Wojciech Bychawski: Koszykówka nie trwa wiecznie

Share on facebook
Share on twitter

– Tego szczęścia i emocji po meczu, w którym wygrywa się awans, nie da się kupić za żadne pieniądze – mówi Wojciech Bychawski, trener AZS AGH Kraków, beniaminka pierwszej ligi, który po roku przerwy wrócił na zaplecze PLK.

Wojciech Bychawski / fot. Znicz Pruszków

W takich butach w NBA błyszczy Kyrie Irving >>

Pamela Wrona: Sezon 2016/17 był waszym pierwszym na zapleczu ekstraklasy. Skończył się na 14 miejscu i bilansie 10-20. Czego mogło Wam wtedy brakować?

Wojciech Bychawski: Na temat tamtego sezonu zostało powiedziane już dużo, niekoniecznie sympatycznych rzeczy. Ode mnie powiem krótko, że przede wszystkim zabrakło drużyny.

Była grupa ludzi, ale nie udało mi się stworzyć zespołu. Całkowitą i bezwzględną odpowiedzialność za to, że nie udało nam się utrzymać biorę na siebie. Mówię szczerze. Nie potrafiłem w tamtym momencie zrobić tego w taki sposób, w jaki powinno to zostać zrobione. Co więcej, wydaje mi się, że nie dałem im tego, czego potrzebowali ode mnie jako trenera. To mogło być kluczowe.

Minęło trochę czasu, po drodze wydarzyło się wiele fajnych rzeczy. Tamten sezon jest dla mnie zamknięty i oddzielony grubą kreską. Nie chcemy do tego wracać, pewne sprawy zostały między sobą wyjaśnione. Staramy się bardziej z tego cieszyć, to było tak zwane „frycowe”. Zapłaciliśmy je za brak doświadczenia, możliwości organizacyjnych i tak dalej. Tak bym to opisał.

Czy to był zbyt duży przeskok i było dla was za wcześnie na pierwszą ligę?

Trudno powiedzieć. Nie wydaje mi się, żeby było za wcześnie. Niemniej jednak trzeba mieć świadomość tego, jak to wygląda. Ja dając pożywkę hejterom, powtarzam to nieubłaganie: jesteśmy drużyną akademicką, złożoną głównie ze studentów. Ciągle dostaje jakieś anonimowe wiadomości i komentarze, odnośnie tego, jak na przykład kto się uczy i gdzie jest zapisany. To jest dla mnie żenujące. Ci chłopacy starają się pogodzić naukę ze sportem. To naprawdę nie jest łatwe.
Mamy sponsora w postaci uczelni, która nam w tym pomaga – kogoś to chyba bardzo boli. Odpowiadając na pytanie, czy za wcześnie, czy nie, sądzę, że nie za wcześnie, a w sam raz. Jak będzie teraz, czas pokaże. Z bardzo dużą pokorą do tego podchodzimy.

Jaki jest wasz cel na rozpoczęty właśnie sezon?

Jesteśmy drużyną akademicką, ta pierwsza liga powinna być dla nas nagrodą, ale nie jest celem. Naszym priorytetem nie jest to, aby mieć markę na skalę ekstraklasy czy mocnej pierwszej ligi, bo na to nie ma większych możliwości w naszym mieście. Niestety, sport na profesjonalnym poziomie nie jest w jakiś wyraźny sposób wspomagany. Uczelnia daje nam naprawdę bardzo dużo, natomiast my też musimy wiedzieć gdzie jest nasze miejsce w szeregu. W pewnym sensie jesteśmy taką drużyną, która jest trampoliną do pójścia gdzieś wyżej, ale jednocześnie na jakimś fajnym, stabilnym poziomie.

Teraz na mecze przychodzi regularnie po 300-400 osób, bo taka jest zresztą pojemność naszej hali. Staramy się, aby ludzie nas wspierali, aby wyglądało to dobrze, jednak mając na uwadze to, że gdzieś nad nami jest szklany sufit, którego nie przebijemy głową.

Mamy marzenie, aby utrzymać się w pierwszej lidze i przede wszystkim dawać szanse młodym ludziom. U nas mogą się uczyć i jednocześnie trenować, a następnie mogą pójść gdzieś dalej. Nie chcemy pompować balonika, ani niczego obiecywać. Dla nas najważniejsze jest to, aby zostać w tej lidze na trochę dłużej.

