Zwykły chłopak ze Słupska – od łez w Chicago do Rosy Radom

Share on facebook
Share on twitter

– Przyjeżdżają do nas Amerykanie – żadne gwiazdy, ale co drugi mówi, że jego celem jest NBA. A u nas utalentowani gracze mają jakieś opory przed takim optymistycznym myśleniem „do przodu”, przed wiarą w siebie. Potrzebujemy pasji, zajarania koszykówką i chęci do pracy – mówi Artur Pacek.

(Fot. Tomasz "Fijołek" Fijałkowski)
(Fot. Tomasz „Fijołek” Fijałkowski)

Znasz się na koszu? – wygrywaj w zakładach! >>

Niektórzy pewnie już tę historię znają – gość ze Słupska miał marzenie i odwagę, by o walczyć o jego realizację. Napisał maila do Tima Grovera, słynnego trenera od przygotowania fizycznego, który pracował z Michaelem Jordanem, Kobe Bryantem i setkami innych koszykarzy NBA. Grover zaprosił go do Chicago, Pacek poleciał, popracował ze swoim idolem, upewnił się, co chce robić w życiu.

Założył Get Better, pracował z zespołami z niższych lig, w końcu trafił do AZS Koszalin, a ostatnio – do Rosy Radom, co przeszło trochę niezauważone. Do pierwszego trofeum, Superpucharu, już się pewnie przyczynił, zaraz zadebiutuje z drużyną w Lidze Mistrzów, kto wie, co będzie w najbliższych latach. Artur Pacek ma 27 lat i nie zamierza zwalniać.

Łukasz Cegliński: Jak to się stało, że trafiłeś do Dzień Dobry TVN?

Artur Pacek: Kojarzyły mnie osoby prowadzące program, moją historią zainteresowała się Natalia Cistowska. Akurat wróciłem z USA z NBA Draft Combine i gdzieś pojawiła się o tym informacja. Ktoś komuś o tym opowiedział i tak się zaczęło. Świat jest mały.

Polską koszykówkę reprezentowali tam Marcin Gortat, Adam Waczyński, koszykarze Prokomu, Rafał Juć i Artur Pacek.

– No tak, za dużo nas nie było.

Ale to ciekawy zestaw – najlepsi gracze i dwa młode wilki, którym udało się pobiec za marzeniami.

– Dobrze to nazwałeś, myślę, że Rafał też się zgodzi.

Powiedziałeś w tym programie, że po pierwszej rozmowie z Timem Groverem w Chicago się rozpłakałeś.

– Tak było. Wielkie emocje.

Dzień wcześniej miałem niemiłą sytuacją – przyleciałem do Chicago i udałem się na miejsce, gdzie zarezerwowałem sobie mieszkanie. Idę, a tu zatrzymuje mnie policja. Zapytali, co tu robię, więc mówię, że przyjechałem do Chicago na staż, a tu wynająłem mieszkanie. I słyszę: „To najgorsza dzielnica w mieście, cztery dni temu w miejscu, gdzie chcesz mieszkać, zastrzelono człowieka. Możesz tu zostać, ale tylko na własną odpowiedzialność”.

Dojechały kolejne patrole, kilka furgonetek na środku ulicy, a ja, jedyny biały w okolicy, między nimi. Zdenerwowałem się, ale miałem dużo szczęścia – jedna z policjantek była Polką i pomogła mi. Zamieszkałem u jej rodziny, u kompletnie nieznajomych ludzi, teraz to moi przyjaciele.

Ale po tym pierwszym dniu, po pierwszej nocy, miałem gdzieś cały ten wyjazd, chciałem wracać do Polski. Byłem zrezygnowany. Chyba stres i te emocje tak nam mnie wpłynęły. No i na drugi dzień spotykam się z Timem Groverem, a on podaje mi rękę i mówi, żebym się przebrał, i przyszedł do niego do gabinetu. On poszedł. Ja, stanąłem, osłupiałem i się rozpłakałem.

