Zmarł Witold Zagórski

Share on facebook
Share on twitter

witold_zagorski2

Twórca sukcesów polskiego kosza w latach 60. i 70. odszedł 30 czerwca. We wrześniu skończyłby 86 lat.

Największym sukcesem Zagórskiego było wywalczenie srebrnego medalu podczas mistrzostw Europy w 1963 roku we Wrocławiu, co jest największym polskim sukcesem w historii. W dwóch kolejnych turniejach mistrzowskich Polacy z nim na ławce zdobywali brązowe krążki.

Urodzony w 1930 roku w Warszawie Zagórski, który był koszykarzem Polonii oraz Legii, reprezentację objął w wieku zaledwie 31 lat i prowadził przez kolejne 14, aż do 1975 roku. W tym czasie, poza wspomnianymi medalami, był na trzech igrzyskach oraz jedynych mistrzostwach świata dla Polaków, w 1967 roku.

Zagórski wyjeżdżał też kształcić się do USA, o czym wspominał w długim wywiadzie na PolskiKosz.pl. – Byłem od Manhattan College do Berkeley University w San Francisco.

Oczywiście Amerykanie byli bardzo gościnni. Zadbali też o to, żebym coś zobaczył poza koszykówką. Pokazali mi np. Wielki Kanion w Arizonie. Zrobiło to na mnie niesamowite wrażenie. Wie Pan, mało kto wtedy z Polski mógł takie rzeczy oglądać.

Później trafiłem do Uniwersytetu Harvarda. Nie był to za silny uniwersytet, ale okazało się, że tamtejszy trener miał dobre kontakty koleżeńskie z Redem Auerbachem. I zawiózł mnie do Bostonu – oczywiście wcześniej uzgadniając to z Redem. Ucieszyłem się bardzo na wieść, że będę mógł zasiąść na trybunach słynnych Celtów, którzy wtedy regularnie zdobywali mistrzostwo NBA i obejrzeć mecz ligi zawodowej.

– Wizyta w Bostonie przeszła moje najśmielsze oczekiwania. Red Auerbach zaprosił mnie do… szatni drużyny Celtów i przedstawił mnie całej drużynie jako trenera, który był na Igrzyskach Olimpijskich i zdobył wicemistrzostwo Europy. W ten sposób poznałem Billa Russella i Boba Cousy’ego.

– Wszyscy byli trochę zdziwieni. Coś tam o nas słyszeli, ale wyglądali na mocno zdziwionych, że gdzieś tam w Polsce gra się w koszykówkę i jeszcze trener do nich przyjeżdża.

– Kilka tygodni później, gdy już byłem trochę bardziej ośmielony w trakcie jazdy samochodem spytałem Auerbacha: – Słuchaj a może byście w siedmiu czy ośmiu zebrali się i przyjechali do nas? To by dla ludzi w Polsce było wydarzenie. Odpowiedział niespecjalnie entuzjastycznie, że pomyślimy. Ale po paru dniach stwierdził, że to świetny pomysł i coś takiego zorganizuje.

– Ja w USA byłem do lutego 1964 roku, a oni w maju już byli u nas i w Jugosławii. Gdy przyjechali do Polski, to ja nie byłem już obcy dla nich. Po trzymiesięcznym pobycie w Stanach dość nieźle radziłem sobie z angielskim. Oprócz meczów z czołowymi zespołami polskim (z Legią, Polonią, Wisłą, Śląskiem) zorganizowaliśmy też specjalne zajęcia pokazowo-treningowe. To była niesamowita atrakcja zobaczyć w Hali Gwardii czy w Hali Wisły przy ul. Reymonta Billa Russella czy Boba Cousy’ego na żywo.