Wiktor Sanikidze – gruziński ogień i Keyser Soze

Share on facebook
Share on twitter
Wiktor Sanikidze
Wiktor Sanikidze

W San Antonio wszyscy o nim słyszeli, ale przez kontuzje przerwy w grze, nikt go nie widział. Broda, pasja i efektowne wsady zostały w Europie.

We killed them, we killed them – zaśmiał się Wiktor Sanikidze, gdy przypomniałem mu pierwszy mecz EuroBasketu na Słowenii. Teraz śmieję się razem z nim, ale wtedy, 4 września 2013 roku, nie było nam do śmiechu. Reprezentacja Dirka Bauermanna w najmocniejszym możliwym składzie przegrała z osłabioną Gruzją wyraźnie, 67:84. Najpierw patrzyliśmy z niedowierzaniem, potem z zakłopotaniem, gdy Gruzini biegali, trafiali, walczyli, skakali, a Polacy byli bezradni.

Sanikidze rzucił 23 punkty i cholernie mi zaimponował. Do tego stopnia, że stałem się jego fanem. Stylu gry, ale i image’u. Wszechstronny skrzydłowy, 203 cm wzrostu, długie ręce, skoczne nogi, niezła trójka, efektowne wsady, okazywane emocje, pasja w oczach. A do tego rozwiany włos na postępującej łysinie, rozczochrana broda z siwymi kępkami. Jak można go nie lubić?

Fajnie, że pamiętasz ten mecz, naszą grę z Polską – mówi Sanikidze, bo rozmowę zaczynamy właśnie od wspomnianego meczu z EuroBasketu. – Ja też dobrze pamiętam tamten mecz i turniej. Dlatego, że graliśmy wówczas bez kontuzjowanych Zazy Paczulii i Tornike Szengelii i wiedzieliśmy, że będzie ciężko. Ale podczas przygotowań daliśmy z siebie wszystko, co mogliśmy, pokonaliśmy m.in. Serbię i Izrael. I szczerze mówiąc, wiedzieliśmy, że będziemy mocni.

***

Wiktor Sanikidze
Wiktor Sanikidze

Zapytaj go, w jakich grał krajach. Na pewno nie pamięta tych podróży po Europie – śmiał się jeden z członków gruzińskiej ekipy, zanim zacząłem rozmawiać z Sanikidze. Bzdura, Wiktor pamięta dokładnie kraje i kluby, w których występował – Francja, Hiszpania, Estonia, Włochy, Rosja, Turcja, rodzima Gruzja. Opowiada o nich płynnym angielskim z francuskim akcentem – to w Dijon podpisał pierwszy zawodowy kontrakt w wieku 17 lat, to tam grał przez dwa lata m.in. z Marcinem Stefańskim. Poznał też jego ówczesną dziewczynę Agnieszkę Szott, a także Pawła Storożyńskiego, którego zapamiętał już bardziej jako rockmana.

Koszykarskie wojaże Sanikidze rozpoczął jednak wcześniej – w wieku 16 lat, od Nowego Jorku. – Wyjazd do USA był najbardziej wariackim momentem mojej kariery, a nawet życia. Pojechaliśmy na igrzyska młodzieży do Moskwy, jako reprezentacja Gruzji do lat 16 graliśmy nieźle i po jednym z meczów przyszedł do nas jakiś trener. Rosjanin, który powiedział, że jest asystentem trenera w junior college’u w Nowym Jorku i że na tyle polubił naszą grę, że chce nas zaprosić – mnie, George Cincadze i jeszcze jednego kolegę, który już nie gra w kosza.

Cincadze z jakiegoś względu się nie zdecydował, ale dla mnie perspektywa Nowego Jorku i gry w kosza, to było wielkie „Wow!”. Pojechałem z tym kolegą, moim najlepszym przyjacielem. Oczekiwaliśmy amerykańskiego snu, a kompletnie się rozczarowaliśmy. Ten Globe Tech Junior College nie miał swojej własnej hali, więc nie dość, że nie mieliśmy wielu treningów, to jeszcze musieliśmy jeździć po całym mieście do innych hal. Były problemy z zakwaterowaniem, ze sprzętem, było strasznie.