To było w 2011 roku, ale do tej pory, jak przypominam sobie tamtą sytuację, to mam dreszcze. To było coś niesamowitego. Ogromna inspiracja do pracy. Z tego wzięło się Get Better, czyli coś, co ma sprawić, byśmy uwierzyli w siebie i poprzez ciężką pracę zbliżyli się do swoich marzeń.

Wakacje z Arturem

artur_pacek2
Tim Grover i Artur Pacek

Kiedy poczułeś, że zaczynasz być w polskiej koszykówce kimś ważnym?

– Wcale tego nie poczułem. Nie myślę o tym, koncentruję się na pracy i pomaganiu swoim zawodnikom. Nie jestem i nie czuję się kimś ważnym.

Ale jak rozmawia się z zawodnikami, to coraz więcej z nich mówi: „Jadę w wakacje do Artura”, „Znów byłem na Get Better”, „Fajny program mi Pacek ułożył na wakacje”.

– Świadomość istoty dodatkowej pracy nad sobą jest u koszykarzy coraz większa. Rozmawiałem o tym niedawno z Michałem Gabińskim – że kiedyś to chyba było tak, że zawodnicy inaczej na to patrzyli i mieli inne priorytety, a teraz bardziej liczy się ciężka praca, dobry trening, każdy chce być jak Andrzej Pluta – trening, trening, trening. Po prostu każdy widzi, jakie efekty potrafi to przynieść – nie tylko najlepszym graczom na świecie, ale także nam w Polsce. Zawodnicy chcą się rozwijać, a ja się cieszę, że wielu z nich wybiera w wakacje współpracę z nami. Im więcej czasu i pracy poświęca się na trening, tym lepsze efekty gry się obserwuje. A to wszystko podnosi poziom i jakość ligi.

Co jesteś w stanie zaproponować zawodnikom, którzy trenują często po kilkanaście lat? Co możesz im dać?

– Przede wszystkim my nie prowadzimy graczy za rączkę, tylko próbujemy ich uświadamiać. Pokazywać, jak ważne jest trening, jak ważne jest odżywianie, jak ważna jest regeneracja, jaki ten trening powinien być. Staramy się uświadamiać, że jest różnica pomiędzy treningiem koszykarza, a treningiem kulturysty. Mimo że ich pewne składowe są podobne, to jednak to dwa odmienne schematy. Po prostu szczegóły. One robią różnicę.

Pracując z graczami doświadczonymi –  Jakubem Dłoniakiem, Pawłem Kikowskim, Krzyśkiem Szubargą, Krzyśkiem Sulimą, Pawłem Leończykiem czy Łukaszem Wiśniewskim, koncentrujemy się już naprawdę na drobiazgach, bo oni mają bardzo szeroki wachlarz umiejętności i doświadczenia.

Dobra, to masz Pawła Leończyka na treningu. Jakimi drobiazgami poprawiasz jego grę?

– Zaznaczę na początku, że ja znam się na przygotowaniu motorycznym, a mój przyjaciel Konrad Kaźmierzczyk z Get Better zajmuję się rozwojem koszykarskich umiejętności. Jeśli chodzi o koszykówkę – analizujemy mecze z udziałem Pawła, patrzymy, jak i gdzie gra na boisku, szukamy elementów, które mogą wzbogacić jego repertuar. W przypadku „Leona” jest to akurat rzut za trzy. W niedzielę oglądałem mecz Polpharmy z Anwilem i słyszałem, jak komentatorzy mówią, że Paweł znów zaczął rzucać z dystansu. A ja wiem, jak on potrafi to robić, bo widziałem w wakacje, jak rzucał z podobną skutecznością co „Kiko” lub „Wiśnia”. To, że trafia, zupełnie mnie nie dziwi, bo nad tym elementem ciężko pracował.

Trener Igor Milicić był tego świadomy?