MID SEASON Sale – najlepszy moment na koszykarskie zakupy! >>

W jaki sposób w waszej drużynie godzi się naukę ze sportem? Nie w każdym klubie są takie możliwości, aby to ze sobą współgrało.

Staram się, aby to weszło im w nawyk. Pokazać jak można pogodzić te dwie rzeczy. Wydaje się to łatwe, a w rzeczywistości nie jest. Nie w każdym mieście by się to udało. U nas jest duże parcie na naukę i rozwój. Chcemy, aby oni oprócz trenowania mogli się uczyć. Z rożnym skutkiem to wychodzi, jednemu idzie lepiej, a drugiemu gorzej, ale tak jest wszędzie. Staram się, aby to wyszło dobrze.

Zawsze pytam graczy, nawet jak idą gdzieś w Polskę, o dwie standardowe rzeczy: jak im idzie i czy się uczą? To jest dla mnie bardzo ważne. Ci chłopacy muszą wiedzieć, że koszykówka nie trwa wiecznie. To jest sport, który kiedyś się kończy.

Trenujemy popołudniami, młodzi zawodnicy mają dodatkowe zajęcia rano. Mamy też zawodników, którzy studiują nie tylko na naszej uczelni, ale też gdzieś indziej. Załatwiają sobie indywidualny tok nauczania na przykład na AWF. Mamy w zespole nowe twarze, staramy się ich namówić, a nawet nakłonić do kontynuowania nauki. Zawsze tych zawistnych to boli, że jedni chodzą, drudzy nie. Trochę mnie to śmieszy.

To są naprawdę ambitni ludzie. Jeżeli któryś z nich ma kolokwium czy ważne zajęcia, ja go nigdy nie zmuszę i nie będę namawiał do przyjścia na trening. Staramy się wszystko dopasować, a trening zawsze będzie można odrobić indywidualnie. Chcę ich poniekąd trochę wychować, przygotować do życia, na to co ich otacza i na pewne sytuacje, nie tylko z uwagi na samą koszykówkę. Zawsze na początku roku proszę zawodników, aby pokazali mi swój plan zajęć, abym mógł to jakoś rozsądnie dostosować. Nie zawsze się da. Godzenie nauki ze sportem nie należy do łatwych rzeczy. Trzeba mieć naprawdę dużo zaparcia i motywacji.

Pana drużyna jest też bardzo młoda…

Zgadza się. Jak pokazują rankingi, posiadamy drugą po WKK Wrocław, najmłodszą drużynę w lidze. Mamy zawodników, którzy są na przełomie liceum i studiów. Są to też ludzie, którzy dorastają, spotykają się z różnymi trudnościami, rzadko kiedy są w pełni ukształtowani. Mamy 3 czy 4 takich zawodników, a reszta to naprawdę młode osoby, które mają pewne problemy. Dla kogoś może są one śmieszne, ale dla nich są najważniejsze, a my musimy uczyć się z nimi radzić. To jest trudny okres. Wiele z nich przyjeżdża z innych miast, do tego dochodzi większa samodzielność.

W profesjonalnym sporcie, ktoś się może śmiać z takiej wypowiedzi, albo nazwać to misjonarstwem, ale na takie rzeczy trzeba się uodparniać, uczyć ich tego. Później taki klub za rok czy dwa dostaje gotowego chłopca do samodzielnego życia. My co roku się z czymś takim mierzymy. Z racji tego w jakim wieku mamy zawodników, siłą rzeczy chcemy takie rzeczy ułatwiać, a nie utrudniać.

Nie bez powodu też pracujemy na uczelni, trenerzy pracują w szkołach, czy są pedagogami. Chcemy stworzyć miejsce przejściowe, a do profesjonalnego, ekstraklasowego klubu jest nam bardzo daleko. Musimy mierzyć siły na zamiary.




Czy minionym sezonie szykowaliście się na pierwszą ligę? W rundzie zasadniczej ponieśliście tylko jedną porażkę.