Poza tym, wyjeżdżając do USA myślałem oczywiście o koszykówce, ale też nauce. Jak nie wyjdzie jedno, to zostanie mi drugie. Ale poziom nauczania w tej szkole był tak samo zły, jak koszykarski. Na dodatek uniwersytecki sezon w USA trwa krótko, szybko się kończy, nie wytrzymałem tam.

Grałem nieźle, miałem widoki na studia na dobrej uczelni, ale najpierw musiałbym skończyć tę szkołę. A ja miałem dosyć. Ale tak, jak zahartowało mnie trenowanie w zimnej hali w Tbilisi, tak samo przydatny był pobyt w Nowym Jorku. Potem, gdziekolwiek nie pojechałem, wiedziałem, że gorzej być nie może.

***

Gruzińscy koszykarze, choć osiągają o wiele większe sukcesy niż piłkarze z tego kraju, nie mogą liczyć na taką samą popularność. – U nas jest tak, jak w całej Europie: piłka nożna ponad wszystkim – wzrusza ramionami Sanikidze. – Zaza? No tak, teraz, po tegorocznej akcji z głosowaniem na Mecz Gwiazd NBA, stał się bardzo popularny w Gruzji. W zabawie udział wzięli prezydent, premier, najważniejsze osoby głosowały na niego na Twitterze czy Facebooku. Stał się największą gwiazdą gruzińskiego sportu. Ale gdyby był piłkarzem, byłby jeszcze większy.

Gruzini cenią jednak swoich koszykarzy. Dlatego, że są blisko Europy, że wystąpili na trzech EuroBasketach z rzędu, że na każdym walczyli. – Dla ludzi w Gruzji to wielka rzecz. W 2011 roku wyszliśmy z grupy, a w drugiej fazie z Macedonią, późniejszym półfinalistą, przegraliśmy jednym koszem, po wejściu Bo McCalleba. Rok temu, we Francji, w 1/8 finału ulegliśmy po zaciętym spotkaniu Litwie, która wywalczyła srebro. To pokazuje, że potrafimy rywalizować na wysokim poziomie. Ludzie widzą, że z najlepszymi gramy z sercem – mówi Sanikidze.

I zaskakuje: – Grałem na trzech EuroBasketach i to właśnie ten z 2013 roku – jedyny, na którym nie wyszliśmy z grupy – był dla mnie najbardziej znaczący. Mieliśmy świetną atmosferę, duch drużyny był imponujący – tak, przegraliśmy zacięte mecze z Chorwacją i Słowenią, ale pokazaliśmy ogień. Zawsze mówimy o sobie, że Gruzja jest małym krajem, ale z wielkim sercem. Dlatego wygraliśmy z Polską, na początku turnieju byliśmy gotowi na wszystko. Pokazaliśmy to w meczu z wami – byliśmy pełni pasji, brak gwiazd sprawił, że mieliśmy większy głód wygranej.

Wszystko prawda, mam ten mecz przed oczami do dziś. Bauermann, który mówił o polskiej koszykówce jako o śpiącym gigancie, nie zdołał go obudzić. Gruzińscy wojownicy rzucili się do gardeł polskim gwiazdom, oglądając ten mecz w Celje wiedziałeś, że to się nie uda. Że Gruzja złapała to spotkanie za rogi i rzekomego giganta nie puści.

Gruzini Polaków jednak szanują. Potwierdza to Sanikidze. – Prezydent Kaczyński przyjechał do nas i pokazał, że Polacy naprawdę chcą być naszymi przyjaciółmi. Zawsze ceniliśmy takie gesty, po śmierci Kaczyńskiego jedną z ulic w Tbilisi nazwano jego imieniem – przypomina.

***

Tbilisi, rodzinne miasto Sanikidze. – 90 proc. Gruzińskich koszykarzy, jakich znasz, jest z tego miasta – śmieje się Wiktor. – Na prowincji, szczególnie kilkanaście lat temu, nie było żadnych warunków do treningów, do rozwoju.

