We Believe, czyli Matt Barnes wraca do Warriors

Share on facebook
Share on twitter

10 lat temu, gdy w Oakland nikt nawet nie myślał o obecnych sukcesach, a 19-letni Stephen Curry zaczynał studia, Golden State Warriors sprawili jedną z największych sensacji w historii ligi.

Matt Barnes (fot. Wikimedia Commons)

O dekadę cofamy się z prostej przyczyny – wicemistrzowie NBA właśnie podpisują kontrakt z Mattem Barnesem, zwolnionym niedawno przez Sacramento Kings 37-letnim skrzydłowym i ligowym obieżyświatem, który grał już w dziewięciu klubach. W Golden State Warriors występował w latach 2006-08, a teraz do nich wraca, bo kontuzji kolana (nie wiadomo jeszcze jak poważnej) doznał Kevin Durant.

Tissot – niezwykła kolekcja zegarków dla fanów NBA >>

Barnes dzień powrotu do Warriors nazwał najszczęśliwszym w swoim życiu obok tych, gdy rodziły się jego dzieci. I rzeczywiście ma z czego się cieszyć – ligowy cwaniak, który jest niezłym obrońcą i potrafi rzucać z dystansu, może przydać się w Warriors nawet, jeśli z Durantem wszystko będzie w porządku. W play-off doświadczenie będzie w cenie.

Ale Barnes wraca też do miejsca, w którym przeżył wyjątkowe chwile w karierze – po mało znaczących występach w Los Angeles Clippers, Sacramento Kings, New York Knicks i Philadelphia 76ers, to właśnie w Oakland rozegrał pierwszy poważniejszy sezon. W rozgrywkach 2006/07 rzucał średnio po 9,8 punktu.

Ważniejsze jednak było to, co osiągnęła drużyna. Warriors zakończyli sezon z bilansem 42-40 i nieznacznie wyprzedzili w walce o ósme miejsce na Zachodzie Los Angeles Clippers (40-42). W pierwszej rundzie wpadli na zdecydowanie najlepszych w lidze Dallas Mavericks (67-15) i byli skazywani na pożarcie.

Tymczasem to oni zjedli faworyta! Wygrali już pierwszy mecz w Dallas, 97:85, a Barnes w tym spotkaniu zdobył 10 punktów oraz miał 4 zbiórki, 3 asysty i 2 przechwyty jako rezerwowy. Oczywiście, gwiazdami drużyny byli wtedy Baron Davis, Stephen Jackson i Jason Richardson i to oni błyszczeli w kluczowych spotkaniach.

A tymi były mecze nr 3 i 4 w Oakland. W Oracle Arena wypełnionej po brzegi kibicami w żółtych koszulkach, z banerami „We Believe”, Warriors wygrywali 109:91 i 103:99. A potem, w meczu nr 6, przypieczętowali awans do drugiej rundy zwyciężając Mavericks aż 111:86.

Matt Barnes w tym ostatnim spotkaniu serii wyszedł w pierwszej piątce – zdobył 16 punktów, miał 11 zbiórek i 7 asyst. I nic dziwnego, że z Oakland ma tylko dobre wspomnienia.

Po wyeliminowaniu Mavericks Warriors odpadli w drugiej rundzie przegrywając z Utah Jazz 1-4. Ale ich wyczyn i tak przeszedł do historii – w NBA tylko pięć razy zdarzyło się, by zespół rozstawiony z nr. 8 wyrzucił z play-off drużynę z nr 1.

Tissot – niezwykła kolekcja zegarków dla fanów NBA >>

ŁC

POLECANE