Witold Zagórski – historia alternatywna

Share on facebook
Share on twitter

W poniedziałek wspominaliśmy zmarłego kilka miesięcy temu najlepszego trenera w historii polskiej koszykówki. Słuchając wspomnień o Witoldzie Zagórskim zastanawiałem się, co by było, gdyby nie wyjechał z Polski.

Reprezentacja Witolda Zagórskiego
Reprezentacja Witolda Zagórskiego

Poniedziałkowe spotkanie odbyło się w Muzeum Sportu i Turystyki – organizatorami byli także PZKosz i Fundacja „Centrum Edukacji Olimpijskiej”. W Centrum Olimpijskim pojawiło się około 70 osób – nie tylko koszykarze z reprezentacji Witolda Zagórskiego czy z lat późniejszych, ale także jego szkolni koledzy, a nawet kilka młodszych osób, które nie mają prawa pamiętać meczów jego drużyny.

Po wstępie Kajetana Hądzelka, honorowego prezesa PZKosz, Zagórskiego wspominały kolejne osoby. Stanisław Olejniczak mówił o tym, jak bardzo fair i koleżeńsko zachowywał się trener w stosunku do koszykarzy – nawet tych, których przestawał powoływać. – Lubiliśmy go wszyscy. A nawet kochaliśmy – kończył ze łzami w oczach. Wiesław Siwek opowiadał, jak zaczynali z Zagórskim naukę w podstawówce – w 1937 roku, potem wstąpili do Szarych Szeregów, a po wojnie trafili razem na trening Polonii. Tadeusz Blauth, były gracz AZS Warszawa, odczytał kilka maili z ich korespondencji – wzruszających, ale też wesołych.

Andrzej Pstrokoński rzucał anegdotami, Łukasz Jedlewski, dziennikarz „Przeglądu Sportowego”, zauważył, że duża część jego zawodowego życia, to właśnie opisywanie pracy Zagórskiego, Władysław Kański, który siedział z trenerem w szkolnej ławce przed maturą, wspominał urywanie się na koszykarskie wagary na Agrykolę.

A ja się zastanawiałem nad historią alternatywną – co by było, gdyby Witold Zagórski pod koniec lat 70. nie wyjechał do Austrii? Trener, podobnie jak większość graczy kończących karierę, chciał spróbować życia za granicą, zarobić większe pieniądze niż w Polsce. Ostatecznie został w Austrii na stałe, a po koniecznym zrzeczeniu się polskiego obywatelstwa, przez wiele lat nie mógł przyjechać do ojczyzny. Jego kontakt z naszą koszykówką się urwał.

Wielka szkoda. Przecież Zagórski miał wszystko, by stać się wzorem, wiodącą postacią, osobą wytyczającą kierunki szkolenia i rozwoju koszykówki. Ogromne doświadczenie, sukcesy, umiejętność posługiwania się językiem angielskim, znajomości w Europie, a nawet w USA, wielokrotnie odbywane staże, wyjazdy szkoleniowe, rozpoczęta kariera naukowa na AWF.

zagorski_hadzelek
Wspomnienie Witolda Zagórskiego (Fot. Jan Rozmarynowski)

Zagórski, gdyby pozostał w kraju, byłby następcą Walentego Kłyszejki, który kładł podstawy pod rozwój naszej koszykówki w latach 30., a także po wojnie. Później takiej osoby zabrakło, a sukcesy reprezentacji zakończyły się już w latach 80. Nie doskoczyliśmy przecież wyżej niż do siódmego miejsca, a konkurencja wcale nie była tak silna jak teraz – jeszcze w 1991 roku na mistrzostwach Europy grało tylko osiem zespołów.

Kajetan Hądzelek, gdy zapytałem go po poniedziałkowym spotkaniu o to, kim mógłby być dla polskiej koszykówki Zagórski, uśmiechnął się. – Szefem jej rozwoju. Chciałem mianować do wiceprezesem związku, na AWF kontynuowałby karierę naukową, szkoliłby trenerów, wytyczał kierunki. Ale wie pan, to były inne czasy, z możliwości wyjazdu za granicę tak łatwo się nie rezygnowało.

Zagórski wyjechał w złym momencie swojej trenerskiej kariery. W 1961 roku objął kadrę w wieku 31 lat, wcześniej i później nigdy (!) nie trenował żadnej klubowej drużyny. Reprezentację prowadził przez 14 lat, do 1975 roku. Z sukcesami, ale też słabą końcówką, bo na mistrzostwach Europy w 1973 roku jego Polska zajęła 12. miejsce, dwa lata później w Jugosławii – ósme. Nie był już trenerem z topu.

Dlatego choć wcześniej miał propozycje pracy np. w Hiszpanii, tak pod koniec lat 70. – także dlatego, że zaczynała się ofensywa trenerów jugosłowiańskich – nie miał tak atrakcyjnych ofert. Jego byli koszykarze wyjeżdżali do Francji czy Belgii, on trafił do koszykarsko zapuszczonej Austrii. Wyrobił sobie tam nazwisko, stał się znaną, ważną postacią. Ale do wielkiej koszykówki już nie wrócił, niestety.

Nie wiadomo, czy z Witoldem Zagórskim w roli głównego myśliciela, osoby wyznaczającej kierunki rozwoju, polska koszykówka lat 80. i 90. znów walczyłaby o medale. Wiadomo jednak, że osoby lepiej przygotowanej do pełnienia takiej roli nie mieliśmy i nie mamy.

PS Kajetana Hądzelka i obecnego prezesa PZKosz Grzegorza Bachańskiego zapytałem też o plany zorganizowania Memoriału Witolda Zagórskiego – cyklicznej imprezy, najlepiej turnieju z udziałem reprezentacji, która przypominałaby co roku o naszym wielkim trenerze. Plany są, ale konkretów brak.

Łukasz Cegliński