Nie, żeby w Tbilisi były w czasach młodości Wiktora jakieś wyjątkowe. – Uśmiecham się teraz, jak wspominam swoje początki, bo ćwiczyliśmy w nieoświetlonej hali, gdzie nie tyle nie było żadnych pryszniców, co brakowało szyb w oknach. Było zimno, szybko robiło się ciemno, ćwiczyliśmy – na serio! – w rękawicach, płaszczach, szalikach. Nie przesadzam, inaczej się nie dało. Teraz się śmieję, ale wtedy było ciężko – w tamtej hali się nauczyłem grać. Teraz ten obiekt został odnowiony.

Trenowaliśmy w czymś w rodzaju koszykarskiej akademii. Prawie wszyscy, których znasz z reprezentacji – ja, Zaza, Cincadze, Manuchar Markoiszwili, Tornike Szengelija. Teraz Zaza otworzył w tym budynku swoją akademię koszykarską, dzieciaki mają znacznie łatwiejszy początek.

Wiktor pochodzi z koszykarskiej rodziny. – Mój tata, Amiran, grał ligowej drużynie uniwersytetu z Tbilisi, na którym zresztą poznał moją mamę. W kosza grał także mój starszy brat, który był nawet w reprezentacjach do lat 18 i 20, ale potem doznał kontuzji i przestał. Ojciec dzwoni do mnie po każdym meczu. Jest trochę niższy ode mnie, ale jego przyjaciele mówili mi, że skakał naprawdę wysoko.

To zresztą firmowy znak Sanikidze – dynamiczny wyskok, wsady z powietrza, dobitki, efektowne bloki. Idol z młodości? – Vato Natswliszwili. Grałem z nim w Dijon, gdy miałem 17-18 lat, ale już wcześniej, kiedy pierwszy raz poszedłem na mecz koszykówki w Gruzji, był moim ulubionym graczem. Skakał, wsadzał piłkę do kosza, czego więcej potrzebuje dzieciak, żeby znaleźć idola?

No i wszystko jasne.

Sanikidze sam ma teraz ksywę „Air Georgia”, ale bagatelizuje jej znaczenie. – Napisała tak o mnie jedna z europejskich stron o koszykówce, już nie pamiętam która. Ale przecież każdy wysoko skaczący gracz z danego kraju mógłby mieć taki przydomek, a może nawet już ma.

***

Wielkiej kariery nie zrobił, choć od lat gra na solidnym, europejskim poziomie. Można się już tylko zastanawiać, co by było, gdyby nie kontuzja kolana, jaką Sanikidze odniósł grając we Francji. – Kolano skoczka, wyobrażasz sobie? Taka kontuzja, z moim stylem gry…

Sanikidze narzekał na ból już podczas mistrzostw Europy juniorów Dywizji A, w 2004 roku w Saragossie. Był wówczas jedynym graczem wybranym w drafcie – kilka tygodni wcześniej z 42. numerem wzięli go Atlanta Hawks, którzy niebawem wymienili go do San Antonio Spurs – ten ruch był zaaranżowany wcześniej przez obie strony. Tak, Gruzina chcieli R.C. Buford i Gregg Popovich, których wyborów podważać raczej nie należy.

Na marginesie – Sanikidze podczas draftu był w Gruzji i spał. Dobrą wieść przekazał mu jego agent, budząc 18-latka telefonem. – Rano powiedziałem mamie, że zostałem wybrany w drafcie przez Spurs. A potem pomyślałem: „A może to był tylko sen?”

Nie był. – Poleciałem do Teksasu, ale byłem wtedy kontuzjowany. W Dijon w ogóle się tym problemem nie zajmowano. W San Antonio powiedziano mi po specjalistycznych badaniach, że powinienem odpocząć od koszykówki przez 3-4 miesiące, dostałem rozpisany specjalnie dla mnie program rehabilitacji. Jednak po powrocie do Francji machnięto na to ręką. „This is bullshit” – usłyszałem.

Ja miałem wtedy 18 lat, nie dyskutowałem. Drugi sezon w Dijon rozegrałem na środkach przeciwbólowych, które zażywałem codziennie. W lecie 2005 roku moje kolana były kompletnie zniszczone. Poleciałem do San Antonio, tam zrobiono mi operację. Nigdy nie zagrałem dla Spurs, a oni zapłacili za wszystko, potraktowali mnie bardzo poważnie. Wierzyli, że kiedyś dla nich zagram.

