Wilt Chamberlain i mecz za 100 punktów

Share on facebook
Share on twitter

Dziś mija 55. rocznica najsłynniejszego indywidualnego występu w historii koszykówki. Wilt Chamberlain zdobyciem „setki” ustanowił niedościgniony rekord.

Wilt Chamberlain / fot. wikimedia

Kolekcja zegarków NBA – Tissot w szczytowej formie! >>

Wytykano mu megalomanię, egoizm, a także to, że w przeciwieństwie do takiego Billa Russella jego dominacja i indywidualne popisy nie przekładały się na sukcesy drużyny. W ciągu 15 lat spędzonych na parkietach NBA wywalczył tylko dwa tytuły mistrzowskie, podczas gry Russell poprowadził Celtics do aż 11. Przegrał z nim także 7 z 8 play-offowych serii.

Sporo można mu było zarzucić, ale tego konkretnego dnia na kartach historii nie tylko koszykówki, ale także sportu w ogóle, zapisał się powiększoną i wytłuszczoną czcionką. 2 marca 1962 roku, czyli równo 55 lat temu, w hali Hershey Sports Arena w (oddalonej o 150 km od Filadelfii oraz 260 km od Nowego Jorku, w którym na co dzień mieszkał Wilt) miejscowości Hershey w stanie Pensylwania, miał miejsce Ten Mecz.

Mecz pomiędzy Philadelphia Warriors a New York Knicks, w którym jeden zawodnik, Wilt Chamberlain, w pojedynkę zdobył 100 punktów.

26-letni wówczas Wilt uwielbiał rywalizację w każdej postaci, ale jeszcze bardziej kochał w niej dominować. W poprzednich trzech spotkaniach uzbierał w sumie 193 „oczka”, a całe rozgrywki 1961/62 zakończył potem z niewyobrażalnymi wręcz średnimi na poziomie 50,4 punktu i 25,7 zbiórki.

Jego ogromną przewagę nad resztą ligi generowały przede wszystkim niespotykane w tamtym czasie warunki fizyczne, a także towarzyszące im dynamika, atletyzm i świetna koordynacja. Średni wzrost koszykarza grającego na pozycji środkowego wynosił wtedy 208 cm. Dokładnie tyle w metryczce wpisane miał chociażby wspomniany Bill Russell.

Chamberlain mierzył 216 cm i ważył 124 kg. A przy tym przez całą karierę grał średnio po 45,8 minuty na mecz! Maszyna, nie człowiek.

O 8 cm niższy i aż 25 kg lżejszy był także Darrall Imhoff. Center Knicks, który tego dnia próbował go kryć. Próba ta zakończyła się popełnieniem przez rywala 6 przewinień w 20 minut spędzonych na boisku. Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Miał przynajmniej dobre miejsce do oglądania reszty historycznego spektaklu.

Do przerwy lider Philadelphia Warriors uzbierał 41 oczek, które niespecjalnie jeszcze zwiastowały to, co nastąpi. Podobne występy miewał już w przeszłości. Jednak z minuty na minuty jeszcze podkręcał tempo, a gdy okrągła setka pojawiła się już na horyzoncie, trener Frank McGuire, aby zaoszczędzić jak najwięcej czasu w defensywie i stworzyć dla Wilta kolejne szanse w ataku, nakazał pozostałym graczom błyskawiczne faulowanie.

Legendarnemu środkowemu wychodziło tego dnia wszystko. Nawet na linii rzutów wolnych, których w całej karierze trafiał tylko 51 proc., zanotował świetne 28/32. Do tego 36/63 z gry i stało się. Warriors zwyciężyli 169:147, a Wilt Chamberlain zapisał na swoim koncie 100 punktów. Przy okazji dołożył też skromne 25 zbiórek.

Nikt nie był nawet blisko i najprawdopodobniej już nigdy nie będzie. 44 lata później Kobe Bryant ustanowi wprawdzie drugi najlepszy wynik w historii (81), ale 19 punktów różnicy trudno określić jako „blisko”. 2 marca już na zawsze pozostanie dniem Wilta Chamberlaina i jego rekordowej setki. Na to, że spał z 20 tysiącami kobiet dowodów nie ma, ale tego osiągnięcia na pewno nikt nie podważy.

Kolekcja zegarków NBA – Tissot w szczytowej formie! >>

Mateusz Orlicki

POLECANE