– Oczywiście, trener Milicić niejednokrotnie rozmawiał z Pawłem i mówił co od niego oczekuje przed sezonem. Co chciałby, żeby potrafił, czego się nauczył.

Nie jest tak, że wszyscy ćwiczą to samo lub każdy trenuje to, co mu się podoba. Są tacy, których znamy od dawna i doskonale wiemy, czego potrzebują. Do pracy z nowymi zawodnikami przygotowujemy się właśnie poprzez szczegółowy wywiad, trening, analizę wideo, a jak jest możliwość, to rozmawiamy z klubowym szkoleniowcem.

Najważniejsze jest dobro zawodnika. Bo przecież to działa tak, że jak on będzie lepszy, to trener będzie zadowolony i da mu więcej minut. Jak pokaże się na lepszym poziomie, to zarobi większe pieniądze. Jak dostanie podwyżkę, to będzie miał możliwość dalszego rozwoju. I o to w tym chodzi. Zarówno klub jak i zawodnik będą zadowoleni.

Mieliśmy zawodników, którzy przyjeżdżali i myśleli, że trafili na „Wakacje z koszykówką”. I się pomylili. Do nas przyjeżdżają ci, którzy chcą trenować i się rozwijać. Jesteśmy nastawieni na pracę.

Od Butlera, do Dłoniaka

(Fot. Getbetter.pl)
(Fot. Getbetter.pl)

Kto był pierwszym graczem, który ci zaufał i zaczął indywidualne treningi?

– Kuba Dłoniak. W 2011 roku, po moim powrocie z USA, skojarzył nas wspólny znajomy. Kuba grał wtedy w Zielonej Górze, był akurat po swoim pierwszym sezonie w ekstraklasie, nawiązaliśmy współpracę.

Po raz pierwszy ćwiczyliśmy w hali CRS, przed lub po treningu zespołu. W Zielonej Górze w ogóle było pod tym względem super, bo na obiekcie jest też sala treningowa – pewne sekwencje ćwiczeń można było robić nawet przed meczami.

Miałeś wrażenie, że Kuba ufa ci od początku? Byłeś wtedy młodym gościem.

– Na to zaufanie zawsze trzeba sobie zapracować, gdy zaczynasz pracę z kimś nowym. Ja byłem młody, ale też nie bez doświadczenia. Przez kilka lat kształciłem się w tym kierunku, kopa dał mi wyjazd do USA. On otworzył mi pewne furtki, złapałem bardzo dużo doświadczenia – wiadomo, treningi z zawodnikami z NBA przy boku Tima Grovera wiele mnie nauczyły. Ale jak odbierał mnie Kuba? Nie wiem, muszę go zapytać.

Z czasem on zauważył, że te nasze treningi działają i potem wystarczała nam tylko rozmowa telefoniczna, by pewne rzeczy omówić, ustalić. Kuba wdrażał wszystko w trening, bo widział efekt. Zaufanie przyszło i zostało.

Ciekawe, że zawsze najwięcej wątpliwości mają gracze z niższego poziomu. Im słabszy gracz, tym więcej dyskusji i podważania sensu wykonywania danych ćwiczeń. Lepsi gracze, szczególnie ci, z którymi pracujemy już od kilku lat, robią pewne rzeczy w ciemno. Ufają nam. Michael Jordan powiedział kiedyś, że on po prostu ufa swoim trenerom, bo gdyby nie ufał, to jakakolwiek współpraca nie miałaby sensu.

Obozy Get Better organizujecie od sześciu lat. Ilu graczy z PLK w nich uczestniczyło?

– Wydaje mi się, że około 80. Ale nie wiem dokładnie, tak naprawdę nie ma to znaczenia. Ważne jest by osoba która z nami trenuje chciała się rozwijać, tak jak my tego chcemy.

Obcokrajowcy też przyjeżdżają?

– Jestem cały czas w kontakcie z Patrikiem Audą i Cameronem Gliddonem, z którym byłem w AZS Koszalin. Ciągle utrzymuję kontakt z Caronem Butlerem i Willem Bynumem.