Wiktor Sanikidze
Wiktor Sanikidze

W ME juniorów czy młodzieżówek, Sanikidze zawsze był wyróżniającą się postacią, w 2006 roku, po sezonie przerwy ze względu na operację, został MVP ME do lat 20 Dywizji B, na których Gruzja wywalczyła awans. W 2007 roku zagrał w Spurs w Lidze Letniej. Ale czy kiedykolwiek myślał tak naprawdę o NBA?

Nie uważam, by moja droga do niej była już zamknięta na zawsze. Myślę, że gdyby prawa do mnie miał inny zespół, to mógłbym wcześniej w NBA zagrać. Spurs, jak było w przypadku Manu Ginobilego, wybierają graczy w drafcie, a potem czekają, aż ci dokonają czegoś wielkiego, np. wygrają Euroligę. Czekają na graczy wybitnych, gotowych, a nie nadzieje. Ja mam 30 lat, za mną dobry sezon w Turcji, zobaczymy, co dalej.

Jeden z blogerów Spurs porównał go kiedyś do Keysera Soze, mitycznego mordercy z filmu „Podejrzani”. W tym sensie, że wszyscy o nim słyszeli, ale nikt go – przez te kontuzje – nie widział.

***

Jako największy sukces Sanikidze uznaje mistrzostwo Włoch z Montepaschi Siena w 2013 roku. – Zakochałem się w tym kraju – w jedzeniu, języku, który przyswoiłem już w pierwszym sezonie. Najlepsze wspomnienia mam ze Sieny, z Bolonii. Ale także z estońskiego Tartu. To nie był ani wielki klub, ani zespół, ani pieniądze, ale ja byłem wtedy po kontuzji, po operacji, opuściłem cały sezon, a oni pomogli mi się odbudować. Fajnie mnie tam przyjęto, do dziś utrzymuję kontakt z ludźmi z Tartu.

Nie planowałem tylu zmian klubów, lig, krajów, ale tak wyszło. Z drugiej strony moje hobby, to podróżowanie. Jak skończę karierę, to spakuję jeden duży plecak i ruszę poznawać świat – mówi Sanikidze.

Dobra, broda. Nie mogłem nie zapytać o nią gościa, który na Twitterze napisał kiedyś: „True love is like a beard. It never ends, it only grows”. Więc pytam. I znów ciekawa historia. – Zapuściłem, taką naprawdę długą, dwa sezony temu, jak grałem w Saragossie. W Hiszpanii wielu ludzi nosi właśnie taki zarost. Kiedy jednak przyjechałem do Gruzji, to dla miejscowych było to bardzo dziwne. Wszyscy myśleli, że mam jakiś problem, że coś złego się stało. Pytali mnie, czy wszystko w porządku itp.

Wiktor Sanikidze
Wiktor Sanikidze

Wszystko dlatego, że w Gruzji mamy taką tradycję, że jak umiera jeden z członków rodziny, to się długo nie golimy. Więc długa broda, to oznaka traumy – wyjaśnia Sanikidze.

Zmienny image nie ma drugiego dna. – U mnie wiele rzeczy dzieje się pod wpływem chwili – nagle zaczynam zapuszczać brodę, potem nagle ją golę. To samo z włosami, możliwe, że jutro coś wymyślę i się ogolę – mówił przed ostatnimi sparingami tego lata.

Na razie nic się nie zmieniło – w pierwszym meczu eliminacji z Albanią, który Gruzja wygrała 86:47, Sanikidze rzucił 20 punktów i miał 6 zbiórek, zaliczył kilka efektownych wsadów, broda i rozwiana fryzura były na miejscu.

Łukasz Cegliński

POLECANE

Pozycja Anwilu Włocławek na czele listy jest na początku sezonu niezagrożona. Na drugim miejscu widzimy Arkę Gdynia, nieco dalej Polski Cukier. Najsłabiej w tym momencie wyglądają zespoły z Gliwic, Radomia i Starogardu Gdańskiego.