Ci ludzie, którzy zostali w klubie mieli cichą nadzieję, że jednak uda nam się powrócić na zaplecze PLK. Mówiliśmy, że chcemy do niej wrócić, ale bardziej między sobą w szatni. Do momentu awansu, nikt nie znajdzie wcześniejszej wypowiedzi mojej lub któregoś z moich zawodników, że naszym celem jest awans.

Prawdą jest, że mieliśmy swoje cele i marzenia, natomiast nie wypowiadaliśmy słowa „awans”. Chcieliśmy po prostu robić swoje. Mieliśmy świadomość, że jeżeli się uda, to możliwości będą takie jak w poprzednim sezonie, czyli określone środki finansowe, organizacyjne.

Jak teraz wygląda wasz sztab?

Ja jestem pierwszym trenerem, moim asystentem jest Tomasz Orlicki, Piotr Biel jest od przygotowania motorycznego, fizjoterapią zajmuje się Anna Rybarz, a w skautingu pomaga nam Tomasz Zych, który jest jednocześnie naszym zawodnikiem. Robi to fenomenalnie. Jest bardzo dobrym rozgrywającym, ma czucie boiskowe.

Czasami się śmieję, wiele osób mi to mówi, ale cholera, mają racje. Mam świetnego asystenta i skauta, wybitnego trenera od przygotowania motorycznego, a ja tak sobie siedzę z boku i po prostu staram się tego nie zepsuć (śmiech). Mam dużo szczęścia, że Ci ludzie ze mną są. Robią za mnie fajną pracę, a ja co w mojej mocy, żeby nie „spitolić” tej ich roboty i czasami mi się nawet udaje!

Nie wyobrażam sobie pracy bez nich i abym miał sam prowadzić drużynę. Jak to mówi mój kolega Piotrek Biel: „zginąłbym jak ciotka w Czechach”, cokolwiek to znaczy (śmiech). Warto dodać, że mamy też kompetentny zarząd, który robi wszystko na miarę naszych możliwości, aby to prawidłowo funkcjonowało.

Pod jakim kątem została zbudowana drużyna?

Kilku zawodników zostało, kilku doszło. To jest dla nich nagroda, możliwość rozwoju. Dla wielu z nich to jest debiut, niektórzy tylko trochę grali na tym poziomie. Tacy gracze mają teraz stanowić o sile tego zespołu. Ta liga tak naprawdę jest dla nich. Nazwę to marzeniem, popartym bardzo ciężką pracą.

Drużyna przede wszystkim zbudowana jest pod kątem rozwoju, aby gracze mogli później wskoczyć gdzieś wyżej. Wzmocniona jest po to, żeby próbować utrzymać się w lidze i zaznaczyć się w niej w jakiś fajny sposób.

Ponadto, chciałem pomóc zawodnikom takim jak Michał Sadło, który był po kontuzji, po której nie byłoby mu łatwo znaleźć swoje miejsce, a do nas przyszedł się odbudować. Powoli pokazuje, że Pan Bóg daje mu szanse i zdrowie, aby mógł się realizować i tym samym mieć dobry sezon.

Z kolei, Artur Włodarczyk powrócił do miasta, z którego pochodzi, a co więcej, kształci się, szkoli, trenuje młodzież, inwestuje w siebie bo chce mieć jakąś przyszłość po grze.

Koszykówka w Krakowie powróciła w dobrym stylu. To będzie raczej pytanie retoryczne, ale czy pana zdaniem, lepiej smakuje wywalczenie sobie w danej lidze niż zakupienie dzikie karty? Co pan o tym sądzi?

Wydaje mi się, że nie powinno się oceniać innych, nie będąc w ich butach. Mogę powiedzieć, jak jest u nas. W klubie, w którym pracuję, przynajmniej moi współpracownicy nie kupiliby nigdy żadnej dzikiej karty. My mamy inny pomysł na sport, nie chcemy nic kupować, ale jednocześnie nie krytykujemy innych.

Rozumiem sytuacje, w której trzeba coś zrobić i znaleźć jakieś rozwiązanie. Z innego punktu widzenia, taniej jest kupić sobie dziką kartę niż o nią walczyć. Druga sprawa, czasami organizacyjnie, nie znajdzie się jakiegoś sponsora, czy kogoś, kto powie „ok, wchodzę w to, ale musi być liga wyżej”, a wtedy ten ktoś musi zaryzykować. To się robi dla dobra sportu. Nikogo nie krytykuję ani nie oceniam. Trzymam kciuki za ludzi ambitnych, którzy chcą coś robić, stawiają na sport.