Nieźle!

– To są akurat gracze, z którymi miałem najwięcej styczności podczas pobytu w USA. Rozmawiamy o odżywianiu, o odpoczynku i regeneracji, tego typu rzeczach.

Takie doradzanie graczom NBA, to musi być dla ciebie duża rzecz.

– Nie chcę, żeby to zabrzmiało górnolotnie, ale dla mnie takie rozmowy z Caronem czy Willem to coś normalnego.

Kiedyś podziwiałem Roberta Witkę, to jakim jest koszykarzem i było dla mnie niesamowite obserwować jego poczynania. Myślałem, że fajnie było by go poznać. A dziś współpracujemy w Rosie na poziomie zawodowym.

Podobnie jest z Caronem czy Willem. Spędziłem z nimi dużo czasu w Attack Athletics w Chicago. Pomagałem Caronowi, jak ten był po zerwaniu więzadła w kolanie i wracał do pełnej sprawności, a z Willem trenowałem najwięcej na siłowni. Tak wyszło. Takie zadania dostałem od Grovera i to robiłem. Nie zastanawiałem się.

Artur Mielczarek przygotowany!

(Fot. Getbetter.pl)
(Fot. Getbetter.pl)

Jaki polski klub dał ci pracę jako pierwszy?

– Trzecioligowy Sokół Międzychód, w którym byłem trenerem od przygotowania motorycznego i pomagałem pierwszemu trenerowi jako asystent. Udało nam się awansować do II ligi. Bardzo dużo się wtedy nauczyłem, nie żałuję, nie wstydzę się pracy w Sokole – naprawdę, to było świetne doświadczenie. Zresztą także jak to, że przeszedłem w Polsce przez każdy poziom ligowy.

Z Sokołem awansowaliśmy z III do II ligi, potem byłem w pierwszoligowej Astorii Bydgoszcz, w końcu pracę zaproponował mi AZS Koszalin, w którym spędziłem sezon. Teraz jestem w Rosie z czego jestem bardzo szczęśliwy.

Ciekawe, jak dorastamy do koszykarskich standardów – kilka lat temu taka funkcja, jak moja, czyli trener od przygotowania motorycznego, w ogóle w klubach PLK nie istniała. A teraz dość szybko się to zmienia, jest inny sposób trenowania, dostrzegane są korzyści, które przynoszą takie zajęcia.

Tim Grover powiedział mi kiedyś, że rolą takich trenerów jak my, są przede wszystkim dwie rzeczy – pomóc graczom by grali lepiej dzięki treningowi na siłowni oraz przygotować ich do wysiłku tak, by ograniczać kontuzje i urazy.

Który z polskich graczy PLK jest najlepiej przygotowany fizycznie?

– Chyba Artur Mielczarek. Jest silny, bardzo silny, a do tego bardzo wytrzymały, odporny na urazy. To mocny, zdrowy zawodnik. Ale tu trzeba rozróżnić rodzaje przygotowania fizycznego – Artur ma je wypracowane, on włożył wiele wysiłku w to, by być tak mocnym. Ale są też tacy goście jak Mateusz Ponitka czy Michał Sokołowski, którzy z taką motoryką po prostu się urodzili. Niektórych rzeczy, jeśli nie są one połączone z genami, nie da się wypracować.

Do tych dobrze przygotowanych zaliczyłbym też Pawła Kikowskiego, Łukasza Wiśniewskiego, Krzyśka Szubargę, Krzysztofa Sulimę, kiedyś Piotrka Szczotkę. Jakub Dłoniak wraca do zdrowia i znowu będzie bardzo fizyczny. Wiadomo, pewnych rzeczy, takich jak skoczność czy szybkość, szczególnie w przedziale wiekowym 23-30 lat czy później, nie da się już wyraźnie poprawić. Ale dobrymi ćwiczeniami można je podtrzymywać, jednocześnie rozwijając inne rzeczy.

