, stało się faktem. Narodziła się „Wielka Trójka” z Miami.

Wszystkie trzy gwiazdy podpisały jednakowe, 6-letnie umowy, które najpóźniej wygasłyby latem 2016 roku. Zawierały one jednak klauzulę, zgodnie z którą każdy z graczy mógł zrezygnować ze swojej już dwa lata wcześniej. Jak już wiemy, LeBron James z opcji tej skorzystał. I chyba nie żałuje, bo po dwóch latach przerwy znów mógł wznieść trofeum Larry’ego O’Briena, tym razem w barwach Cavaliers.

Wydaje się, że sześć lat temu tamtej ekipie towarzyszyła większa fala – choćby internetowej – nienawiści, niż ma to miejsce dziś w kontekście Golden State Warriors. Głosy dezaprobaty i niezadowolenia oczywiście są, jak zawsze przy tego typu łączeniu sił, niemniej wśród fanów jest chyba więcej zrozumienia oraz fascynacji nowym tworem.

Wobec „Wojowników”, do których dołączył w wakacje Kevin Durant i którzy chcą odzyskać w tym sezonie mistrzowski tytuł, oczekiwania będą prawdopodobnie jeszcze większe niż w przypadku Heat LeBrona, Wade’a i Bosha. Tak gwiazdorskiego zespołu NBA jeszcze nie widziała. Jeśli unikną kontuzji, podopieczni Steve’a Kerra faworytami powinni być niemal w każdym meczu rundy zasadniczej.

LBJ i spółka doskonale wiedzą, o czym mowa. Sześć lat temu byli w tym samym miejscu i na początku nie wszystko wyglądało tak różowo.

Już na starcie przydarzyła im się wpadka w Bostonie. Pierwszy mecz fazy zasadniczej przeciwko Celtics pobił wówczas w USA rekord oglądalności pojedynczego spotkania NBA, gromadząc przed telewizorami łącznie prawie 7,5 miliona widzów. I oni wszyscy na własne oczy zobaczyli, jak znienawidzona poza Florydą „Wielka Trójka” z Miami przegrywa swój pierwszy mecz o stawkę 80:88.

Potem dzięki łatwiejszemu terminarzowi Heat zaliczyli serię czterech zwycięstw, ale to nie był koniec problemów. Porażki z Hornets, Jazz i po raz kolejny z Celtics znów podniosły presję, a urazy Mike’a Millera czy Udonisa Haslema tylko dolewały oliwy do ognia. Ognia, który najmocniej zapłonął w drugiej połowie listopada, kiedy ekipa Erika Spoelstry przegrała 4 z 5 spotkań i ugrzęzła z bilansem 9-8.

Pomogło dopiero zamknięte spotkanie z udziałem samych zawodników, po którym zespół z Florydy zanotował pierwszą z kilku imponujących serii, wygrywając 12 kolejnych spotkań. Machina zaczynała powoli funkcjonować jak należy, jednak jak pamiętamy, ostatecznie na pierwsze mistrzostwo „Król” musiał jeszcze poczekać.

Na koniec sezonu regularnego Heat z bilansem 58-24 zajęli drugie miejsce w konferencji za Chicago Bulls, w których barwach nagrodę MVP zgarnął wtedy młody i świetnie zapowiadający się Derrick Rose. I choć akurat z „Bykami” w finałach Wschodu poszło im stosunkowo łatwo (4:1 w serii), to w kluczowej rywalizacji nie byli w stanie zatrzymać rozpędzonych Dallas Mavericks.

Dwa kolejne sezony należały do nich, ale w tym pierwszym „Wielka Trójka” z Miami musiała jeszcze przejść bolesny chrzest bojowy. Jak będzie z „Wielką Czwórką” z Oakland?

MO

Znasz się na koszu? – wygrywaj w zakładach! >>