Dla porównania, w Słupsku są wielkie, koszykarskie tradycje, ekstraklasa, dlatego ciężko sobie wyobrazić, żeby zaczynać od trzeciej ligi. W WKK tak samo. Ogromne pieniądze inwestowane w sport od lat. Rozumiem takie decyzje. Ludziom, którzy inwestują w sport powinno stawiać się ołtarzyk i się do nich modlić. Teraz znalezienie choćby tysiąca złotych graniczy z cudem. Nigdy nie prowadziłem takiego zespołu, który kupił dziką kartę i nigdy nie byłem w takich realiach, dlatego też ciężko mi powiedzieć, jak to wygląda.

Jak podsumuje pan awans?

Sport dla mnie kojarzy się z radością po awansie, goryczą po spadku. Ja miałem okazje zaznać i jednego, i drugiego, w krótkim okresie czasu. Nikt, tak jak ja nie wie, jakie są przykre dni po spadku, jaki jest smutek i żal, a następnie jaka jest radość po awansie.

Takie szczęście i emocje, kiedy jest mecz o awans, to jest kilka tak niesamowitych minut, że jest to nie do opisania. Po jakimś czasie kurz opada, ale te kilka minut takiej szczerej radości, to jest tak cudowne, że tego nie da się kupić za żadne pieniądze.

Ja traktuję koszykówkę jak przygodę, mimo, ze się stresuję i denerwuję. Cieszę się z każdego treningu, z każdego meczu, z tego co się dzieje, z każdego wyjazdu, miejsc do których jeżdżę, ludzi, których spotykam. Wakacji nie spędziłem w ciepłych krajach tylko na zgrupowaniu na Mistrzostwa Europy.

Jeżdżę na różne obozy, campy. Jestem trochę prymitywny, męczę się i odpoczywam z koszykówką (śmiech). Jestem szczęśliwy, że Bóg dał mi taką szansę, że nie pracuję. Ja po prostu realizuję swoją pasję. A przy okazji jak ktoś daje mi za to pieniądze, to tym bardziej nie można powiedzieć złego słowa! (śmiech). Koszykówka jest moim życiem, co więcej mogę powiedzieć?




Zatrzymajmy się przy nowym sezonie. Jak Pan ocenia pierwsze kolejki?

Podpisuję się pod wszystkim co powiedziałem. Uważam, że należy szanować każdy zespół. Ta liga, zwłaszcza w tym sezonie jest nieobliczalna i nieprzewidywalna. Kluby są coraz lepiej zorganizowane, mają większe ambicje i każdy chce wygrywać. Ta kolejka pokazała, jak to naprawdę wygląda.

Czy ma pan swojego faworyta?

Mam swoje przemyślenia. Nie zawsze zapowiedzi czy finanse gwarantują zwycięstwo. Kilku „papierowych faworytów” poległo, a z kolei niektóre drużyny pokazały charakter. Na przykład Górnik Wałbrzych u siebie w hali nie odda nic za darmo, ani centymetra parkietu. Czekam aż zaskoczą Znicz Basket Pruszków, Łowicz, który ma fajny skład.

Wydaje mi się, że pierwsza liga będzie fajna i mam nadzieję, że nie będzie zbyt rozwarstwiona. To są oczywiście moje dywagacje. Jadąc na mecz, gdziekolwiek, każdy będzie musiał myśleć: „o cholera, tu nie będzie łatwo”. Ale za nami dopiero trzecia kolejka, z oceną wstrzymałbym się jeszcze jakieś 10 kolejek. Liga jest bardzo ciekawa i emocji nie zabraknie.

Przed startem rozgrywek, eksperci typowali Was w granicach dołu tabeli… A bez wątpienia, jesteście sporym zaskoczeniem.

Nie twierdzę, że nie możemy być na samym dnie tabeli, że nie możemy grać w playoutach. Ale mamy młodą drużynę, która dopiero się uczy, która na pewno poniesie jeszcze wiele porażek, która będzie miała trudne chwile. Może spadniemy z tej ligi, tego nie wiem. Być może trzeba będzie ponownie to przełknąć.