W Radomiu pracujesz m.in. z dwoma skrzydłowymi – Damianem Jeszke i Maciejem Bojanowskim. Podobne parametry i wiek, skrajnie różne możliwości fizyczne.

– Dokładnie. Obaj bardzo ciężko pracują, z każdym mam dodatkowe zajęcia po 3-4 razy w tygodniu. Ale jest jak mówisz – „Bojan” i „Jeżu” to zupełnie odmienni gracze pod względem fizycznym, ale obaj są przydatni dla zespołu. Nie każdy może być skoczny i szybki, ale może nadrabiać siłą i wytrzymałością.

Z Damiana skoczka, który będzie robił efektowne wsady, pewnie nikt nie zrobi.

– Ale też nie jest tak, że można zaprzestać kształtować tą zdolność. Każdy musi mieć najróżniejsze bodźce, gdybyśmy się skupiali na jednym wymiarze pracy fizycznej, to gracz mógłby się ,,zakopać” i stracić to, co miał. Damian ma indywidualny program, który pomaga mu kształtować szybkość i skoczność. Inna sprawa, że w poprzednim sezonie miał trochę urazów i nie mógł normalnie ćwiczyć. Ale nadrabiamy ten czas.

Cel: reprezentacja! I NBA

(Fot. Getbetter.pl)
(Fot. Getbetter.pl)

Wracając do Get Better – macie w Polsce konkurencję, jeśli chodzi o organizację, która pomaga graczom PLK szkolić się między sezonami?

– Nie wiem, skupiam się tylko na efektach naszej pracy. Jeśli ktoś przyjeżdża na obóz, za który płaci niemałe pieniądze, a potem wraca, to dla mnie jest to znak, że te efekty są.

Ile trzeba zapłacić za obóz?

– To zależy od wielu rzeczy, między 800, a 1300 złotych za tydzień. Miejsce – Jezierzyce Słupskie – specjalnie wybraliśmy niezbyt atrakcyjne. Nie ma tu żadnych atrakcji, ale chodzi przecież o pracę. Robimy swoją robotę.

Te wywiady nie są po to, żeby się chwalić. Ja taki nie jestem. Ale fajnie by było, gdyby ktoś po przeczytaniu tej rozmowy pomyślał, że jemu też się może udać. Że jak taki Pacek ze Słupska mógł, to ja też mogę. Na takim myśleniu może skorzystać nasza koszykówka, nasz sport.

Zobacz, przyjeżdżają do nas Amerykanie. Żadne gwiazdy, ale co drugi mówi, że jego celem jest NBA, że on tam chce trafić. A u nas utalentowani gracze mają jakieś opory przed takim optymistycznym myśleniem „do przodu”, przed wiarą w siebie. Potrzebujemy pasji, zajarania koszykówką i chęci do pracy.

Nie wiedziałem czy pytać w ten sposób, ale zapytam – jesteś polskim Timem Groverem?

– Nie, nie jestem. W żadnym wypadku. Daleko mi do niego, nie czuję się jego odpowiednikiem. To nie jest pytanie do mnie. Znajomi się ze mnie śmieją i mówią, że jestem polskim Groverem, ale ja tak o sobie nie myślę.

Sześć lat temu pykałeś w kosza w III lidze w Gorzowie Wlkp., teraz jesteś trenerem w Rosie. Gdzie chcesz być za sześć lat?

– Wielkie marzenie to praca w reprezentacji Polski z orzełkiem na piersi. Chciałbym też popracować w NBA.

Znasz się na koszu? – wygrywaj w zakładach! >>

POLECANE

Kilka efektownych momentów nie powinno przysłonić faktu, że Kristaps Porzingis początki w Dallas Mavericks ma trudne. Otrzepanie rdzy po kontuzji i oswojenie się z nowym systemem wymaga czasu, ale nie wszystkie problemy da się sprowadzić właśnie do tych dwóch czynników.

tagi