Tak jak już mówiłem, nie można jednak nikogo skreślać na samym początku, tym bardziej nową drużynę. Pokora, pokora i jeszcze raz pokora. Nie czujemy się od razu wygrani. Do mojego zadowolenia z gry tego zespołu jest jeszcze daleko, zawodnicy wiedzą, że jeszcze muszą wiele zrobić. Wydaje mi się, że powinno się trochę bardziej oględnie mówić, zwłaszcza o tych, którym ma się nie udać. O faworytach można mówić głośno, ale subtelniej można byłoby powiedzieć o tych, których skazuje się na pożarcie… Aczkolwiek sam wiem, że czasami mówię rzeczy mało subtelne i zaczynam rozumieć ludzi (śmiech).

Jestem cholerykiem, jak ochłonę, to trochę inaczej patrzę na pewne rzeczy. Czasami zdarzało mi się, że w jakichś wywiadach się zagalopowałem, powiedziałem być może za dużo na temat osób, które nas krytykują, ale zaraz myślę sobie, że taką mają pracę, a ja muszę udowodnić, żeby oni uderzyli się w pierś, a czasem potrafią to zrobić, co jest fajne i tyle.

Pycha jest ulubionym grzechem diabła. Cały czas to powtarzam. Cały czas walczę, aby mieć więcej pokory, a pokusy są straszne

Czy przypuszczał pan, że sezon rozpocznie się dla was w ten sposób i razem z Górnikiem Wałbrzych, który ma taki sam bilans 2:1, przełamiecie stereotyp dotyczący beniaminków?

To pytanie jest trochę podchwytliwe. To jak kobieta pyta mężczyznę: „za co mnie kochasz? Za to, że jestem mądra? To znaczy, że jestem brzydka? Jak jestem ładna, to uważasz mnie za śliczną, pustą idiotkę?” (śmiech).

Moja odpowiedź jest taka… Jak powiem, że nie, to moi zawodnicy powiedzą, że nie wierzę w nich. Jeżeli powiem, że tak, to inni powiedzą, że jestem gburem. Bałem się tego początku, to jest logiczne, natomiast miałem jakieś marzenia, mieliśmy wiarę w to, że możemy grać dobrze, natomiast to jest dopiero początek.

W środę czeka nas niezwykle ciężki mecz w Łańcucie, jedziemy tam po kolejną lekcję koszykówki. Znasz te tereny i wiesz jak to dokładnie wygląda. Mam ogromny szacunek do trenera Kaszowskiego i do tego miejsca. Mam tam najlepszego przyjaciela – Macieja Klimę. Spróbujemy się im postawić, ale na pewno będzie ciężko. Fajnie będzie tam znowu zagrać po roku przerwy.

Weryfikacje nadchodzą, przy czym dla nas to nie jest weryfikacja, bo przygotowujemy się do każdego meczu. Nawiązując do pytania – po trzech pierwszych kolejkach marzyłem o jednym zwycięstwie i dwóch dobrych meczach, w których się bijemy o każdy punkt.

Czy w swoim kunszcie trenerskim, wzoruje się pan na kimś? Ogląda Pan NBA, czy raczej pozostaje Pan przy naszej rodzimej koszykówce?

Szczerze, nie przepadam za NBA, może to zabrzmi śmiesznie. Kocham naszą polską pierwszą ligę, ekstraklasę oraz Euroligę. Mogę oglądać dniami i nocami. 1LM uwielbiam, mógłbym jeździć na wszystkie mecze, wszystkie po kolei oglądać. Uwielbiam patrzeć na pracę tych trenerów, na ludzi, którzy w jakiś sposób się wyróżniają, na ich zaangażowanie. Cieszę się, że ta liga tak wygląda.

Od początku najbardziej kibicuję drużynom, które gdzieś na początku ktoś po prostu skreślił. Są na straconej pozycji, ktoś ocenił, że będą słabe, a one pokazują, że nie ma przebacz i pozytywnie zaskakują. Takich niespodzianek z pewnością nie będzie brakować.

Pamela Wrona, @PulsBasketu

W takich butach w NBA błyszczy Kyrie Irving >>